Myślałem, że zdrowo jem. Aplikacja Zdrowe Zakupy szybko wyprowadziła mnie z błędu

Myślałem, że zdrowo jem. Aplikacja Zdrowe Zakupy szybko wyprowadziła mnie z błędu

Myślałem, że zdrowo jem. Aplikacja Zdrowe Zakupy szybko wyprowadziła mnie z błędu

Jeśli kiedyś, będąc na zakupach, zobaczysz kogoś, kto po kolei skanuje smartfonem wszystkie produkty na półce, po czym odkłada je z obrzydzeniem, to… to mogę być ja. I bardzo możliwe, że powinieneś zrobić dokładnie to samo.

Zazwyczaj nie piszę o aplikacjach, które są od dłuższego czasu na rynku, które wszyscy znajdą i wszyscy już mają. Nie pisałem więc o aplikacji Zdrowe Zakupy – mimo mojego niesłabnącego zachwytu nad nią – przekonany, że kto ma wiedzieć, ten wie. Po czym zrobiłem z ciekawości mały wywiad wśród swoich znajomych i okazało się, że dla wielu z nich ten program był kompletną nowością.

I trochę mnie to lokalne badanie zaskoczyło. Zdrowe Zakupy to bowiem jedyna aplikacja, którą koniecznie muszę mieć na swoim telefonie podczas zakupów. I dobrze by było, gdyby każdy miał ją zainstalowaną u siebie.

Zdrowe Zakupy – o co właściwe chodzi?

Pomysł i zasada działania aplikacji są banalnie proste. Zamiast czytać zapisaną drobnym druczkiem na opakowaniu listę składników – wyławiając przy tym te szkodliwe – skanujemy smartfonem kod kreskowy. Po czym – zamiast analizować po kolei każdy składnik – dostajemy na tacy przetworzone informacje, na podstawie których możemy wywnioskować, czy dany produkt może nam zaszkodzić, czy też nie.

Zero filozofii, zero szukania w trakcie zakupów w sieci, co jest zdrowe, a co nie. Cały proces wygląda w skrócie tak – uruchomienie aplikacji, wybranie funkcji skanowania, zeskanowanie produktu, tablica z wynikami:

Łatwiej chyba się już nie da – wliczając w to także prosty system oceniania składników w formie graficznej. Jeśli coś jest korzystne dla ludzkiego organizmu, znajdzie się przy tym zielona, uśmiechnięta buźka. Jeśli jest neutralne – buźka będzie mniej szczęśliwa, ale dalej uśmiechnięta. Jeśli coś jest podejrzane (i generalnie lepiej tego unikać) – buźka będzie zakłopotana i żółta. Jeśli coś jest szkodliwe – buźka będzie pomarańczowa, a jeśli bardzo szkodliwe – czerwona.

Nie trzeba więc zgłębiać tajemnic żywieniowych, żeby stwierdzić, czy E300 jest bardziej szkodliwe od E250, i czy trzeba się bać E331 albo E315. Ba – nie trzeba nawet dokładnie wiedzieć, co który z tych składników oznacza, żeby dobrze wybrać – to właśnie aplikacja ma robić za nas.

Oczywiście, jeśli chcemy być w pełni świadomi, co jemy, możemy zagłębić się w opis każdego ze składników. Przy każdym z nich znajdziemy nie tylko oznaczenie (np. Exxx), ale i opis oraz szkodliwość, czy ogólne przeciwwskazania. Przeważnie też – jeśli produkt po zeskanowaniu zasypie nas czerwonymi i żółtymi buźkami, aplikacja podpowie, co można wybrać zamiast niego, żeby nie truć się za własne pieniądze.

I tak – czasami nie zawsze skład z bazy aplikacji pokrywa się idealnie z tym, co znajdziemy na etykiecie, ale w większości przypadków nie mogłem mieć większych zastrzeżeń. Nie zdarzyło mi się też – z wyjątkiem jednej albo dwóch sytuacji – trafić na produkt, którego nie było w ogóle w bazie i trzeba byłoby go ręcznie dodawać albo analizować. A jednocześnie nie zliczę przypadków, kiedy produkt, który zazwyczaj – w czasach przed instalacją aplikacji – lądował w moim koszyku, po zeskanowaniu wypadał na stałe z mojego jadłospisu. I to nawet pomimo tego, że staram się kupować w miejscach, które oferują ogólnie pojętą zdrową żywność.

W przypadku niektórych kategorii jedzenia/picia, wyniki skanowań były tak przerażające, że… część rzeczy zacząłem robić sam, z nieprzetworzonych składników. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że wyszedłem na tym dobrze.

Nie każdemu szkodzi to samo

Aplikacja Zdrowe Zakupy ma swoją domyślną listę ogólnie szkodliwych i ogólnie podejrzanych substancji. Niektórzy jednak, niestety, muszą z powodów zdrowotnych rozszerzyć ją o dodatkowe składniki. I na szczęście w aplikacji da się to zrobić, albo wybierając dodatkowe opcje z listy, albo wprowadzając je samodzielnie (program będzie się starał szukać ich w skanowanym składzie).

Szczęśliwie nie musiałem do tej pory korzystać z tej opcji dla własnych potrzeb, ale krótkie testy laboratoryjne pokazały, że funkcja ta jak najbardziej działa.

I to wszystko za darmo?

Tak i nie. Aplikacja na iOS i Androida jest wprawdzie darmowa, ale w zamian prezentuje nam reklamy (widać je nawet na powyższych zrzutach ekranu), a także ogranicza do 10 liczbę darmowych skanów. Żeby zwiększyć nasz limit, trzeba obejrzeć reklamy, co niestety w warunkach sklepowych może być niezbyt komfortowe i niepotrzebnie wydłużać wizytę w sklepie.

Oczywiście można naoglądać się reklam na zapas, ale byłoby miło, gdyby twórcy wprowadzili opcję abonamentową lub nawet jednorazowego zakupu – byłbym prawdopodobnie jedną z pierwszych osób, które kliknęłyby w przycisk „Kup teraz”.

A najważniejszy w tym wszystkim jest… zdrowy rozsądek.

Zdrowe Zakupy w moim przypadku przydały się niesamowicie do ograniczenia szkodliwych składników w tym, co wcześniej wydawało mi się może nawet nie tyle zdrowe, co przynajmniej nieszkodliwe. Czyli doszlifowały moją listę, przetrzebioną już przeze mnie na zdrowy rozsądek. I w takim zastosowaniu sprawdzają się świetnie.

Z drugiej strony patrzę regularnie na to, co pojawia się na głównym ekranie aplikacji w polu Popularne skany i włos się jeży na głowie. Zresztą przypomnijmy obrazek z początku tekstu, z przewinięciem listy tych popularnych skanów:

Nie zamierzam oczywiście nikomu mówić, co ma jeść, a czego nie powinien, ale przytłaczająca większość tych skanów jest przerażająca. Mam naprawdę szczerą nadzieję, że zostały wykonane tylko po to, żeby przetestować, czy aplikacja faktycznie działa i faktycznie wyłapuje wszystkie szkodliwe substancje. Bo jeśli ktoś podejrzewał te produkty o bycie zdrowym albo nieszkodliwym (ok, tuńczyk z listy ma zielone buźki), to… oby aplikacja uświadomiła go, w jak gigantycznym żył błędzie.

Oczywiście do ostrzeżeń aplikacji też trzeba podchodzić z rezerwą. Niektóre substancje mogą być podejrzane albo nie należy ich spożywać w nadmiarze, ale to nie znaczy, że trzeba je od razu na hurra wyrzucać z koszyka zakupowego i chować po kątach sklepu, żeby nikt ich przypadkiem nie kupił i się nie zatruł. Dlatego – chociażby stoją w kolejce – warto wyciągnąć smartfona i przeczytać, dlaczego coś nie dostało zielonej buźki, a np. żółtą. W końcu – i nie ma w tym ani odrobiny przesady – to wiedza, od której może zależeć nasze życie.

Dołącz do dyskusji