Tak się żeruje na nostalgii. Jest 2019 r., a kilkaset osób zapłaciło za przenośny odtwarzacz kaset

Felieton/Technologie 08.07.2019
Tak się żeruje na nostalgii. Jest 2019 r., a kilkaset osób zapłaciło za przenośny odtwarzacz kaset

Tak się żeruje na nostalgii. Jest 2019 r., a kilkaset osób zapłaciło za przenośny odtwarzacz kaset

Zanim świat usłyszał słowo „Spotify”, a pierwszy krążek CD został włożony do odtwarzacza, w królestwie muzyki niepodzielnie rządziły kasety. Dziś kaseta nie ma żadnej wartości, prócz tej sentymentalnej – niestety są firmy, które na tym sentymencie żerują i ludzie, którzy dają się nabrać.

Młodsi czytelnicy pewnie nawet nie wiedzą, co to kaseta (a w każdym razie nie mieli nieprzyjemności z niej korzystać), ale pokoleniu mojemu, moich starszych kolegów i moich rodziców (czytaj: starcom po trzydziestce) pewnie właśnie zaświeciły się oczy. Tym, którzy nie do końca rozumieją fenomen tego nośnika, polecam znakomity tekst Maćka Gajewskiego – znajdziecie go tutaj.

W szafce w domu moich rodziców nadal spoczywa kilkaset nośników z muzyką, w których zawartość sam się swego czasu zasłuchiwałem. „Spoczywa” to dobre słowo, bo od wielu, wielu lat nikt tych kaset z szafki nie wyjął – bo i po co?

Wraz z końcem popularności walkmana (przenośnego odtwarzacza kaset, gwoli przypomnienia) i wyparciem odtwarzaczy kasetowych na rzecz płyt CD w samochodach, kasety stopniowo zniknęły ze sklepów. Dziś, w dobie streamingu, wysokiej jakości plików audio i powrotu winyla jako domyślnego nośnika „retro”, kasety istnieją tylko na bazarkach dla zapaleńców, gdzie za 5/10/15 zł można nabyć staruśkie nośniki, których większość ludzi nie będzie nawet miała gdzie dziś odtworzyć.

Są firmy, które chcą to zmienić i na nowo wpuścić kasety na salony.

Na przestrzeni ostatnich lat kasety przeżyły swoisty renesans (czytaj: wzrost sprzedaży o 19 proc., spowodowany radykalnym spadkiem ceny tych nośników), więc z miejsca pojawiły się firmy, które postanowiły na tym renesansie zarobić.

Najnowszą próbą podczepienia się pod ten trend jest odtwarzacz o wymownej nazwie IT’s OK, od firmy NINM Lab.

Nowy produkt NINM Lab ma w rękawie jednego asa – łączność Bluetooth 5.0, dzięki której możemy ich hipsterski odtwarzacz sparować ze słuchawkami lub głośnikami bezprzewodowymi. Ba, jeśli bardzo chcemy, możemy nawet posłużyć się IT’s OK jako odtwarzaczem kaset w nowoczesnym samochodzie, łącząc się bezprzewodowo z systemem car audio. Dla zwolenników w pełni analogowych doznań jest też gniazdo 3,5 mm.

Jako dodatkową zachętę NINM Lab dorzuca czystą kasetę, by nagrywać – uwaga, cytat – „ciepłe (w sensie emocjonalnym, tak podejrzewam) wiadomości w spersonalizowanym formacie”.

Koszt tego powiewu nostalgii? Jedyne 75 dolarów amerykańskich, czyli niespełna 300 zł.

Do końca kampanii na Kickstarterze, czyli jedynego miejsca, gdzie tak głupi pomysł mógłby się ziścić, pozostało 28 dni, ale już wiadomo, że „nowy walkman” ujrzy światło dzienne – projekt wsparło bowiem już blisko 550 osób, przebijając niezbędne minimum finansowania aż trzykrotnie.

Odtwarzacz kaset bluetooth

Odtwarzacz kaset z Bluetooth 5.0 to nic więcej, jak żer na nostalgii.

Wybaczcie nieco agresywny ton tego felietonu, ale gdy widzę inicjatywy takie jak IT’s OK, otwiera mi się w kieszeni nóż, którym mam ochotę dziabać biznesową licencję pomysłodawców takiego kuriozum.

W 2019 r. próba wskrzeszenia odtwarzacza kaset jest bowiem niczym więcej, jak żerowaniem na nostalgii oraz ludziach, którzy ostatnich 25 lat spędzili w jaskini, uznając, że im całe te „sidiromy” i „spotifaje” do szczęścia niepotrzebne.

