Przyjrzałem się, w jaki sposób dziesięciolatka korzysta ze smartfonu. Sam w to nie wierzę, ale doceniłem TikToka

Felieton/Technologie 16.07.2019
Przyjrzałem się, w jaki sposób dziesięciolatka korzysta ze smartfonu. Sam w to nie wierzę, ale doceniłem TikToka

Przyjrzałem się, w jaki sposób dziesięciolatka korzysta ze smartfonu. Sam w to nie wierzę, ale doceniłem TikToka

Spędziłem weekend z dziesięciolatką z pokolenia, o którym mówi się, że jest natywne cyfrowo. Powiedzieć, że czułem się dziwnie, to jak nic nie powiedzieć.

Nie należę do osób stroniących od nowych technologii. Po pierwsze dlatego, że z nimi związana jest od lat moja praca. Po drugie, bo jestem ich miłośnikiem. Statystycznie na rzecz patrząc, spędzam zapewne ze smartfonem znacznie więcej czasu niż przeciętny zjadacz chleba. Wyciskam też ze smartfona ostatnie soki, używając go do wszystkiego – od płacenia nim w sklepie, przez komunikację, po konsumpcję treści.

Tłumaczę się, czy raczej rysuję kontekst, bo zdarza mi się myśleć o moim użyciu smartfonu, tabletu czy komputera w kategoriach nałogu. Z drugiej strony, granica musi być płynna, skoro większość tych aktywności przekłada się na pieniądze, bo mają bezpośredni związek z pracą.

Myślałem, że nadużywam smartfona, dopóki nie zobaczyłem w akcji dziesięciolatki z mojej rodziny.

Mój stosunek do zestawu dziecko plus smartfon przypominał do niedawna obrazek ze znanej niegdyś grafiki, której przesłanie brzmiało mniej więcej: „dziecko plus zapałki równa się pożar”.

Smartfon to wspaniałe i ułatwiające życie narzędzie, ale trzeba umieć się z nim obchodzić. Zwłaszcza, gdy ma się kilka-, kilkanaście lat. Dlaczego? Bo nawet niektórzy dorośli nie zdają sobie sprawy z konsekwencji korzystania z serwisów społecznościowych, poczty e-mail, a nawet YouTube’a. Przy czym rozprzestrzenianie fake newsów i zainfekowanie urządzenia różnej maści malware’em uważam za przewinienia niższej rangi. Przede wszystkim mam na myśli podatność na stalking, hejt i wszystko to, co niekiedy jest nazywane stratami moralnymi.

Wróćmy do wspomnianej w śródtytule dziesięciolatki. Spędziła ze mną i moją żoną weekend, który mógł być dla niej o tyle trudny, że w przeciwieństwie do rodziców, wprowadziliśmy ograniczenia w korzystania ze smartfonu. Oczywiście jednocześnie staraliśmy się zapełnić dziecku czas i zapewnić atrakcje, które ten brak by wypełniły. W chwilach, gdy dziewczynka sięgała po swoje urządzenie mobilne, przyglądałem się bacznie temu, co robi.

TikTok nowym Facebookiem, Instagramem i Snapchatem.

Z percepcją TikToka przez trochę starsze, średnio starsze i bardzo starsze pokolenie jest tak, jak niegdyś ze stosunkiem do tzw. muzyki młodzieżowej. Będąc nastolatkiem wielekroć musiałem wysłuchiwać niezbyt mądrych opinii o szarpidrutach, którym poświęcam uwagę. Na szczęście miałem mądrą mamę, która nie dość, że moje fascynacje muzyczne podsycała, to jeszcze potrafiła nagrać puszczany w Trójce singiel „The Battle Rages On” Deep Purple i puścić mi go po moim powrocie ze szkoły, a na osiemnastkę sprawić bilet na koncert tejże grupy (pozdrawiam uczestników koncertu, który odbył się 3 czerwca 1996 r. w katowickim Spodku).

