O tym, jak pokochałem jazdę rowerem po szosie. Radar rowerowy Garmin Varia RTL511 – (prawie) recenzja

Recenzja/Sprzęt 28.06.2019
O tym, jak pokochałem jazdę rowerem po szosie. Radar rowerowy Garmin Varia RTL511 – (prawie) recenzja

O tym, jak pokochałem jazdę rowerem po szosie. Radar rowerowy Garmin Varia RTL511 – (prawie) recenzja

Gdybym wcześniej kupił sobie ten sprzęt, inaczej bym sobie życie ułożył.

No, może nie całe życie, ale z całą pewnością kupiłbym sobie inny rower. Taki, przed którym jeszcze kilka lat temu – i w momencie zakupu mojego aktualnego roweru – panicznie się wzbraniałem z racji tras, po których wolałem jeździć.

Kupiłbym sobie rower szosowy.

Zaraz, przecież już była recenzja radaru rowerowego od Garmina!

Tak, to prawda. Ale zmieniły się dwie rzeczy.

Po pierwsze – test testem, łatwo jest go zrobić i napisać, czy coś jest fajne, czy nie. W końcu nie inwestuje się w to przeważnie żadnej gotówki, więc realne ustalenie tego, czy warto wydać na dany sprzęt swoje pieniądze nie jest takie łatwe.

Chyba że…

Chyba że co?

Chyba że testowany sprzęt jest tak dobry i tak potrzebny, że kupujemy go później dla siebie. I to właśnie zrobiłem kilka miesięcy temu.

Chociaż, żeby być precyzyjnym, wcale nie kupiłem testowanego modelu, bo… był odrobinę za drogi.

To co w takim razie kupiłeś?

Też radar rowerowy. Też od Garmina. Oferujący 99,9 proc. funkcji testowanego modelu RTL510. Tyle tylko, że w wersji wyraźnie tańszej.

Brzmi dobrze, ale o co do cholery chodzi?

To proste – radar rowerowy Garmina występuje w dwóch wersjach. Testowanej przeze mnie – RTL510, a także kupionej przeze mnie w tym roku – RTL511.

Ta pierwsza kosztuje oficjalnie około 850 zł. Tę druga kupiłem natomiast – z fakturą i tak dalej – za nieco ponad 500 zł.

Ok, potężna różnica. Czyli pewnie i kompromisy spore?

Otóż… nie. Różnica pomiędzy tymi sprzętami jest wręcz śmiesznie mała.

Polega ona głównie na tym, ze RTL511 został przygotowany z myślą o rynku niemieckim, gdzie bardzo precyzyjnie określone są przepisy dotyczące tego, jakie może być – i jakie nie może być – oświetlenie rowerowe.

Nie zagłębiając się już w gąszcz wymogów prawnych, RTL511 różni się od 510 głównie tym, że nie posiada trybu migania (ani nocnego, ani dziennego), nie potrafi dostosować migania do sytuacji na drodze (510 miga intensywniej, jeśli coś do nas podjeżdża, informując o naszym istnieniu), a także jest słabsza, jeśli chodzi o intensywność świecenia. Strumień świetlny w przypadku RTL510 określa się na 20-65 lm, w zależności od trybu. RTL511 oferuje tylko 7 lm.

Ale nada się na lampkę do jazdy po nocy?

Jasne. Nie wyjeżdżałbym wprawdzie z nią nocą na bardzo ruchliwą drogę, ale po prawdzie nie wyjeżdżałbym też rowerem na taką drogę w dzień.

Dobra, ale różnią się czymś jeszcze czy nie? Bo trochę mało tych różnic.

Tak, różnica jest jeszcze w czasie pracy, ale wynika to głównie z różnicy w trybach i w mocy świecenia.

RTL510 (ta droższa) w trybie migania dziennego wytrzyma 15 godzin. W trybie migania nocnego i oświetlenia ciągłego – do 6 godzin. RTL511 wytrzyma natomiast do 10 godzin w trybie oświetlenia ciągłego, bo tylko taki tryb oferuje.

I to wszystko? Możliwości, zgodność z urządzeniami, instalacja? Wszystko tak samo?