O ile renesans winyli ma – wbrew pozorom – mnóstwo sensu, zarówno pod względem jakości nagrań jak i wartości artystycznej krążka, tak próba wmówienia ludziom, że warto znów słuchać kaset, to abstrakcja.

Kaseta nie ma dziś nic do zaoferowania.

Rozumiem ludzi, którzy preferują brzmienie winylu ponad formaty cyfrowe. Dobrze zmasterowany winyl nie ustępuje jakością bezstratnie skompresowanym plikom FLAC (czasem nawet je przewyższa), a do tego brzmienie osprzętu koniecznego do jego odsłuchania ma zazwyczaj cieplejsze, bardziej organiczne brzmienie, bardziej pasujące do wysokiej jakości kolumn głośnikowych czy słuchawek.

Do tego dochodzi jeszcze kwestia oprawy artystycznej; winyle mogą być tak piękne, jak nie może być żaden krążek CD a już na pewno nie cyfrowy plik. I nie mówię tu tylko o okładkach, czy dołączanych do albumu książeczkach, ale też samej płycie, która może być pięknie zadrukowana grafiką w relatywnie sporym formacie. To jest wartość, dla której powrót winylu naprawdę ma swoje uzasadnienie.

Kaseta tymczasem, jakby to powiedzieć… IT’s OK. Istnieje. Jest na niej nagrana muzyka. Na tym kończą się jej zalety.

Uprzedzając argument o „cieplejszym brzmieniu kaset” – nie, kaseta nie brzmi cieplej. Ciepłe to są co najwyżej wspomnienia z dzieciństwa osoby, która kojarzy sobie kasetę z utraconą młodością i przejażdżkami Polonezem. Brzmienie kaset jest zwyczajnie złe. Jeszcze gorsze niż plik najmarniejszej jakości dostępny w Spotify, przepuszczony przez pierdzący głośniczek Bluetooth za 50 zł.

Jakby tego było mało, kaseta z wiekiem ulega degradacji. Każde przewinięcie kasety (tak, droga młodzieży, kasety trzeba było przewinąć, by wrócić do ich początku) powoduje jej stopniowe zużycie, aż w końcu zamiast względnie czystego nagrania będziemy słuchać czegoś, co bardziej przypomina melodyjkę z cyrkowego gabinetu osobliwości niż muzykę.

Rzekomy „powrót” kaset ma mniej więcej tyle sensu, co renesans aparatów natychmiastowych. Instaxy produkujące zdjęcia jakości kartofla w imię „analogowego feelu”, podczas gdy każdy ma w kieszeni o wiele lepszy aparat w smartfonie, to dokładnie to samo, co korzystanie z dramatycznie złej jakości kaset w dobie streamingu i plików kompresowanych bezstratnie.

Wartość dodana w tym scenariuszu nie istnieje. Jest wręcz ujemna, bo przecież do odsłuchania kasety potrzebujemy sprzętu, który albo będzie miał ze 20 lat, albo będzie wyprodukowany przez naciągaczy, takich jak NINM Lab.

Nostalgia to cudowny click-bait popkultury. Ale fatalny przyczynek do zakupu elektroniki.

Dla pełnego zrozumienia – nie jestem przeciwny gwałtownym porywom nostalgii. Z łezką w oku czytam teksty Maćka Gajewskiego z cyklu „to były czasy” i z przyjemnością obejrzałem trzeci sezon Stranger Things (choć pierwsze dwa odcinki wiały nudą). Nostalgia to doskonały mechanizm, żeby zaciągnąć widza przed ekran, czytelnika przed książkę, gracza przez konsolę. Miło popatrzeć na czasy minione, zwłaszcza przez różowe okulary pop-kultury, i rzewnie powspominać lata młodości.

Ale próba ich wskrzeszenia w formie fizycznych produktów to bardzo, bardzo zły pomysł. Na „retro” dobrze się patrzy, ale źle się korzysta. Fajnie jest sobie powspominać, że „kiedyś to było”, ale raczej nikt na serio nie tęskni do czasów, gdy jedynym sposobem na podłączenie drukarki do komputera był archaiczny port LPT.

Widząc takie twory jak IT’s OK łatwo dać się chwycić nostalgii za gardło i wysupłać z portfela te 300 zł, żeby choć na chwilę znów wrócić do „tamtych czasów”. Tylko że „tamte czasy” już nie wrócą, a IT’s OK po wykorzystaniu go do przesłuchania 3-4 zakurzonych kaset wyląduje w śmietniku.

Jakby mało nam było elektrośmieci.

Dołącz do dyskusji