5000 mAh za 800 zł. Testujemy Motorolę Moto G7 Power

Recenzja/SW Testuje 03.07.2019
5000 mAh za 800 zł. Testujemy Motorolę Moto G7 Power

5000 mAh za 800 zł. Testujemy Motorolę Moto G7 Power

Ponoć na etapie poszukiwania inwestorów filmy muszą mieć krótki, chwytliwy opis fabuły. Tak krótki, aby mógł się zmieścić w gazetce z programem telewizyjnym. 2-3 zdania, które wystarczą do uchwycenia uwagi przeciętnego widza. W przypadku Motoroli G7 Power wystarczy kilka znaków. 5000 mAh!

Akumulator, akumulator, akumulator – można powiedzieć, parafrazując słowa byłego szefa Microsoftu z konferencji dla deweloperów. Telefoniczne akumulatory wciąż gonią w piętkę. Często to właśnie one są ofiarą odchudzania telefonu i pakowania na jego front wielkiego, szczegółowego ekranu z blisko trzycyfrową częstotliwością odświeżania. Motorola poszła w innym kierunku. W tegorocznej odsłonie linii Moto kompromisy mogą dotyczyć wszystkiego, tylko nie akumulatora.

Zacznijmy nietypowo, bo właśnie od jej osiągów.

Kiedy ostatnio mogłeś podłączać telefon do ładowania rzadziej niż co dwa dni?

W moim przypadku musiałbym się cofnąć aż do czasów Sony Ericssona T230 z ekranem o zawrotnej wielkości 1,5 cala.

Akumulator jest najjaśniejszą gwiazdą Moto G7 Power. Dzięki pojemności 5000 mAh z powodzeniem wystarcza na dwa dni przeciętnego użytkowania. Do dyspozycji dostajemy również dość szybkie ładowanie. 15-watowa ładowarka (USB-C) może zasilić akumulator w połowie w ciągu godziny.

Biorąc pod uwagę cenę w okolicach 800 zł, Motorola musiała na czymś oszczędzać, prawda? Na pewno nie było to wykonanie.

Moto G7 Plus ma duże gabaryty, ale korzysta się z niej wygodnie.

Ogromny akumulator ma swoją cenę – jest nią zwiększona grubość telefonu. Niewiele, ale wystarczająco, aby to zauważyć. Szybko idzie się jednak przyzwyczaić i docenić inne elementy wykonania. Choć telefon jest duży, to pewnie trzyma się go w dłoni. Plecki nie są szklane, a wykonane z błyszczącego plastiku, który ładnie zgrywa się z ramkami.

Świetnym gestem Motoroli jest dorzucenie przezroczystego etui, które chroni telefon w razie upadków.

Z tyłu znajdziemy również czytnik linii papilarnych – klasycznie już – zgrany z logiem Motoroli. Działa bez zarzutu. Szybko odblokujemy nim telefon, a wgłębienie w obudowie pozwoli naprowadzić palec na właściwe miejsce.

Nieco wyżej znajdziemy wysepkę z aparatem. Inaczej niż w głównym modelu G7, jest to pojedynczy obiektyw współpracujący z matrycą 12 MPix. Całość wystaje nieco z obudowy, ale na szczęście nie rysuje się od samego patrzenia.

Pochwały należą się również za konserwatywne podejście do gniazda słuchawkowego – jest ono obecne, więc nie jesteśmy skazani na korzystania ze słuchawek Bluetooth.

Druga zaleta to tacka na dwie karty SIM i jedną kartę microSD. Rozszerzenie dostępnej pamięci jest wręcz konieczne, gdyż domyślnie na pokładzie mamy zaledwie 32 GB.

Ekran to tylko HD+, ale jest zaskakująco wystarczający.

Kiedy rozpakowywałem Motorolę, byłem przekonany, że połączenie ekranu o przekątnej 6,2 cala i rozdzielczości 1520×720 nie może się dobrze sprawdzić. Myliłem się.

Ekran jest wyższy niż szerszy (proporcje 19:9), przez co ponad 6-calowy wyświetlacz przestaje straszyć osoby o mniejszych dłoniach. Szczegółowość stoi zaś na zadowalającym poziomie. Bez przykładania lupy do ekranu nie idzie się bowiem zorientować, że mamy do czynienia z wyświetlaczem, na którym nie obejrzymy materiałów FullHD w pełnej okazałości.

Ekran nadrabia rozdzielczość świetnymi kątami widzenia i dobrym odwzorowaniem barw. W dzień jest zadowalająco jasny (choć w pełnym słońcu zamienia się lustro), a w nocy wystarczająco ciemny, aby nie wypalić oczy przy sprawdzaniu godziny. Do tego ostatniego nie musimy nawet go odblokowywać. Motorola kontynuuje bowiem wykorzystanie swojej wersji always-on-display. Dzięki temu wystarczy, że podniesiemy telefon, a na ekranie ukaże się godzina, data i stopień naładowania.

