Mój nowy ulubiony zegarek do biegania. Garmin Forerunner 245 – recenzja

Recenzja/Sprzęt 04.06.2019
Mój nowy ulubiony zegarek do biegania. Garmin Forerunner 245 – recenzja

Mój nowy ulubiony zegarek do biegania. Garmin Forerunner 245 – recenzja

Przy czym do biegania jest tutaj kluczowym i niezbędnym doprecyzowaniem. Ale po kolei.

Zacznijmy od tego, co jest naprawdę super.

Po pierwsze: perfekcyjny rozmiar, masa i wygoda

Napiszę krótko: dawno nie miałem na nadgarstku równie wygodnego zegarka. Wprawdzie na papierze 38,5 g nie jest wynikiem przesadnie imponującym, ale 245 nosiło mi się z jakiegoś powodu wygodniej i przyjemniej – szczególnie przez dłuższe okresy – niż wyraźnie lżejszego Samsunga Galaxy Active.

Możliwe, że duży w tym udział wykończenia całości tworzywem sztucznym (ok, ekran chroni szkło Gorilla Glass 3), przez co zegarek jest na ręce niemal niewyczuwalny. Z przyjemnością nie zdejmowałem go z ręki przez wiele dni z rzędu, czego nie można powiedzieć np. o zegarkach z serii Fenix. Monitorowanie całodobowej aktywności? Wolałem 245 od mojego F3. Monitorowanie snu? Oczywisty wybór padał na 245. Rejestracja treningów? Oczywiście wolałem 245.

Jednocześnie Forerunner 245 nie jest na tyle mały (ekran o przekątnej 1,2″, koperta 42,3 mm), żeby wyglądać nieproporcjonalnie na przeciętnej, męskiej ręce. Na kobiecej też prezentuje się w porządku.

Po drugie: perfekcyjne sterowanie

Wyjaśnijmy to raz na zawsze – zegarki, których nie da się w całości i wygodnie obsługiwać bez dotykania ekranu, nie mają prawa nazywać się sportowymi. Garmin Forerunner 245 szczęśliwie zachowuje typowy dla większości zegarków Garmina układ pięciu przycisków (dwa po prawej stronie, trzy po lewej), za pomocą których da się zrobić wszystko. Innego wyboru zresztą nie ma – wyświetlacz nie jest dotykowy.

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to to, że przyciski – choć łatwo je znaleźć i wcisnąć – nie klikają tak przyjemnie, jak robią to np. W Feniksach. W moim egzemplarzu szczególnie przycisk Back był nieco niemrawy w tej kwestii – co jednak nie znaczy, że nie dało się go używać. Jak najbardziej się dało, ale nie było to aż tak… satysfakcjonujące?

Po trzecie: wygląd, który nie udaje

Do tej kwestii w przypadku FR 245 można podejść na dwa sposoby. Albo jest ubogi, bo całość wykonano z niezbyt efektownego, matowego tworzywa sztucznego, albo jest minimalistyczny i nie rzuca się w oczy.

Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że 245 nie udaje czegoś, czym nie jest. Nie próbuje eksperymentować z chromowanymi bezelami czy błyszczącym plastikiem (fuj) jak Vivoactive 3 Music. Jest po prostu zegarkiem sportowym – wykonanym z nudnego, czarnego tworzywa, niezbyt przystającym do garnituru, ale i nie próbującym do niego pasować. Przy okazji wykonanym zaskakująco solidnie i nie sprawiającym wrażenia plastikowej zabawki.

Uwagi? Bezel mógłby być ciut wyraźniej wysunięty ponad powierzchnię ekranu, żeby lepiej chronić go przed przypadkowymi uderzeniami. W obecnej formie ta dodatkowa ochrona jest raczej szczątkowa, żeby nie powiedzieć, że nie istnieje. A patrząc na obrażenia mojego prawie 4-letniego Feniksa, mogę z łatwością zauważyć, gdzie i kiedy oberwał. I przeważnie były to właśnie te wysunięte krawędzie…

Po czwarte: czy biegacz może chcieć czegokolwiek więcej?

