Przewijam kultowe gry na Switchu jak kasetę VHS. Ale nie chcę tego samego na PlayStation 5

Artykuł/Gry 18.07.2019
Przewijam kultowe gry na Switchu jak kasetę VHS. Ale nie chcę tego samego na PlayStation 5

Przewijam kultowe gry na Switchu jak kasetę VHS. Ale nie chcę tego samego na PlayStation 5

Pierwszy raz dotarłem do czwartego poziomu Dokney Kong 3 bez ani jednej skuchy. W latach 90-tych, grając na Pegasusie, mogłem tylko marzyć o podobnym wyniku. Lepszy refleks? Większa roztropność? Życiowa mądrość? Skądże znowu. Nintendo wprowadziło na konsoli Nintendo Switch możliwość przewijania kultowych gier. Mario spadł do przepaści? Cofnijmy to.

Porażka jest wpisana w DNA gier wideo. Już pierwszy program wskazywany jako pełnoprawna gra – Pong – zakładał, że musi istnieć wygrany i przegrany. Zwycięzca i zwyciężony. Gry od początku zmuszały do podejmowania wyzwań oraz uczyły, że porażki to część procesu samodoskonalenia. Gdyby nie przegrane, nie byłoby chęci stawania się lepszym, szybszym, skuteczniejszym. W końcu nikt nie jest od razu doskonały. Zwycięstwo często jest niczym innym jak sumą wcześniejszych porażek, po których nigdy się nie poddaliśmy.

A gdyby tak usunąć porażkę ze świata gier wideo?

Na taki pomysł wpadło Nintendo, tworząc retro-konsolę SNES Classic Mini. Małe pudełko Japończyków potrafi znacznie więcej niż tylko dostosować kultowe gry do współczesnych rozdzielczości oraz częstotliwości odświeżania. Urządzenie pozwala na swobodne przewijanie każdej gry, która znalazła się w katalogu. Przytrzymując odpowiedni przycisk można cofać akcję, jak gdybyśmy cofali film nagrany na kasecie VHS.

W ten sposób wszystkie porażki w kultowych grach pokroju Super Mario World, Super Mario Kart czy Donkey Kong Country przestały mieć znaczenie. Spadliśmy w przepaść? Cofamy. Pokonał nas goblin? Cofamy. Źle weszliśmy w zakręt? Cofamy.

SNES Classic Mini zachowuje w pamięci pięć ostatnich minut rozgrywki, pozwalając korzystać z przewijania zawsze i wszędzie. Każda z preinstalowanych 21 gier nagle stała się płytsza i mniej wymagająca. Gracz jest bowiem jak buldożer, prąc po zwycięstwo niezależnie od piętrzących się zagrożeń. W ten sposób ginął cały balans rozgrywki. Wyzwanie przestało istnieć. Samodoskonalenie nie było już potrzebne.

Teraz sztuczka z przewijaniem wylądowała na konsoli Nintendo Switch

Przewijać można od dzisiaj wszystkie gry, które znajdują się w zbiorze Nintendo Switch Online. To sukcesywnie pęczniejący katalog hitów konsoli NES, z takimi klasykami jak Metroid, Dr. Mario, Ninja Gaiden, The Legend of Zelda, Kid Icarus czy Excitebike. Dzięki cofaniu każdą z tych gier przejdziecie bez żadnego problemu. Jakaż to różnica względem lat 90-tych, gdzie każdy z powyższych tytułów potrafił dać potężnie w kość.

Będąc przy grach dających w kość – dla mnie przewijanie najsilniej odbiło się na tytule Volleyball z 1987 r. W latach 90-tych minionego wieku piłka siatkowa prosto od Nintendo była dla mnie zbyt trudna. Każdy zdobyty punkt był wielkim, wielkim osiągnięciem. Pamiętam, że powróciłem do tego tytułu kilka tygodni temu i w dalszym ciągu nie było mowy o prostej wygranej nad przeciwnikiem. Nawet biorąc pod uwagę, że w końcu opanowałem mechanikę bloku i powrotu.

Z przewijaniem to kompletnie inna bajka. Gdy wiem, gdzie trafi piłka przeciwnika, nawet największa petarda przestaje być problemem. Mur zawsze jest perfekcyjnie ustawiony. Odbiór jest wzorowy. Tylko atak pozostał taki sobie. Taka sobie była też moja reakcja na oszukaną wygraną. Oddane po trudnej i szczerej walce przegrane sety bawiły znacznie, znacznie bardziej. Porażka, czyli rzecz obiektywnie pejoratywna, cieszyła mocniej niż puchar złożony z kilkudziesięciu pikseli.

Moc PS5 i nowego Xboksa pozwoliłaby przewijać współczesne gry. To byłoby fatalne

W myślach widzę Dark Souls albo Bloodborne, przechodzone przy pomocy przewijania. Przecież to jest coś okropnego. Albo stracona bramka w FIFA. Nie ma nic ciekawszego niż próba wyrównania wyniku podczas ważnego meczu ligowego, z zegarem w roli największego rywala. Korzystając z cofania we współczesnych grach pozbawialibyśmy się wielu ciekawych aspektów rozgrywki. Nie stawalibyśmy się ani odrobinę lepsi.

Oczywiście są gry – jak Prince of Persia, GRID czy Forza Horizon – gdzie cofanie czasu ma sens. Gdzie nie łamie to rozgrywki w sposób kompletny. Wtedy taka możliwość jest jednak rozsądnie limitowana, najczęściej liczbą możliwych użyć. Gdyby jednak oddać w ręce graczy systemowe, uniwersalne, rozciągnięte na wszystkie nowe gry wideo cofanie rozgrywki – nie, to byłoby coś okropnego. Dla graczy. Dla jakości gier.

Dla całego rynku. Oby Sony ani Microsoft nie poszli nigdy tym tropem.

Dołącz do dyskusji