Kogo ciekawi, jakie porno oglądasz i dlaczego jest to szef Facebooka?

News/Bezpieczeństwo 18.07.2019
Kogo ciekawi, jakie porno oglądasz i dlaczego jest to szef Facebooka?

Kogo ciekawi, jakie porno oglądasz i dlaczego jest to szef Facebooka?

Autorzy artykułu Tracking sex: The implications of widespread sexual data leakage and tracking on porn websites przyjrzeli się bliżej temu, kto nas podgląda na stronach pornograficznych. Następnym razem, odwiedzając stronę dla dorosłych, wolną ręką pomachajcie Zuckerbergowi. 

Badacze wyposażeni w webXray sprawdzili ponad 22 tys. stron z pornografią. 93 proc. z nich wysyłało dane do średnio aż 37 innych domen w tym Google’a i Facebooka. Nie byłoby w tym nic aż tak zastanawiającego, gdyby nie dwa fakty. Po pierwsze Facebook i Google zaklinają się, że żadnych informacji od tego typu stron nie biorą. Po drugie porno to nie jest branża jak każda inna i informacje z tych stron powinny być traktowane szczególnie ostrożnie.

Wszyscy TO robią.

Większość stron pozwala firmom trzecim w jakimś stopniu obserwować swoich użytkowników i nie ma się obrażać na strony porno za to, że też to robią. Nie każdy tracker jest z definicji zły. Niektóre są rzeczywiście ważne dla prowadzących strony i potrzebne im w pracy. Na przykład bez pomocy Google Analytics nie wiedzielibyśmy, co chętnie czytacie, a które tematy was zupełnie nie interesują.

Jednak jak nie każdy tracker jest sobie równy i nie każda strona posiada tak samo wrażliwe informacje o swoim odwiedzającym. Obecność nadmiaru trackerów, która na zwykłej stronie może być niepokojąca, w wypadku strony z materiałami pornograficznymi, może wywołać gęsią skórkę. Jest różnica między tym, czy ktoś śledzi twoje zamiłowanie do czerwonych butów na obcasie, czy identyfikuje cię jako podofila.

Wiele osób wchodząc na strony pornograficzne, korzysta z trybu Incognito, który chroni przed kłopotliwą historią przeglądania. To samo w sobie sugeruje, że mamy do oglądania takich treści nieco inne podejście niż do przeglądania przepisów na najlepszą szarlotkę.

Pornografia, erotyzm, preferencje seksualne, orientacja seksualna, fetysze to wszystko tematy wrażliwe i intymne. Swobodne orbitowanie w sieci danych z naszego codziennego przeglądania internetu to problem, orbitowanie danych tego typu to potencjalna katastrofa. Musimy przestać zakładać, że zbieranie o nas wszelkich możliwych danych to prawo wielkich firm i godzić się na domyślne śledzenie.

Nic nie zbieramy, nie zbieraliśmy, zbierać nie będziemy. Nastąpiło niepokalane umieszczenie trackerów.

Trakery Google’a znaleziono na 74 proc. stron, Oracle’a na 24 proc., Facebooka na 10 proc.

Nie czepiam się Google Analytics na 49 proc. stron. To po prostu dobre narzędzie do analizy ruchu i zarówno strony tartaków, jak i pornograficzne powinny mieć prawo z niego korzystać. Frapuje mnie co innego.

Jak powiedzieli przedstawiciele Google’a New York Timesowi firma w swoim regulaminie nie tylko zakazuje umieszczania reklam ze swojej sieci na stronach z treściami dla dorosłych, ale też zabrania targetowania klientów na podstawie ich seksualnych preferencji i związanych z nimi aktywności i wirtualnym świecie.

Na 11 proc. porno stron znalazły się reklamowe ciasteczka DoubleClick Google’a.

Facebook zadeklarował, że stosuje podobne zasady i zakazuje stosowania swojego piksela na stronach pornograficznych w celach reklamowych, blokuje takie strony i nie zbiera z nich danych. Na 10 proc. porno stron jest rzeczony piksel.

Jedyne wyjaśnienie tej zagadki, jakie ja widzę, jest takie, że trackery się firmom po prostu zgubiły i przypadkiem trafiły na nieprzyzwoite strony. Wiecie, skręciły w nie to prawo na rozdrożach internetu. Zdarza się najlepszym.

Dołącz do dyskusji