Upały? Sorry, taki mamy klimat

Felieton/Ekologia 21.06.2019
Upały? Sorry, taki mamy klimat

Upały? Sorry, taki mamy klimat

Tegoroczne lato to bardzo gorący okres dla wszystkich ludzi ze sceptycznym podejściem do tzw. zmian klimatycznych. Jestem bardzo ciekawy, jak sceptycy wytłumaczą dwie, bardzo palące kwestie, które aktualnie bardzo uprzykrzają nam życie.

Pierwsza z nich to rekordowe prognozy nadchodzących upałów. Tak przynajmniej wychodzi z symulacji wykonanych przez Europejskie Centrum Prognoz Średnioterminowych, według której w niektórych rejonach w Polsce temperatura przekroczy 40 st. C. Jeśli tak będzie, to tegoroczny czerwiec stanie się oficjalnie najgorętszym miesiącem od ponad 200 lat historii pomiarów temperatury.

Prognoza pogody: będzie gorąco

https://twitter.com/MeteoprognozaPL/status/1140943857837912064

Rekordowa temperatura przywędruje na nasz kontynent z Afryki Północnej. Polska i tak ma szczęście, że leży nieco na uboczu trasy ciepłego powietrza. W niektórych niemieckich miastach wskaźniki na termometrach mogą dojść nawet do 45 st. C. U nas – mówię tu o województwach lubuskim i wielkopolskim, będzie trochę chłodniej, ale to i tak wystarczy do pobicia rekordu zanotowanego w 1811 r.

Reakcje niektórych meteorologów na te prognozy są nawet trochę zabawne. Wielu z nich ma po prostu nadzieję, że komputery Europejskiego Centrum Prognoz Średnioterminowych zwariowały i podają błędne prognozy. Niektórzy – nieco bardziej racjonalni – podkreślają fakt, że widmo 40-stopniowych upałów pojawia się w prognozach długoterminowych, które domyślnie obarczone są sporym marginesem błędu (przez tydzień pogoda może kilka razy zmienić zdanie). Niemniej jednak takie prognozy pojawiły się pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna. A lato dopiero się rozkręca. Długoterminowa prognoza przygotowana przez serwis AccuWeather zakłada, że czerwiec to dopiero początek piekła lejącego się z nieba. Będzie gorąco.

I sucho

To właśnie ta druga kwestia, nad którą zacząłem dumać, kiedy wczoraj wieczorem okazało się, że ciśnienie wody w moim kranie spadło do żenująco niskiego poziomu – nie tylko zresztą u mnie. W pierwszej połowie czerwca wody zabrakło w całych Skierniewicach. Wyobraźcie sobie nagle, że w waszym mieście przez 2 doby, po odkręceniu kranu, nie dzieje się absolutnie nic. Dość niepokojący scenariusz. I zdaniem prof. Jarosława Suchożebrskiego z Uniwersytetu Warszawskiego takie sytuacje będą zdarzać się w Polsce coraz częściej.

Jego zdaniem problem z deficytem wody w Polsce istnieje od co najmniej kilku dziesięcioleci. Problem ten powodują dwie kwestie: coraz cieplejsze okresy letnie i ukształtowanie terenu w naszym kraju. Przez województwa lubuskie, dolnośląskie, część wielkopolskiego, łódzkie i Mazowsze, aż po Lubelszczyznę przebiega pas, na którym rokrocznie notujemy najmniejszy poziom opadów w naszym kraju. W połączeniu z rosnącą temperaturą (i większym parowaniem wody) i wielkopowierzchniowym rolnictwem, taka mieszanka to bardzo prosty przepis na katastrofę.

I nie są to jakieś chwilowe wahania poziomu wody. Prof. Suchożebrski wskazuje, że jeszcze w latach 80. na statystycznego Polaka przypadało ok. 2500 m3 wody rocznie. Obecnie wskaźnik ten rzadko kiedy przekracza 1800 m3. Nic nie wskazuje na to, żeby w najbliższym czasie odbił się od dna.

Nasi politycy nie wykazali zbyt dużego zainteresowania tą sprawą

Niektóre kraje zreflektowały się już na tyle, żeby wprowadzić u siebie tzw. klimatyczne stany wyjątkowe, które wiążą się właśnie z wprowadzaniem programów oszczędzania wody i rekonstrukcji sposobów zarządzania zasobami naturalnymi. U nas tymczasem Prezydent podczas szczytu klimatycznego mówi, że węgiel nie jest taki zły i w zasadzie nie widzi on żadnego problemu, żebyśmy dalej spalali go w naszych elektrowniach. Być może kwestie opisane wyżej bardziej zainteresują naszych lokalnych polityków. W Stanach się to udało.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji