Niech żyje światło. Lampa rowerowa Mactronic Scream 3.1 – recenzja

Recenzja/Sprzęt 03.07.2019
Niech żyje światło. Lampa rowerowa Mactronic Scream 3.1 – recenzja

Niech żyje światło. Lampa rowerowa Mactronic Scream 3.1 – recenzja

Ok, nie ma co przeciągać i wymyślać rozbudowanych wstępów. Wszystkich od początku interesuje jedna informacja – jak to świeci. Służę odpowiedzią.

Odpowiedź tekstowa brzmi: świetnie.

Odpowiedź obrazkowa prezentuje się następująco:

Tak wygląda fotografowane otoczenie:

Tak wygląda światło z lampka rowerowej Scream 3.1 w najniższym trybie mocy (40 lm):

Tak wygląda w trybie średnim (150 lm) :

Tak wygląda w trybie wysokim (350 lm):

A tak wyglada w trybie turbo (900 lm):

Robi wrażenie? Robi. To teraz można przejść do części opisowej.

PS. Aparat był ustawiony w tryb manualny i ustawiony na statywie. Przy wszystkich fotografiach ustawienia były dokładnie takie same. 

Mactronic Scream 3.1, czyli właściwie co?

Czyli kompaktowa lampka rowerowa o maksymalnej mocy aż 900 lm, wykorzystująca diodę Cree XP-L i zasilana z akumulatora 18650 o pojemności 3400 mAh.

Według producenta jej maksymalny zasięg wynosi 160 m, bez ładowania wytrzyma do 40 godzin, a obudowa spełniająca normę IP66 powinna przetrwać zarówno opady deszczu, jak i tumany kurzu.

Jak jest w rzeczywistości?

Jakość wykonania: na piątkę. Może nawet z plusem.

Obudowa Scream 3.1 niemal w całości wykonana została z aluminium i robi świetne pierwsze wrażenie. Nie jest przesadnie ciężka (89 g) ani wielka (111 x 26 x 29 mm), a jej forma bez problemu pozwala korzystać z niej po demontażu jak ze standardowej, ręcznej latarki. Trzeba tylko uważać na to, jak ją trzymamy – czołowa część nagrzewa się dość mocno, nawet przy krótkich okresach świecenia.

Drugie wrażenie jest jeszcze lepsze. Na obudowie umieszczono bowiem wszystkie niezbędne przyciski i złącza, w taki sposób, żeby korzystanie z nich było komfortowe. Przycisk do włączania lampy i zmiany trybów jej pracy jest spory i wyczuwalny bez problemu, nawet w rękawiczkach. Nad nim natomiast umieszczono trzy diody, które informują nie tylko o tym, czy lampa jest włączona, ale też orientacyjnie podają poziom pozostałej w akumulatorze energii.

Tę można uzupełniać na trzy sposoby. Możemy albo podłączyć latarkę do ładowarki lub gniazdka przez USB (bardzo krótki kabel w zestawie, ale złącze to standardowe microUSB), albo odkręcić końcówkę lampy, wyjąć akumulator i włożyć go do osobnej ładowarki, albo… wyjąć rozładowany akumulator i zastąpić go nowym. Ogniwa litowo-jonowe 18650 kosztują akurat grosze, więc można zawsze zabrać ich zapas ze sobą.

Nie liczmy tylko na to, że uda nam się sensownie naładować tak duże ogniwo (3400 mAh) z powerbanka w trakcie postoju. Pełny proces ładowania od zera zajmuje grubo ponad 4 godziny.

No chyba, że ktoś robi naprawdę długie postoje.

Oczywiście zapasowego zestawu akumulatorów nie trzeba ze sobą wozić.

Chyba że wybieramy się na wielodniową wyprawę rowerową – wtedy taki zabieg ma sens. Inaczej – niekoniecznie.

Producent podaje, że Scream 3.1 wytrzyma, w zależności od trybu, odpowiednio:

  • 2:50 godziny w trybie Turbo
  • 5 godzin w trybie wysokiej jasności
  • 12 godzin w trybie średniej jasności
  • 40 godzin w trybie niskiej jasności
  • 24 godziny w trybie migającym
  • 4:15 godziny w trybie stroboskopowym

Czyli mamy do wyboru aż 6 trybów, pomiędzy którymi przeskakujemy przyciskiem na obudowie. Małym, ale przyjemnym dodatkiem jest zapamiętywanie ostatnio wybranego trybu – jeśli jedziemy nocą z maksymalną jasnością, po czym zatrzymamy się np. na wizytę w sklepie, po powrocie do jazdy nie musimy znowu przeklikiwać się przez wszystkie tryby. Lampa będzie po włączeniu świecić tak, jak świeciła przed wyłączeniem.

Ciekawostka: tryb stroboskopowy – według opisu produktu w sklepie – służy do… samoobrony przez napastnikami lub dzikimi zwierzętami. Nie miałem na szczęście okazji tego przetestować. Nikt też nie chciał poddać się na ochotnika testom tego, czy faktycznie migające 900 lm jest w stanie go zatrzymać.

Aktualizacja: W trakcie zdjęć poświeciłem sobie przypadkiem w twarzy tym trybem. Zdecydowanie nie polecam. 

Realny czas świecenia nie odbiega przesadnie od deklaracji producenta.

I to nawet w trybie Turbo bez większych problemów powinniśmy uzyskać wyniki na poziomie powyżej 2-2,5 godziny ciągłego świecenia.

Przy czym tryb Turbo – choć naprawdę skuteczny – przyda nam się stosunkowo rzadko.

To teraz najważniejsze: jak to świeci (wersja trochę dłuższa)?

Powtórzę swoje stwierdzenie z początku tekstu: Scream 3.1 świeci świetnie, właściwie w każdym trybie.

Tryb Turbo jest przy tym tak mocny, że sprawdzi się głównie na zupełnie nieoświetlonych drogach albo wręcz w całkowitych ciemnościach – np. w gęstych lasach. Nie wiem wprawdzie, czy odważyłbym się tak wyposażony pojechać nocą w góry, ale w okołowrocławskich warunkach rezultaty były znakomite.

Zasięg jest świetny, podobnie jak nie męcząca oczu temperatura światła. Można trochę ponarzekać na to, że doświetlenie pobocza mogłoby być równie imponujące, jak zasięg na wprost, ale to już trochę czepianie się – mówimy w końcu o niewielkiej latarce za nieco ponad 200 zł.

Wbrew moim początkowym obawom światło, jakie generuje Scream 3.1, nie jest przesadnie skupione i latarkowe. Oświetlany jest nie tylko punkt, na który skierowana jest soczewka, ale też cała jego okolica. Bez trudu więc dostrzeżemy i to, co dzieje się kawał od nas, jak i to, co dzieje się bezpośrednio przez naszym przednim kołem.

W większości przypadków – w tym w szczególności w jeździe po mieście – tryb Turbo to jednak zdecydowanie za dużo i całkowicie wystarcza tryb wysokiej jasności. Uwagę mam tutaj tylko jedna – szkoda, że zabrakło jeszcze dodatkowego trybu pośredniego pomiędzy Turbo a High. Ten pierwszy ma jasność 900 lm, natomiast ten drugi – 350 lm. Idealnie w tę lukę wpasowywałoby się około 500-600 lm, czyli tyle, ile… oferuje tańsza i mniejsza lampa Scream 3.2 (recenzja będzie w osobnym tekście).

Ostatecznie więc przeważnie jeździłem w trybie High, przełączając się na Turbo głównie wtedy, kiedy musiałem przejechać np. ciemny park czy las. W mieście, na ścieżkach rowerowych, wystarczał z kolei tryb średni albo wręcz niski, wykorzystywany przeze mnie głównie jako światło pozycyjne.

Tryb migający (150 lm) wykorzystałem natomiast głównie w dzień – również jako światło pozycyjne, ale rzucające się w oczy trochę bardziej niż włączona na stałe lampa.

Zarzut do Scream 3.1 mogę mieć tylko jeden.

I dotyczy on uchwytu do mocowania lampki na kierownicy. Teoretycznie wszystko gra, lampa trzyma się solidnie i nie odpada ani nie przekręca się nawet na największych wybojach, ale…

Te pokrętła są zdecydowanie zbyt małe i zbyt plastikowe.

…sposób montażu na śruby dociskające niespecjalnie przypadł mi do gustu. Przede wszystkim nie wiadomo do końca, kiedy są naprawdę skutecznie dokręcone. W efekcie na pierwszym testowym przejeździe lampka… po prostu wysunęła się z mocowania i upadła na asfalt. Plus był taki, że mogłem się przekonać, czy Scream 3.1 przeżyje takie traktowanie. Odpowiedź: przeżyje, będzie miała tylko trochę zadrapań na aluminiowej obudowie.

Drugą kwestią jest to, że dokręcanie tych śrub wcale nie jest przyjemnym doświadczeniem. Plastikowe łebki – zwłaszcza ten bezpośrednio przy latarce – są niewielkie i nie do końca wiadomo, jak je złapać, żeby wygodnie nimi kręcić. Tak, czepiam się, ale można to było zrobić choć odrobinę lepiej.

Trzeci minus to już moja fanaberia. Lampę mocuję bowiem na lemondce (na kierownicy niezbyt mam na nią miejsce), przez co tracę możliwość regulacji kierunku świecenia w pionie. Jedyne, co mogę zrobić, żeby nad tym zapanować, jest przesuwanie lampy po lemondce. Trudno jednak wymagać od lampy za takie pieniądze wielopłaszczyznowej regulacji uchwytu.

PS. Pamiętajmy, żeby dobrze ustawić lampę, szczególnie w przypadku takich mocy. 900 lm to już nie zabawa, jeśli chodzi o oślepianie kierowców czy innych rowerzystów.

Czy warto?

Mactronic Scream 3.1 nie kusi bajerami. Nie ma czujnika zmierzchu, nie ma łączności ze smartfonem. I dobrze – bo w rezultacie za ok. 220-230 zł dostajemy nie tyle lampkę, co lampę rowerową, z potężnym zasięgiem i bardzo przyzwoitym czasem pracy – nawet w trybie najwyższej mocy. Do tego mamy masę sposobów na to, jak uzupełnić energię w akumulatorze – od podładowania przez zwykły kabel microUSB, aż po wymianę całego akumulatora. I gdyby tego było mało, wszystko zamknięto w solidnej, aluminiowej obudowie, która wytrzyma nawet upadek na asfalt przy dużych prędkościach.

Jedyne, co mogłoby być ciut lepsze, to uchwyt, chociaż zdecydowanie nie jest zły. Ot, po prostu można byłoby go trochę dopracować, żeby pasował to reszty zestawu.

Dołącz do dyskusji