W przypadku TikToka analogia z szarpidrutami wydaje mi się o tyle sensowna, że zazwyczaj starsze pokolenia nie rozumieją młodszych. Mało tego, a priori wyceniają wartość tego czy innego zjawiska, bez choćby próby zrozumienia go.

Gdy zatem pobieżnie spojrzymy na TikToka, możemy załamać ręce. Co bowiem widzimy? Dziecko wyciskające mydło w rytm muzyki, nastolatkę puszczającą figlarnie oczko do publiczności, kogoś kto przypomina żywo Michaela Jacksona, znajduje się w dyskoncie i ciągnąc koszyk z zakupami prezentuje moon walk. Uczucie surrealizmu nie opuszcza, gdy przewijamy kolejne tiktoki (czy jak im tam).

Z drugiej strony szybko zauważymy, że w tym szaleństwie jest metoda i wiele z tych dziwnych filmików wymagało kreatywności, pomysłu, a niektóre całkiem sporych umiejętności.

Oczywiście dodać trzeba, że mowa tu o najpopularniejszych tiktokach wyświetlających się w feedzie. Zdecydowana większość, podobnie jak w przypadku Instagrama, to lepsze lub gorsze próby zaistnienia przez dzieci, które nie mają zaplecza i umiejętności gigantów tej platformy.

Patrząc na aktywność wspomnianej dziesięciolatki na TikToku, uświadomiłem sobie jedną ważną rzecz. Nie ma znaczenia, czy dziecko daje upust swojej kreatywności korzystając z kredek i kartki papieru, kredy i asfaltu czy TikToka. Owszem, w pierwszych przypadkach rozwija zdolności manualne, ale istotne jest coś innego: że próbuje się wyrazić, wykorzystuje wyobraźnię i tworzy własne dzieło. Mało tego, patrząc na klip dziewczynki, w którym widzimy coś w rodzaju animacji z wykorzystaniem rysunków stworzonych przez nią tradycyjnymi środkami wyrazu, jestem przekonany, że rzeczywistość cyfrową i analogową można połączyć.

Zmartwiło mnie, że dziesięciolatka cyfryzuje prawie każdy aspekt swojego życia.

Gdy z ciekawości sprawdziłem, z jakich aplikacji najchętniej korzysta opisywana dziewczynka, nie zdziwiłem się, że najwięcej czasu pochłania TikTok. Patrząc jednak na aktywność poza tą aplikacją, zwróciłem uwagę na inny szczegół.

Nieco zasmucił mnie fakt, że praktycznie każda aktywność musiała zostać poddana cyfryzacji. Wizyta w restauracji? Zdjęcie i wrzutka na Messengera do koleżanek. Zwiedzanie jakiejś atrakcji turystycznej – to samo, plus relacja na TikToku. Świat realny kompletnie miesza się z wirtualnym. Można wręcz powiedzieć, że nie ma granicy między tymi światami.

Zupełnie niedawno, na grillu u znajomych, byłem świadkiem sceny, gdy dwie nastolatki znajdujące się nieco na uboczu imprezy, siedziały wpatrzone w ekrany smartfonów i świetnie się bawiły (a przynajmniej takie sprawiały wrażenie). Były razem, ale osobno, a ich kontakt zapośredniczały urządzenia mobilne.

Gdy spojrzałem na tę scenę, załamałem początkowo ręce. Szybko jednak zdałem sobie sprawę, że skoro ja, stary geek, zaczynam nie nadążać, to znaczy mniej więcej tyle, że powinienem się powstrzymać od potępieńczego tonu.

Świat się zmienia. Moje dorastanie mogło być równie szokujące dla moich rodziców, jak dla mnie dziwne są zachowania nastalotków. Znacznie lepsze, niż przyklejanie dzieciakom etykietek, będą próby zrozumienia ich świata, a przede wszystkim delikatne starania poukładania priorytetów, gdy mamy na dzieci wpływ.

Dołącz do dyskusji