Dom pełen światła. Philips Hue – recenzja długodystansowa

Premium/Sprzęt 07.06.2019
Dom pełen światła. Philips Hue – recenzja długodystansowa

Dom pełen światła. Philips Hue – recenzja długodystansowa

Żarówki sterowane smartfonem? A na co to komu? Już odpowiadam. Uwaga, odpowiedź będzie długa.

Zacznijmy od czegoś zupełnie niezwiązanego z użytkowaniem Hue.

Rozprawmy się na początek z jednym mitem: wysoką ceną.

Żarówka za ponad 150 zł? Chyba cię pogięło – tak mniej więcej wyglądała przeważnie reakcja na informację, że zdecydowałem się rozświetlić swój dom z wykorzystaniem Hue. Do tego dochodziły liczne pytania o to, ile milionów złotych kosztuje mostek, który jest niezbędny, żeby to wszystko obsłużyć. O podsumowanie kosztów takiej instalacji nikt nawet nie pytał – każdy zakładał, że to po prostu jedna z fanaberii gadżeciarza i nie warto się nad tym w ogóle zastanawiać.

I to jest pierwszy, podstawowy błąd.

Większość osób kojarzy bowiem – poniekąd słusznie – system Hue z żarówkami kolorowymi. Tak też zresztą sugeruje strona producenta – miliony barw i odcieni, zmiana koloru w trakcie doby, zmiana koloru w zależności od sytuacji. I tak dalej, i tak dalej.

I tak, te kolorowe żarówki faktycznie kosztują fortunę. Ale… ich mało kto tak naprawdę potrzebuje. A reszta jest zdecydowanie tańsza.

W zestawie testowym, który otrzymałem kilka miesięcy temu, większość wyposażenia stanowiły oczywiście kolorowe źródła oświetlenia. Lampy, taśmy, żarówki, żaróweczki – sprawdzając ich cenę w internecie mój entuzjazm zdecydowanie słabł. W końcu jeśli będę chciał odtworzyć podobny system i rozszerzyć go na cały dom, przez kilka miesięcy pewnie nie będę miał co jeść.

Zamontowałem jednak cały testowy osprzęt i szybko okazało się, że w większości przypadków kolor jest mi absolutnie zbędny. A to z kolei całkowicie zmieniło finansową kalkulacje oświetlenia całego domu Hue. Z długopisem i wydrukowanym planem domu zacząłem więc notować, gdzie i co będzie niezbędne.

W niektórych pomieszczeniach – takich jak np. garderoba, łazienka czy kuchnia – montaż kolorowego oświetlenia byłby kompletną i niewytłumaczalną finansowo bzdurą. Ba, zbędne jest tutaj nawet oświetlenie o zmiennym natężeniu czy temperaturze barwowej. Wchodzę – światło ma się zapalać, wychodzę – ma gasnąć. Smażąc kotleta czy szukając ulubionej koszulki nie muszę mieć oświetlenia ustawionego na zielony na 47 proc.. Jeden i zero – wystarczy.

I ile kosztuje oświetlenie Hue pod takie potrzeby? Szybki rzut oka do porównywarek cenowych i okazuje się, że zestaw dwóch żarówek Hue (Hue White E27) kosztuje 115 zł brutto, czyli mniej więcej 57 zł za sztukę. Tak, to wciąż sporo, w momencie kiedy tanią żarówkę LED można kupić już za kilka złotych, a te markowe kosztują od kilkunastu do kilkudziesięciu (ale mniej niż 50 zł) złotych. Ale dużo, dużo mniej, niż można byłoby zakładać, kierując się ceną kolorowych żarówek Hue.

Prosta kalkulacja – w garderobie mam 4 punkty światła, natomiast w kuchni – 8. Zestaw podwójny Hue w wersji kolorowej (w ramach promocji) kosztuje 369 zł za dwie sztuki. Potrzebuję 6 takich kompletów, więc musiałbym zapłacić – uwaga – 2214 zł (!!?!?!!). Zwykłe, białe żarówki Hue (ale ze sterowaniem itd) to natomiast sumaryczny koszt na poziomie 690 zł.

