Niewiele brakowało, a ominąłbym Rage 2. Przez moją zawodną pamięć

Felieton/Gry 07.06.2019
Niewiele brakowało, a ominąłbym Rage 2. Przez moją zawodną pamięć

Niewiele brakowało, a ominąłbym Rage 2. Przez moją zawodną pamięć

Rage 2 nie był tytułem, w który planowałem grać. Miałem złe wspomnienia związane z pierwszą odsłoną cyklu. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Uwielbiam gry osadzone w postapokaliptycznej scenerii. Jest coś pociągającego w wizji świata po nuklearnej zagładzie, w którym ludzkość wraca do korzeni i rozpoczyna brutalną walkę o przetrwanie. Wymieszanie go ze szczyptą absurdalnego humoru to przepis na murowany sukces.

Na pierwszych dwóch odsłonach serii Fallout jako dzieciak zjadłem zęby.

To właśnie dzięki tym grom nauczyłem się zresztą podstaw języka angielskiego. Tak mnie wciągnęły, że dały mi motywację, by uczyć się kolejnych słówek – były one niezbędne, by zrozumieć dialogi. W dodatku musiałem szukać ich w papierowym słowniku. Dostępu do internetu i usług takich jak Google Translate wtedy nie miałem.

Do kolejnych części serii – tych w trójwymiarze – podchodziłem kilka razy jak pies do jeża. Jednak gdy wreszcie „zażarło”, to spędziłem na nuklearnych pustkowiach łącznie kilkaset godzin. Nawet mnóstwo bugów w Falloucie 4 i sieciowy Fallout 76, pomimo swoich licznych wad, mnie nie odstraszyły.

To jednak nie jedyne gry post-apo, które mnie uwiodły.

Nie jestem w prawdziwym świecie kierowcą, ale bujanie się doposażoną furą po pustkowiach w Mad Maksie – swoją drogą szalenie niedocenionym przez graczy tytule – sprawiało mi mega frajdę. Ze smutkiem odkryłem, że ataków na konwoje nie da się powtórzyć, bo był to mój ulubiony element tej gry.

Jakby tego było mało, uwielbiam shootery. To jeden z moich ulubionych gatunków gier obok cRPG-ów. Pewnie tyle samo, co przy serii Fallout, spędziłem przy kolejnych produkcjach studia id Software – od kultowego Wolfensteina 3D, przez sieciowe Quake III: Arena, na reboocie Dooma z 2016 r. kończąc.

Mimo to Rage 2 od id software i Avalanche Studio planowałem odpuścić sobie już po pierwszej zapowiedzi.

Po obejrzeniu zwiastuna rok temu nie poczułem chemii i nie umiem tego racjonalnie wyjaśnić. W teorii jest tu wszystko, co lubię – model strzelania od id Software, ataki na konwoje niczym w Mad Maksie i klimat post-apo rodem z Fallouta. A ja byłem negatywnie nastawiony, bo pierwszy Rage lata temu mnie rozczarował.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Nie mam zielonego pojęcia, jak to się stało, ale pamiętam, że grałem w Rage niedługo po premierze w 2008 r. Zapamiętałem tę grą jako tak duże rozczarowanie, że jej nigdy nie skończyłem. Problem w tym, że najwyraźniej to nigdy nie miało miejsca.

Dowiedziałem się o tym dopiero niedawno, bo coś mnie tknęło, żeby dać pierwszej części Rage jeszcze jedną szansę.

Rage 2 nie zachwycił krytyków, ale po recenzji Szymona opublikowanej na Spider’s Web nabrałem ochoty, by dać tej grze szansę. Nie lubię jednak ruszać cykli od zera, więc przed sequelem dobrze byłoby najpierw przejść pierwsze Rage – a przecież pamiętałem, że kilka lat wcześniej mnie do siebie zraził.

W bibliotece Steam go jednak nie miałem. Przeszło mi przez myśl, by kupić sobie kopię Rage na peceta, ale 45 zł, jakie trzeba dziś zapłacić za Rage w serwisie Steam, to za dużo jak za tytuł sprzed niemal dekady. Na szczęście dzięki usłudze Xbox Game Pass mogłem zainstalować grę bez dodatkowych opłat na konsoli.

Po uruchomieniu Rage spotkało mnie niemałe zaskoczenie.

Nie wiem, jak to się stało, bo chociaż pamiętam negatywne odczucia związane z Rage, to sama rozgrywka była dla mnie czymś świeżym. Ze zdumieniem odkryłem, że pomimo grafiki trącącej już myszką – gra wydana została na Xboksa 360 – z ogromną chęcią pokonywałem mutantów, rozbudowywałem auta i wykonywałem questy.

W ogóle nie kojarzyłem też historii, bohaterów niezależnych, lokacji. A chociaż fabuła w Rage jest tylko pretekstem, by umożliwiać protagoniście kolejne starcia z wrogami, to ogromną frajdę czerpałem zarówno z kolejnych wymian ognia, jak i craftowania coraz lepszego ekwipunku oraz wygrywania wyścigów.

Nie jest więc wykluczone, że tak naprawdę w Rage nigdy nie grałem.

Tytuł debiutował w czasach, gdy moja fascynacja grami wideo na chwilę przygasła i bardzo możliwe, że czyjaś opinia została mi w głowie i po latach zacząłem traktować ją jak własną. O podobnym zjawisku czytałem zresztą wielokrotnie, ale po raz pierwszy w życiu zidentyfikowałem coś podobnego u siebie.

Nie jest to miłe uczucie, bo okazało się, że ostatnie 8 lat żyłem w kłamstwie, ale jest w tym wszystkim pewna pociecha. Nie tylko zagrałem w fajną grę, którą przegapiłem, ale w dodatku nie podchodzę już do Rage 2 sceptycznie. I wszystko wskazuje na to, że się przy tej grze będę teraz wybornie bawił.

Dołącz do dyskusji