Tak. Poza wspomnianym brakiem intensywniejszego migania przy wykryciu zbliżającego się samochodu (informacja dla samochodu, nie dla nas), RTL511 potrafi wszystko to, co jego droższy odpowiednik. Jest też przygotowany do pracy w tych samych temperaturach, jest tak samo wodo- i pyłoodporny, a do tego łączy się na takich samych zasadach i z tymi samymi opcjami z odpowiednimi urządzeniami Garmina.

Czyli zadziała tak samo jako radar?

Oczywiście. Wszystko to, co pisałem w recenzji RTL510 odnośnie możliwości monitorowania obszaru za nami, ma zastosowanie w przypadku RTL511.

Daj jakieś TL;DR o tym radarze.

Prosta sprawa – Varia RTL511 łączy się z odpowiednim komputerem rowerowym Garmin Edge, po czym przy prawej krawędzi ekranu wyświetla pas z małymi kółkami. Każde białe kółko określa jeden pojazd znajdujący się za nami. Wraz z tym, jak auta dojeżdżają bliżej nas, symbolizujące je kółka idą do góry. Czerwona kropka na szczycie tej linii to oczywiście my. Im mniejsza odległość dzieli białe kółka od czerwonej kropki, tym bliżej nas są samochody.

W wersji animowanej:

Jeśli nic za nami nie jedzie, linia podświetla się na chwilę na zielono, po czym znika. Jeśli coś się pojawia, Edge piszczy i wyświetla linię otoczoną żółtą poświatą, ze wspomnianymi wcześniej kółkami. Jeśli coś jedzie bardzo szybko, Edge piszczy ponownie i podświetla linię na czerwono.

To tyle.

Ok, to teraz najważniejsze pytanie – po co to w ogóle kupiłeś?

Na początku – zgodnie z tym, co zapowiadałem w recenzji Edge 1030 – kupiłem sobie nawigację rowerową Edge Explore. Szybko jednak okazało się, że nie da się zrobić dłuższej trasy (100-150 km), nie wyjeżdżając chociażby na chwilę na drogę.

A niestety fanem jeżdżenia po szosach nigdy nie byłem. Jeśli ruch był w miarę intensywny, zawsze irytowała mnie świadomość, że nie wiem dokładnie, ile samochodów jest za mną, jak szybko jadą i kiedy będą mnie mijać. Jeśli jeździłem po drogach, gdzie ruch był znikomy, potrafiłem się zamyślić i mocno zdziwić, kiedy mijał mnie samochód. Żaden z tych przypadków nie był specjalnie przyjemny, a ich kombinacja sprawiała, że przez długi czas odcinków asfaltowych starałem się po prostu unikać.

I co zmienił ten radar?

Zasadniczo to… wszystko. Teraz, kiedy Varia wykryje nadjeżdżający z tyłu samochód, odpowiednia informacja wyświetla się na ekraniku Edge, a do tego dostaję też powiadomienie dźwiękowe. Wiem, ile pojazdów jest za mną (chyba że jeden zasłania drugi, co jednak zdarza się rzadko) i ewentualnie to, czy nie jadą z bardzo dużą prędkością (wtedy dostaję dodatkowe powiadomienie).

Mogę też na jeden rzut oka określić, czy ten szum auta, który słyszę za sobą, oznacza auto daleko za mną, czy też już siedzi mi na tylnym kole i zaraz będzie wyprzedzać.

I do czego to może być potrzebne?

Do masy rzeczy. Przykładowo do określenia, czy – jadąc oczywiście przy krawędzi drogi – mogę ominąć zapadniętą studzienkę, czy auto jest już tak blisko mnie, że lepiej nie zmieniać kursu, przyhamować i przyjąć ją na koło. To samo z wszystkimi kałużami, dziurami i innymi niezbyt przyjemnymi rzeczami, które znajdują się przy podniszczonych krawędziach mniej ruchliwych dróg, którymi przeważnie jeżdżę.