Jest różnica? Jest i to gigantyczna. Natomiast różnica użytkowa jest stosunkowo niewielka, żeby nie powiedzieć, że żadna. Przez długi czas miałem w tych pomieszczeniach kolorowe żarówki i ani razu – poza testem – nie zmieniłem w nich koloru.

Nie znaczy to jednak, że całe oświetlenie w moim domu ma teraz wyłącznie funkcję włączy/wyłącz z aplikacji. W sypialni postawiona została lampa Iris (nie jestem fanem jej wyglądu, ale daje fantastyczne efekty), natomiast w salonie za robienie klimatu odpowiadają dwie lampki Hue Go. W tych dwóch pomieszczeniach – i w biurze – nie wyobrażam sobie też już życia bez oświetlenia White Ambiance, czyli bez regulacji koloru, ale z regulacją temperatury barwowej. Skoro ekran mojego komputera i telefonu dostosowują się do pory dnia, powodując mniejsze zmęczenie oczu (i mnie), to dlaczego nie zastosować tego dla oświetlenia całego domu?

Jedyne miejsce w domu, w którym naprawdę zobaczyłem sens instalacji kolorowego oświetlenia, to salon. Bez telewizora z Ambilight i jego synchronizacji z domowym oświetleniem tracę wprawdzie sporo, ale i tak efekty potrafią być fantastyczne – nawet jeśli najczęściej wykorzystywaną przeze mnie sceną jest ta, w której po włączeniu telewizora światła w całym domu przygasają, a te w salonie zaczynają jarzyć się na lekko bursztynowy kolor.

Tak, nie ma to żadnego zastosowania praktycznego. Ale jakież jest przyjemne i jakże łatwo się do tego przyzwyczaić. A telewizor z Ambilight pewnie w którymś momencie pojawi się w moim domu.

A jeśli ktoś chce dopiero zacząć swoją przygodę z Hue, ale z czymś więcej niż jedną żarówką, bez wydawania fortuny na start, zawsze może kupić zestaw startowy z mostkiem, ściemniaczem i trzema białymi żarówkami za mniej niż 400 zł.

Jak to się w ogóle instaluje?

Pojęcie instalacja jest tutaj trochę na wyrost. Żarówki wkręcamy do oprawek dokładnie tak samo, jak robimy to ze zwykłymi żarówkami. Taśmy LED podłączamy najzwyklejszym przewodem do gniazdka, podobnie jak lampy. Nie ma tu żadnej filozofii i żadnego sięgania do instrukcji.

Podobnie jest z konfiguracją całej naszej sieci świetlnej. Podłączamy mostek (ok. 200 zł) do routera, pobieramy aplikację, a potem postępujemy zgodnie ze wskazówkami. Cały proces – od wyjęcia sprzętów z opakowań, aż do pełnej kontroli nad oświetleniem – zajmuje maksymalnie klikanaście minut. Trochę więcej, jeśli – tak jak ja – musicie poszukać krzesła, żeby wymienić niektóre żarówki. Ale to tyle – łatwiej się już prawie nie da.

Zrobiłem to wszystko i zaczęły się schody.

Nie, aplikacja nie sprawiała żadnych problemów – działała wręcz wzorcowo. Problem był po mojej stronie – musiałem dokładnie rozplanować, co i jak będzie teraz świecić. I kiedy. I w zależności od czego.

Ze zwykłym oświetleniem tego problemu nie ma. Mamy jedno albo więcej źródeł światła przypisywanych do jednego lub większej liczby przełączników i szybko uczymy się, co i jak. Wchodzimy do salonu – klikamy, zapala się światło. Klikamy – gaśnie. Proste.

Teoretycznie tak samo można zrobić z Hue, ale wtedy ma to mocno ograniczony sens finansowy. W końcu zastępujemy fizycznie połączony system systemem bezprzewodowym, nie mając z tego niemal żadnych korzyści.

