Nie mam czasu bać się stworów, bo straszy papierologia. Detektywistyczny horror The Sinking City – recenzja

Recenzja/Gry 08.07.2019
Nie mam czasu bać się stworów, bo straszy papierologia. Detektywistyczny horror The Sinking City – recenzja

Nie mam czasu bać się stworów, bo straszy papierologia. Detektywistyczny horror The Sinking City – recenzja

– Nie teraz – rzucam poirytowany w kierunku maszkar, które wyglądają jak pająki złożone z chudych, bladych, trupich rąk. Przebiegam między potworami slalomem, bez cienia strachu na twarzy. W The Sinking City jest zbyt dużo dochodzeniowej, detektywistycznej rutyny, aby zajmować się potworami Lovecrafta. Archiwa lokalnej gazety nie przeszukają się same.

Nie straszy – to jeden z głównych problemów The Sinking City. Gra silnie inspirowana dziełami Lovecrafta zaczyna się kapitalnie. Mamy obskurny port, deszczową pogodę, nieprzyjaznych tubylców, morderstwo do rozwiązania i okultystyczną sektę w tle. Do tego główny bohater nie jest wymuskanym przystojniakiem, a modele postaci wyglądają rewelacyjnie. Myślałem, że Cthulhu nareszcie dostał grę godną mackowatego oblicza. Niestety, z każdą kolejną godziną było coraz mniej klimatycznie, a bardziej monotonnie.

The Sinking City wrzuca gracza do świata niezwykłego horroru, w którym musimy robić zwykłe rzeczy.

Miasto Oakmont jest na skraju upadku. Po ulicach biegają potwory. Ludzie giną we własnych łóżkach. Tymczasem główny bohater rozdaje ziemniaki pod domem bogatego mieszczanina, wkupując się w łaski lokalnego układu. The Sinking City przeplata mrożące krew w żyłach wydarzenia z monotonią gier cRPG o otwartym świecie. Przynieś. Podaj. Pozamiataj. Normalnie nie miałbym nic przeciwko. Problem polega na tym, że przez rutynę misji pobocznych ucieka horror.

Weźmy The Evil Within 2. Tam duży segment rozgrywki miał miejsce na otwartej przestrzeni. Mogliśmy swobodnie zwiedzać domy, mieszkania i sklepy. Mimo tego atmosfera niebezpieczeństwa towarzyszyła nam prawie cały czas. Zdawało się, że przerażająca, niepowstrzymana istota o kobiecych kształtach mogła pojawić się w każdym momencie. Czuliśmy się ścigani. Czuliśmy się zaszczuci. Bardzo mi tego brakuje w The Sinking City. Ludzie umierają, macki wypełzają z kanałów, a twórcy mówią do gracza: – pan się nie niepokoi, pan robi swoje.

Świetnym symbolem mej pretensji wobec niewykorzystanego potencjału drzemiącego w połączeniu horroru z otwartym światem są potwory. Otóż te nie wychodzą poza wyznaczone im przez policję dzielnice. Prowadzi to do zabawnych sytuacji. Mogę wejść na niebezpieczny teren, zwrócić uwagę kilku bestii, cofnąć się za ogrodzenie i wystrzelać je wszystkie z bezpiecznej odległości. Półmetrowy płotek będzie dla trzymetrowego monstrum nie do pokonania. Mieszkańcy miasta będą z kolei stali, jak gdyby nic się nie działo. Dzień jak co dzień w Oakland.

Oczywiście zwiedzanie miasta, rozwój postaci i wykonywanie misji potrafi być przyjemne.

Jako fan cRPG szczerze doceniam, że gra pozwala podejmować decyzje dotyczące życia lub śmierci konkretnych NPC. Dostajemy nawet kilka odmiennych zakończeń, różniących się w zależności od wyborów gracza. Wzorem Wiedźmina nie mu tutaj klarownej złej oraz dobrej ścieżki. Wszyscy mają coś za uszami i na nikim nie można do końca polegać. Taka wiedźmińska szarość charakterologiczna bardzo dobrze robi produkcji. Rasizm, bieda, seksizm, zdrada, choroba, przemoc – trudne motywy świetnie komponują się z The Sinking City.

Spodobał mi się również prosty, ale dobrze osadzony rozwój postaci. Początkowo gracz nie ma co pchać się do dzielnic zajętych przez potwory. Zostanie bowiem rozszarpany na strzępy. Dopiero po kilku godzinach rozgrywki będziemy mieli odpowiednie bronie, narzędzia i umiejętności, aby stawić opór bestiom Lovecrafta. Jednak nawet wtedy kilka mocnych ciosów wystarczy, żeby położyć nas na amen. No i to jest świetne.