Często też RTL511 przydaje się wtedy, kiedy chcę skręcić w lewo z drogi głównej. Varia jest wtedy pierwszym etapem sprawdzenia, czy mogę zjeżdżać w kierunku środka drogi, a potem jej lewej krawędzi, czy lepiej nie.

Wystarczyłoby się po prostu odwrócić…

Tak, przy bardziej skomplikowanych manewrach i tak kolejnym etapem sprawdzenia bezpieczeństwa jest odwrócenie się. Ale nie zawsze jest to możliwe – we wspomnianym przykładzie dziur, studzienek i podobnych nie zawsze jesteśmy w stanie wypatrzeć je z daleka. Kiedy pojawiają się w zasięgu naszego wzroku, mamy kilka sekund, albo wręcz sekundę na reakcję.

A nie ma nic gorszego niż wpadnięcie w ogromną dziurę, patrząc jednocześnie za siebie. Kiedyś już to zrobiłem – nie polecam.

Dobra, dobra. Ale przecież słychać, że coś za nami jedzie!

Tak i nie, a konkretniej – nie zawsze. Faktycznie, jeśli wokół nas panuje kompletna cisza i jedziemy stosunkowo wolno, to często usłyszymy jadący samochód szybciej, niż poinformuje nas o tym Varia i Edge. Ale takie sytuacje zdarzały mi się stosunkowo rzadko.

Częściej to najpierw Edge informował mnie o nadjeżdżającym aucie (zasięg radaru – do około 150 m), a dopiero później słyszałem hałas. Powody? Głównie wiatr – ten faktyczny i pozorny. W takich sytuacjach – bez pomocy radaru – często też wydawało mi się, że coś jedzie, a okazywało się, że szumiało coś zupełnie innego. Jakieś drzewo, jakieś trawy, jakieś coś. A nikt nie lubi fałszywych alarmów.

No właśnie, jak jest z fałszywymi alarmami na tym radarze?

Zdarzają się, ale są to przeważnie 2-3 takie przypadki na kilkaset przejechanych kilometrów. I najczęściej wiążą się ze sporym zasięgiem i kątem widzenia radaru – po prostu interpretuje auta jadące gdzieś za nami, ale niekoniecznie idealnie po naszej drodze, jako potencjalne zagrożenia. Raczej trudno tego uniknąć.

A w mieście?

W mieście, jeśli jeździmy po ścieżkach rowerowych (a tak właśnie robię), lepiej jest Varię po prostu wyłączyć, o ile nie chcemy dostać napadów złości, agresji i frustracji. Radar nijak nie interpretuje naszej jazdy jako jazdy po ścieżce rowerowej, więc radośnie informuje nas o absolutnie wszystkich autach, które jazdą ulicą przebiegającą wzdłuż ścieżki.

Serio, lepiej go wtedy wyłączyć.

A rowerzystów za nami wykrywa?

I to jest ciekawe. Jeśli jedziemy w kolumnie, mniej więcej ze stałą prędkością w porównaniu z osobą jadącą za nami, to raczej nie pojawi się żaden komunikat.

Jeśli jednak jedziemy sami i ktoś na rowerze będzie się do nas szybko zbliżał, to jest spora szansa, że Varia, za pośrednictwem Edge, nas o tym poinformuje.

Ok, fałszywe alarmy załatwione. A co z przegapionymi?

I tutaj dobra wiadomość – Varia RTL511 w większości spisuje się świetnie i nie przypominam sobie, żeby przeoczyła któregokolwiek auto, które mnie mijało lub jechało za mną. Trzeba jednak pamiętać, że to względnie proste urządzenie i ma swoje ograniczenia.

Przykładowo musimy się pogodzić z tym, że Varia nie widzi przez zakręty. Jeśli zakręt jest ostry, pod górę i tak dalej, to jest spora szansa, że nie zobaczy odpowiednio wcześnie auta jadącego za nami i poinformuje o nim dopiero wtedy, kiedy będzie ono bardzo blisko nas i w zasięgu jego wzroku. Podobnie nie oszuka praw fizyki i nie zobaczy przez auto. Jeśli za nami jedzie np. duży dostawczak, to – o ile jedziemy idealnie w linii prostej do nich – nie powie nam, że za nim kryje się jeszcze 5 osobówek.