Zacząłem więc od posortowania w aplikacji, w jakim pomieszczeniu znajdują się jakie źródła światła. Nie zajmuje to zbyt wiele czasu, a zdecydowanie ułatwia robotę. Co przyjemne – ewentualne zmiany w aplikacji Apple Dom synchronizują się z aplikacją Hue, więc moja preferowana forma sterowania (czyli Dom) nie powodowała chaosu i bałaganu.

Potem przyszedł czas na najprzyjemniejszy i najważniejszy etap zabawy – na ustalenie tzw. Rutyn i zależności. Dlaczego to takie istotne i dlaczego korygowałem pierwotne ustalenia co najmniej kilka razy? Bo od tego zależy to, czy będziemy zadowoleni z Hue, czy też w ostatecznym rozrachunku uznamy te zakupy za stratę pieniędzy. Bo jeśli skończymy po prostu z aplikacją, która pozwoli nam zdalnie wyłączać światło – nie będziemy zadowoleni. Jak najbardziej zgadzam się z argumentem, że żarówka sterowana smartfonem jest bez sensu – samo wyjęcie telefonu, odpalenie aplikacji i wybranie odpowiedniej opcji zajmuje więcej, niż wstanie z kanapy i naciśnięcie przycisku. Za to żarówka sterowana ustalonymi wcześniej procesami automatyzacji – no, to to już jest coś.

A że opcji konfiguracji – z wykorzystaniem Hue, dodatków i zewnętrznych aplikacji – jest multum, nie będę prezentował wszystkich z nich. Pokażę tylko te, z których od miesięcy korzystam i z których za nic już nie zrezygnuję.

Jak naprawić to, co schrzanili budowlańcy.

Jestem świeżo po remoncie (dobra, ten remont cały czas trwa) domu, w ramach którego m.in. wymieniona została kompletna instalacja elektryczna z całym osprzętem. I miałem taki kaprys, żeby światło w sypialni działało w modelu hotelowym, tj. po każdej stronie łóżka był przełącznik do wyłączania górnego źródła światła, a dodatkowo przełącznik do włączania światła na korytarzu. Do tego działający identycznie przełącznik po stronie korytarza i przy wejściu do sypialni (od strony sypialni).

Niestety ekipa – która szczęśliwie została już przegoniona – ostatecznie sobie z tym zadaniem nie poradziła i efekt był wręcz komicznie daleki od zamierzonego. Rozwiązanie? Były dwa – albo kucie ściany i układanie przewodów od nowa, albo… Hue. W sumie gdybym wcześniej wpadł na ten drugi pomysł, to nawet nie zlecałbym drutowania oryginalnej idei.

Jak działa to teraz z pomocą Hue? Na bocznej ściance każdej z szafek nocnych (od strony łóżka) przyczepiłem prostokątne piloty Hue razem z ramką (fabrycznie ma taśmę samoprzylepną, wiercenie niewymagane). Nie są one może przesadnie piękne, ale są na tyle schludne i na tyle białe, że elegancko komponują się z wystrojem pomieszczenia. I działają absolutnie perfekcyjnie.

Każdy z pilotów ma cztery przyciski, oznaczone – nieco myląco – jako włączenie, wyłączenie i ściemnianie. Myląco, bo każdemu z nich można przypisać dowolną funkcję – i to nie tylko w obrębie aplikacji Hue, ale też np. w aplikacji Dom. Jeśli więc nie chcemy ściemniać żarówki tylko aktywować całkowicie dowolną scenę – droga wolna.

I tutaj już było z górki. Żarówki, które miały być punktami oświetleniowymi sterowanymi przez przyciski przy łóżku (i w korytarzu i przy wejściu) zostały przypisane do dwóch z przycisków z funkcją włączania i wyłączania. Kolejny pilocik trafił na drzwi i tam wprowadziłem mu taką samą konfigurację.