Irytować mogą jedynie pokaźne ramki.

A najbardziej tzw. podbródek, na którym znalazło się nawet miejsce na napis Motorola. Z góry mamy zaś notcha. Na szczęście nie jest on tak szeroki, aby po bokach brakowało miejsca na ikony z powiadomieniami.

Wydajność bez większych zastrzeżeń, ale cudów się nie spodziewajcie.

W środku znajdziemy zeszłoroczny procesor Qualcomma Snapdragon 632. W zapowiedziach miał on przynieść średniopółkową wydajność do tanich telefonów. Na przykładzie Moto G7 Power można powiedzieć, że się udało.

W ciągu kilku tygodni testów ani razu nie miałem problemu z wydajnością telefonu – czy to przy ładowaniu gier, czy przełączaniu się pomiędzy aplikacjami. Dopiero kiedy porównywałem czas reakcji z HTC U11 (flagowiec z 2017 r.), mogłem zauważyć nieznaczne opóźnienia. Cały czas trzeba jednak mieć na uwadze, że Moto G7 Power kosztuje tylko ok. 800 zł, a w tej cenie absolutnie nie ma co narzekać.

(Prawie) czysty Android.

Za wydajność można po części podziękować optymalizacji Androida. Na pokładzie mamy bowiem najnowszą, dziewiątą wersję, która została tylko nieznacznie zmieniona przez Motorolę. Dodatki doskonale wypełniają jednak swoja rolę.

Gesty Moto pozwalają włączyć latarkę przez podniesienie, wykonać zrzut ekranu trzema palcami czy odblokować przez podniesienie. Zmianie uległa również dolna belka. Teraz może być ona jednym przyciskiem, który cofa do ekranu głównego. Przesunięcie w lewo jest równoznaczne z poleceniem wstecz, a przesunięcie w górę z przejściem do ostatnich aplikacji. Trzeba się do tego przyzwyczaić, ale już po chwili całość jest wyjątkowo intuicyjna.

Rozczarowuje jedynie stan poprawek bezpieczeństwa. W moim przypadku ich aktualizacja miała miejsce jeszcze w grudniu zeszłego roku.

Najsłabszy punkt? Aparat

Zdjęcia w pomieszczeniach albo bez dostępu do naturalnego światła wypadają bardzo słabo. Brakuje im szczegółów, a kolory są wyprane. Tego jednak można się było spodziewać w tym przedziale cenowym.

Zaskakująco dobrze spisuje się lampa błyskowa. Nie jest zbyt agresywna i faktycznie potrafi wydobyć dodatkowe detale. Po lewej zdjęcie z lampą, po prawej bez lampy:

Wystarczy jednak wyjść na światło słoneczne i zdjęcia są już zadowalające. Przyczepiłbym się jedynie do zbyt daleko przesuniętego suwaczka ekspozycji.

Aparat słabo radzi sobie jednak z ciemnymi i jasnymi miejscami na jednym zdjęciu:

Dla odmiany do panoram nie mam zastrzeżeń:

Aparat potrafi nagrywać w 4K w 30 klatkach na sekundę.

Obraz jest przyjemny dla oka, a kamera szybko reaguje na zmieniające się oświetlenie.

Zdecydowanej poprawie mógłby ulec mikrofon, który nie radzi sobie z odsiewaniem nawet lekkiego wiatru.

Aby osiągnąć bardziej płynny ruch (czyli 60 FPS-ów) musimy zejść do rozdzielczości FullHD. Mam wrażenie, jakby film tracił wówczas nieproporcjonalnie dużo ze swojej jakości.

Aby korzystać ze stabilizacji elektronicznej trzeba zejść jeszcze poziom niżej, tzn. do FullHD i 30 FPS.

Aplikacja aparatu jest prosta w obsłudze, ale…

… dojście do bardziej zaawansowanych ustawień wymaga nieco cierpliwości.

Głośniki pozostawiają wiele do życzenia.

Zwykle korzystam ze słuchawek i Moto G7 Power na pewno tego nie zmieni. Dźwięk wydobywający się z głośniczków jest wybitnie płaski – brakuje mu sopranów i basów, a także samej głośności.

Jeśli już przy narzekaniu jesteśmy, to wielka szkoda, że zabrakło również NFC i wodooprności, ale drugiej strony…

…nie można wymagać cudów za 800 zł.

Ba! Telefon można było kupić w promocji Amazona za 661 zł. W tej cenie naprawde można przełknąć wszystkie wypisane wady. Dostajemy bowiem całkiem wydajne podzespoły, świetny akumulator i ładne wykonanie, a to wszystko w komplecie z czystym Androidem. Gdyby nie średni aparat, to Moto G7 Power byłby idealnym telefonem na podróż.

Dołącz do dyskusji