Świetny nie jest za to fakt, że wszyscy przeciwnicy, a także wszystkie skarby, wracają na swoje miejsce. Wybiłeś całą przecznicę bestii? Brawo. Szkoda, że gdy będziesz wracać tą samą drogą, znowu się pojawią. W The Sinking City trwa niekończący się grind. Raz przeszukana skrzynia znowu wypełnia się nabojami, a do odbitej dzielnicy powracają potwory. Dla kogoś, kto uwielbia czyścić mapę otwartego świata z rozmaitych aktywności, będzie to koszmar. KOSZMAR!

Szkoda, że gracz nie może poczuć, iż naprawdę coś zmienił.

Zabawa w detektywa również nie jest najwyższych lotów, ale ma swoje dobre strony.

Gracz zawsze jest na tropie. Kogoś lub czegoś. Podczas śledztw w terenie składamy wydarzenia w całość. Najpierw numerujemy scenki (ślad krwi, rozbity talerz, zwłoki, nóż, dziwny śluz etc), a następnie tworzymy z nich sensowną opowieść. Dzięki temu mamy już swoją tezę, a często i ślad podejrzanego. Bierzemy się za łapanie? Nic z tych rzeczy. Po pracy na miejscu zbrodni przychodzi czas na żmudną pracę za biurkiem.

Jako detektyw, gracz ma dostęp do rozległych archiwów placówek całego Oakland. Szpital, psychiatryk, biblioteka, redakcja gazety, posterunek policji – wszędzie możemy wejść, a następnie przeszukać zbiory konkretnej placówki. To swojego rodzaju mini-gra, w której musimy łączyć poszlaki. Wybierając odpowiednie miejsce, czas, temat oraz charakter publikacji zawsze dokopiemy się do dokumentu, który poprowadzi sprawę dalej. Brzmi ciekawie? No pewnie. Pierwsze kilka razy. Potem jest już tylko nudno i monotonnie.

Niestety, grzebanie w archiwach to SEDNO (absolutnie nie przesadzam) The Sinking City. Niezależnie, czy szukamy siedziby mrocznego kultu albo adresu zamieszkania pijanego marynarza, odpowiedź zawsze jest w aktach. Gra eksploruje oryginalny mechanizm do grubej przesady, łącząc go z niemal każdym zadaniem. Zabili księdza? Archiwum. Porwali kobietę? Archiwum. Zatruli jedzenie? Archiwum. Zaginął piesek? W życiu nie zgadniecie.

The Sinking City nie jest grą wybitną. Nie jest nawet dobrym horrorem. Mimo tego wciąga, jak macki pod wodę.

Mogę biadolić. Mogę wskazywać na monotonię. Jednak wciąż czuję dziwny zew, który ciągnie mnie do Oakland. Jeszcze tylko jedno zadanie… Jeszcze tylko jedna misja poboczna i kończę z tą głupią grą. Chwilę potem dostaję strzelbę wyborową. Muszą ją przetestować. Po drodze spotykam mieszkańca w potrzebie. Wpada kolejna misja poboczna. W menu widzę także, że brakuje mi tylko 80 punktów doświadczenia do kolejnego poziomu. Czas więc odwiedzić dzielnicę bestii. W ten sposób działa maszyna, która trzyma mnie przed telewizorem.

Przed telewizorem trzyma także główny wątek fabularny. Momentami przykryty pod stertą zadań pobocznych, ale w gruncie rzeczy ciekawy i wart poznania. To wszystko składa się na obraz gry o niewykorzystanym potencjale, która i tak potrafi dać sporo frajdy. Dobrym punktem odniesienia dla tego tytułu będzie Murdered: Soul Suspect. Jeśli graliście w dochodzeniówkę sprzed kilku lat, to wiedźcie, że The Sinking City jest lepsze o jakieś dwa oczka.

Największe zalety:

  • Sporo zawartości w jednej grze
  • Kapitalne modele i projekty postaci
  • Wciągający rozwój bohatera
  • Gracz jako pan życia i śmierci
  • Kilka zakończeń, decyzje mają znaczenie

Największe wady:

  • Klimat ulatuje, pozostaje monotonia
  • Część pobocznych misji już na premierę sprzedaje się jako DLC
  • Kiepska optymalizacja (PS4)
  • Potwory i skarby wracają na swoje miejsce, brak poczucia zmiany
  • Powtarzalne wnętrza budynków
  • Rutyna śledztw za biurkiem

Gdy uda wam się ustrzelić ten tytuł na promocji, powinniście być z niego zadowoleni. Zwłaszcza, jeśli Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagi fhtagn to dla was coś więcej niż tylko ciąg losowych znaków.

Dołącz do dyskusji