Pewne problemy pojawiają się też przy jeździe po mieście po drogach. Jeśli staniemy na światłach, a za nami stoi samochód, to po zapaleniu się zielonego i ruszeniu – o ile ruszamy z identyczną prędkością – radar będzie milczał. Dopiero gdy pojawi się jakaś różnica w prędkościach, właściwie ostrzeżenie pojawi się na ekranie Edge.

Ale akurat to nie jest wielkim zagrożeniem – w końcu wiemy, że coś jest za nami. Po prostu trzeba się przyzwyczaić do tego drobnego dyskomfortu z opóźnioną informacją.

Ha! Czyli nie można temu sprzętowi w pełni ufać.

Musiałbym być szalony, żeby zawierzyć swoje życie w całości kawałkowi niekoniecznie niezawodnej elektroniki. Nie, RTL511 nie zastępuje mi w całości odwracania się. Ale sytuacji, kiedy uratowała mnie przed co najmniej zaskoczeniem obecnością auta nie zliczę, a przejechałem z nią raptem 1500 km.

Czyli warto w ciemno czy jednak nie?

Warto… się zastanowić. Zacznijmy od tego, że z samego zakupu Varii RTL511 nic nam nie przyjdzie. Musimy mieć albo wyświetlacz jej dedykowany (kilka stówek), albo odpowiedni zegarek, albo komputer rowerowy Garmina. Do tego dochodzi jeszcze kwestia tego, gdzie jeździmy.

Jeśli ktoś jeździ po mieście, po ścieżkach rowerowych, to taki radar będzie tylko źródłem frustracji. Jeśli ktoś jeździ po mieście, ale po ulicach, to też nie wiem, czy to najlepsze rozwiązanie – zasięg i szerokość wiązki radaru będzie powodować wyłapywanie samochodów na wszystkich pasach, niekoniecznie tych, które bezpośrednio nas interesuje.

W teren oczywiście też się nie nada, więc nie ma po co tracić kasy. Tym bardziej, że tradycyjną wsteczną lampkę rowerową można kupić za ułamek tej kwoty i będzie wielokrotnie mocniejsza.

To gdzie się nada?

Na szosę, oczywiście. Na wszelkiej maści drogi, gdzie ruch nie jest wielki, ale jednak występuje. Czyli na trasy, jakie ostatnio – po zakupieniu RTL511 – wybieram wyłącznie.

Stwierdzam rowerozę. Zalecam kąpiele w benzynie i co najmniej 5 godzin dziennie w samochodzie.

Tak, domyślam się, co większość osób sądzi o jeżdżeniu rowerem po drodze. Tyle tylko, że akurat mam prawie pod nosem… drogę rowerową wyznaczoną po szosach – pięknie oznaczone R9, które na północ ciągnie się na jakieś 600 km ode mnie, a na południe – na jakieś 1200 km. Mam więc gdzie jeździć rowerem po drogach w pełni legalnie.

I o dziwo – nie widziałem jeszcze, żeby jakiemukolwiek kierowcy to przeszkadzało (może poza kierowcami starych ML-i, ale to jest stracony dla ludzkości typ człowieka). Być może spora w tym zaleta właśnie posiadania RTL511 – wiem z wyprzedzeniem, że coś za mną jedzie, więc staram się jechać jak najbliżej prawej krawędzi, nie staram się w tym momencie bić rekordów prędkości i na wszelki wypadek schodzę z lemondki. Ot, przez te kilkadziesiąt sekund, które zajmuje wyprzedzenie mnie, staram się być jak najbardziej przezroczysty dla kierowcy, którego – tak, mam tego pełną świadomość – mogę odrobinę spowolnić.

Varia zapewnia mi więc coś w rodzaju szóstego zmysłu rowerzysty. I nie mam wątpliwości, że to był naprawdę udany zakup.

* W tekście zostały wykorzystane zdjęcia modelu RTL510. Ale to nie ma znaczenia, bo są to właściwie identyczne sprzęty. 

Dołącz do dyskusji