Efekt – identyczny z zakładanym na początku, bez konieczności kucia ścian. Zostały mi wprawdzie bezużyteczne przyciski przy łóżku, ale z tym muszę już jakoś żyć i następnym razem lepiej dobierać ekipy remontowe.

Jedyna rzecz, do której mogę się przyczepić to fakt, że o ile w przypadku korzystania z aplikacji Hue można przypisać do pojedynczego przycisku kilka akcji, o tyle w przypadku korzystania z Apple Dom możliwe jest skonfigurowanie tylko jednej dla każdego z przycisków. Więc nie możemy po jednym kliknięciu włączyć świateł, a po drugim – w ten sam przycisk – wyłączyć ich. Trzeba na to poświecić dwa przyciski. Szczęśliwie są zewnętrzne aplikacje, które ten problem rozwiązują.

Dobranoc… albo jeszcze skoczę do łazienki.

A co z pozostałymi dwoma przyciskami? Je wykorzystałem na dwie sceny z HomeKita. Pierwszą jest scena Dobranoc, która wyłącza wszystkie światła w domu. Mało tego – wyłącza nie tylko światła, ale i podłączony pod HomeKita przez specjalną wtyczkę oczyszczacz powietrza, lampkę, do której jeszcze nie dokupiłem żarówki Hue i kilka innych sprzętów, które na noc powinny być wyłączone.

I tak – mógłbym te wszystkie sprzęty wyłączyć ręcznie, przed pójściem spać maszerując kolejno po pomieszczeniach na parterze i piętrze, klikając – za darmo! – wszystkie te guziczki. Tylko… po co? W aktualnym układzie nie zwracam nawet uwagi na to, co jest włączone, kiedy wdrapuje się na górę, żeby położyć się do łóżka. Nie ma już też sytuacji, kiedy kładę się spać i nagle widzę, że chyba coś zostało włączone i będzie się świecić, dopóki nie zgaszę tego ręcznie.

Kładę głowę na poduszkę, naciskam jeden przycisk i cały dom gaśnie. Docelowo będzie się też wraz z naciśnięciem tego przycisku zamykał i uzbrajał, ale to jeszcze odległa (z mojej strony – finansowo) perspektywa.

Drugi pozostały przycisk to natomiast jeszcze inna scena – nazwana przeze mnie Łazienka, bo rozświetla mi drogę do toalety, jeśli musiałbym do niej pójść w nocy. Jasne, mógłbym aktywować wcześniej opisany układ, gdzie zapaliłyby się światła w korytarzu, przy schodach i w sypialni, ale po co mi tyle światła? Po co budzić drugą połówkę śpiącą obok?

Zamiast wszystkich świateł delikatnie więc rozświetla się podstawa łóżka, oklejona od wewnętrznej strony taśmą Hue. Wraz z nią na minimalnym poziomie zapala się światło w korytarzu na piętrze, na schodach, a także na korytarzu prowadzącym do łazienki i w samej łazience. Wszystko tylko na kilkanaście procent mocy, ale to całkowicie wystarczy. Cały dom pozostaje w mroku – poza moją ścieżką do łazienki.

A że brakuje mi przycisku do osobnego wyłączania tej sceny? Żaden problem – wystarczy poprzednio wspominany przycisk do gaszenia wszystkich świateł w domu…

Dzieeeeń doooo-bryyyyy.

I to dzień dobry na dwa sposoby.

Pierwszym może być dostępna w aplikacji Hue funkcja budzenia światłem – wybrane źródło rozświetla się stopniowo, naśladując tym samym wyłaniające się zza horyzontu słońce. Jeśli ktoś ma sypialnię od innego kierunku niż wschód – naprawdę może się sprawdzić.

U mnie jednak proces świetlnego budzenia, a raczej budzenia się światła wygląda trochę inaczej. Mam od wschodu w sypialni duże okno, więc jedna czy kilka żarówek nie zdziałają zbyt wiele. Natomiast reszta domu nie ma już tyle szczęścia – nie ma tylu okien i tyle światła, co jest szczególnie bolesne zimą czy jesienią.

Ponownie – mógłbym wstać i po kolei przechodząc przez pomieszczenia zapalać światła. A kiedy na dworze zrobiłoby się wystarczająco jasno – ręcznie je gasić. Tylko po co?

Zgodnie z moją konfiguracją światła w wybranych pomieszczeniach zapalają się już około 6 rano – wtedy, kiedy wstaję. Nie świecą się jednak wszędzie – wiem, że o tej godzinie nie siądę do komputera, więc w biurze jest całkowicie ciemno. Małe też szanse, żebym przycupnął na kanapie przed telewizorem. Nie usiądę też raczej w fotelu, żeby poczytać. Te miejsca mogą nie być oświetlone.

Za to cała reszta jest oświetlona tak, że nie ma szans, żeby przypadkiem potknąć się np. o rozrzucone w korytarzu buty czy psią miskę z jedzeniem. A najpiękniejsze jest to, że to wszystko dzieje się automatycznie. Wstaję i mój dom już jest rozświetlony.

A kiedy trzeba – gaśnie.

I tutaj moja reguła jest prosta. Po 30 minutach od wschodu słońca dodatkowe źródła oświetlenia nie są już przeważnie potrzebne.

Hue więc automatycznie je wyłącza, żeby nie tracić energii. Ponownie – z mojej strony nie ma absolutnie żadnej akcji.

A kiedy trzeba – znów się zapala.

Podobny mechanizm, ale w drugą stronę – na pół godziny przed zachodem słońca niemal cały dom rozświetla się, przygotowując mnie na nadchodzący mrok. Czasem wręcz zdarza mi się nie zorientować, że na zewnątrz jest już ciemno – przejście z naturalnego oświetlenia na sztuczne jest niemal niezauważalne.

Jedynym pomieszczeniem, które w tym układzie nie jest oświetlane w tym momencie, jest sypialnia. Przeważnie nie zaglądam tam przed 20-21, więc dopiero wtedy uruchamia się podświetlenie łóżka, lampki nocne i ukryta za gitarami lampka Iris, dodająca odrobinę klimatu (nie, nie świeci na czerwono).

Hej Siri, ciemno w biurze, ogarnij to.

W Hue Labs można znaleźć masę eksperymentalnych konfiguracji i funkcji.

I nie chodzi tutaj wyłącznie o Siri. Hue – z racji długiego rynkowego stażu i ogólnej otwartości – ma potężną przewagę nad ewentualnymi konkurencyjnymi rozwiązaniami w postaci zgodności z niemal wszystkimi ważnymi platformami. Od Siri i Apple HomeKit, przez Asystenta Google, zegarki Fitbita, Samsunga, Garmina (niekoniecznie oficjalnie), aż po Fibaro. I po drodze jeszcze kilka systemów.

Oczywiście najchętniej połączyłbym Hue z HomeKitem i zapomniał o wszystkim, ale jest w domu jeszcze jeden użytkownik Androida. Czy rodzi to jakikolwiek problem?

Nie. Żaden.

Wszystkie sceny aktywowane są oczywiście automatycznie na bazie czasu lub innych aktywatorów – w większości z HomeKita. Jeśli mam coś zrobić ręcznie, przeważnie nie sięgam po telefon, a podnoszę rękę z Apple Watchem. I albo wybieram odpowiednią opcję z menu, albo po prostu proszę Siri np. o to, żeby zapaliła światło w biurze. A potem zrobiła jeszcze trochę jaśniej. I może troszkę mniej żółto. Rozumie – oczywiście po angielsku – bez trudu.

Dziewczyna korzystająca z Androida z kolei używa androidowej aplikacji Hue, włączając lub wyłączając sobie światła w rzadkich sytuacjach, kiedy trzeba to zrobić manualne. Problemy? Brak.

W nieodległej przyszłości planuje zintegrować jeszcze dodatkowo Hue z Fibaro. I na pewno zdam z tego relację.

Nie ma mnie w domu, więc światło się nie świeci. Albo świeci.

Proste rozwiązanie, które na bazie naszej lokalizacji wyłącza lub włącza światła, i które było przyczyną kilku drobnych spięć u mnie w domu.

Powód? Aplikacja Hue była skonfigurowana na moim telefonie, natomiast nie na telefonie dziewczyny. Wychodząc z domu nagle automatycznie gasły wszystkie światła, zapalając się dopiero po moim powrocie.

Po odpowiednim ustawieniu wszystkiego, co trzeba, cały ten problem znikł jednak całkowicie, a sam system sprawdza się idealnie. Kiedy wychodzimy razem na spacer – światła gasną. Kiedy wychodzę tylko ja – działają normalnie. Kiedy wyjeżdżamy razem na cały dzień – światła są zgaszone do momentu naszego powrotu (o ile miałyby się włączyć według harmonogramu). Kiedy wyjeżdżam na kilka dni, a ona zostaje – wszytko działa normalnie.

Z drugiej strony, jeśli wyjeżdżamy oboje na kilka dni, co jakiś czas ręcznie zapalam i gaszę niektóre światła albo ustawiam wyjazdowy harmonogram, żeby sprawiać wrażenie, że ktoś jest w domu.

Odbierz ten cholerny telefon.

Niszowe zastosowanie, ale jestem na tyle dumny ze swojej pomysłowości, że musiało trafić do tego tekstu.

Problem dość znany – ja w sklepie, dziewczyna w domu, potrzebuję jakiejś informacji z opakowania produktu, który leży w garderobie. Dzwonię raz. Dzwonię drugi. Dzwonię dziesiąty – nikt nie odbiera, Gra o Tron pochłonęła moją drugą połówkę całkowicie.

Co robię? Zaczynam zdalnie migać światłami w grupie Salon na czerwono.

Po mniej więcej minucie odbieram połączenie z przerażonym pytaniem o to, co dzieje się ze światłami. Sukces, mogę w końcu zadać swoje pytanie.

Alarm!

Miganie na czerwono, kiedy ktoś nie odbiera telefonu, to jedno. Drugie to funkcja prawdziwie ostrzegawcza.

I tak przykładowo utworzyłem scenę, która aktywuje czerwone oświetlenie na kolorowych żarówkach Hue wtedy, kiedy aktywowany zostanie albo czujnik zalania (Fibaro, pod HomeKit) albo czujnik CO (ta sama firma, ten sam system).

Póki co nie miałem jeszcze okazji przekonać się – poza testowym uruchomieniem – czy takie połączenie działa. I obym nigdy nie musiał.

Czas na film.

W tym przypadku mój system jest niespecjalnie zautomatyzowany, a przynajmniej nie tak bardzo, jakbym chciał. Wykorzystuję bowiem kolejny pilot/ściemniacz Hue (są tanie jak barszcz), schowany tym razem w okolicach szafki przy kanapie telewizyjnej, do wyłączenia świateł w większej części domu i włączenia nastrojowego oświetlenia w salonie i jego okolicach. W rezultacie nie męczę się z rozświetlonym pokojem podczas oglądania filmów i seriali, a jeśli chcę pójść np. do kuchni czy łazienki – mam oświetloną drogę.

I to jest chyba jeden z największych plusów ściemniacza Hue. W przeciwieństwie do kablowych, standardowych rozwiązań, nie trzeba tutaj niczego wcześniej planować. Podpinamy do określonej sceny urządzenia, których potrzebujemy, ustawiamy im wybrane przez nas parametry i taką konfigurację przypisujemy do konkretnego przycisku na pilocie. Jeśli zdecydujemy się zmienić żarówki albo np. przenieść salon na drugą stronę domu (a u mnie tak właśnie będzie), to nie trzeba nic kuć, pruć i prowadzić od nowa – wystarczy kilka kliknięć w aplikacji.

Jeśli natomiast chodzi o to, dlaczego nie jestem jeszcze w pełni usatysfakcjonowany, to chodzi głównie o dwie rzeczy. Po pierwsze – nie mam telewizora z Ambilight, więc niestety obraz na ekranie nie współgra z tym, kolorem i zachowaniem lamp. A szkoda – efekty, które widziałem w sieci robią wrażenie.

Po drugie – całość mam skonfigurowaną w HomeKicie, który nie traktuje Apple TV jako aktywatora scen. Nie mogę więc automatycznie aktywować sceny Film po uruchomieniu Apple TV – muszę ją włączyć ręcznie. Albo kupić gniazdko zgodne z HomeKitem, raportujące HomeKitowi aktywność prądową podłączonego urządzenia.

Tyle tylko, że to już raczej zastrzeżenie do roboty Apple, nie Hue.

A czy jest coś, co mnie drażni?

Tak. Przede wszystkim dwie rzeczy.

Po pierwsze – żarówki Hue, ile by nie miały pięknych kolorów, dostępne są w niezbyt atrakcyjnych z wyglądu wersjach. Mam – celowo – kilka punktów świetlnych z samymi oprawkami, bez żadnych kloszy czy innych obudów. I zamontowane do nich żarówki Hue wyglądają mało… dekoracyjnie. Ot, zwykła, mleczna żarówka o niezbyt porywającym kształcie. Szkoda.

Drugą sprawą jest to, że żarówki Hue nie są przesadnie mocne. Już nominalna moc nie imponuje, a i tak trzeba zakładać, że dotyczy tylko światła białego. W przypadku innych kolorów może w najlepszym przypadku pełnić funkcję oświetlenia ambientowego – teoretycznie można się tego spodziewać, ale w praktyce możemy się zdziwić i szybko uznać, że potrzebujemy tych żarówek więcej.

U mnie szczęśliwie punktów świetlnych jest tyle, że w żadnym z pomieszczeń nie narzekam na przesadną ciemność. Ale jeśli ktoś ma na cały pokój jedno miejsce na żarówkę, to lepiej dobrze się zastanowić.

Co dalej z Hue w moim domu?

Będzie – w miarę możliwości finansowych – sukcesywnie rozbudowywane. Przykładowo w przedsionku musiałem chwilowo zamontować tradycyjną żarówkę, bo bez czujnika ruchu (dostępne w ramach systemu Hue) albo czujnika otwarcia/zamknięcia drzwi (zewnętrzny system) całą automatyzacja tego pomieszczenia była niespecjalnie skuteczna (ok – była straszna, sporo się nasłuchałem na ten temat).

Przydałoby się też kilka dodatkowych sterowników/ściemniaczy (te są akurat tanie) i mam jeszcze na oku kilka miejsc, które – poza zakończeniu remontu – można przyozdobić LED-owymi taśmami Hue.

Kto wie – może później wyjdę nawet z Hue do ogrodu – w końcu nie tylko samym wnętrzem człowiek żyje i jakoś trzeba po ścieżce trafić do drzwi (lampy Turaco mam już nawet w jednym ze sklepów w cyfrowym koszyku i tylko czekają na zakończenie zasadniczej części remontu).

Jednego jestem jednak absolutnie pewien. Nie, nikt nie potrzebuje oświetlenia Hue do życia. Natomiast – o ile ktoś ma dom lub większe mieszkanie – taki system potrafi niesamowicie ułatwić życie. Tak, oszczędzamy może ułamki sekund na wciśnięciu fizycznego przycisku (a czasem i wciskamy i tak fizyczny przycisk), ale to nie o to chodzi. Chodzi o ten komfort, który trudno jest wyrazić zaoszczędzonymi minutami czy godzinami – o komfort tego, że kolejna rzecz w domu dzieje się automatycznie, kompletnie bez naszego udziału.

Dołącz do dyskusji