Napiszę to może tak: dwójka z przodu w oznaczeniu 245 jest dla tego modelu bardzo krzywdząca. Pomimo bowiem tego, że ten zegarek znajduje się prawie na samym dole hierarchii Forerunnerów, nie musi się – jeśli chodzi o trening biegowy – wstydzić zbytnio ani w zestawieniu z 645, ani z 945.

Oczywiście brakuje w stosunku do tych dwóch modeli kilku mniej lub bardziej znaczących funkcji, ale i tak ten zestaw, który 245 oferuje, jest bardziej niż wystarczający nie tylko dla początkujących, ale i dużo bardziej zaawansowanych biegaczy.

Zacznijmy może od podstaw – Forerunner 245 obsługuje oczywiście łączność GPS, GLONASS i Galileo. Ma też wbudowany czujnik tętna (nowy układ) z dodatkową funkcją pomiaru natlenienia (wykorzystywane tutaj do analizy snu). Ma też niemal wszystkie funkcje analizy wysiłku, jakie oferuje Garmin przy współpracy z FirstBeat. Od szacowania poziomu VO2max, przez pomiar efektu treningowego (aerobowy/bezltenowy), obciążenie treningowe, status treningu, wskaźnik odpoczynku, całodobowy pomiar wysiłku, aż przewidywanie/szacowanie wyników na określone dystanse. Tak, właściwie wszystko to, co w najdroższych modelach – może z wyjątkiem zarezerwowanych dla 945 i MARQ informacji o tym, jak temperatura i wysokość nad poziomem morza wpływają na naszą wydajność (ale te parametry są i tak uwzględniane przy kalkulacji np. VO2max).

Mało tego – jeśli ktoś ma pas na klatkę piersiową z pomiarem dynamiki biegu albo osobny czujnik do pomiaru tych parametrów, zobaczy je zarówno na ekranie 245, jak i później w Garmin Connect, w podsumowaniu aktywności. Są też drobiazgi w postaci Virtual Racera/Partnera, monity dźwiękowe (wysyłane przez słuchawki), konfigurowalne alarmy, transmisja tętna do innych urządzeń i tak dalej i tak dalej. Słowem – prawie wszystko.

I jeszcze na deser dostajemy dodatkowy system bezpieczeństwa w postaci automatycznego lub ręcznego wysyłania wiadomości alarmowych do zdefiniowanych wcześniej kontaktów. Aż dziw, że wcześniej nie było to standardem w zegarkach Garmina.

Jak radzi sobie GPS?

Bez większych zarzutów – i trudno się dziwić, skoro Forerunnera 245 przybrano w plastikową obudowę, która nie pogarsza komunikacji z satelitami. Ale czas na dowody.

Tutaj spokojny, ok. 7-kilometrowy bieg po przeważnie łatwym dla GPS terenie – niewysokie budynki i pola. Dopiero na końcu (prawy górny róg) pojawiają się wyższe budynki.

Na otwartym terenie właściwie wszystkie sprzęty – może poza słąbującym już Feniksem 3 – są mniej więcej zgodne co do tego, którędy biegłem. Apple Watch w typowy dla siebie sposób zaokrągla zakręty, ale całość nie wygląda źle. Forerunner 245 natomiast rejestruje ten fragment niemal idealnie.

Przy niskiej zabudowie większość sprzętów też radzi sobie nieźle. Z jakiegoś powodu wszystkie ścinają tylko mocno zakręt na końcu uliczki. Co ciekawe, Forerunner 245 ścina go w najmniejszym stopniu:

Zabawnie robi się natomiast w okolicach sporego wiaduktu. Z jakiegoś powodu Apple Watch kompletnie traci rachubę i ścina zakręt jeszcze prze wiaduktem, natomiast całą pętlę pod nim rysuje tak, żeby ładnie wyglądała, a nie miała jakiś związek z rzeczywistością. Ponownie – zapis z Forerunnera 245 jest najbliższy rzeczywistej trasie, choć też minimalnie przyciął on jeden z zakrętów:

Prawdziwa zabawa zaczyna się oczywiście przy kilkupiętrowych blokach. I o ile wcześniej różnice między zapisami były pomijalne, to tutaj przestają takie być:

I co najgorsze – trudno stwierdzić, że któryś ze sprzętów spisał się tutaj naprawdę przyzwoicie. Fenix 3 nie popisał się w ogóle. Apple Watch i iPhone XS Max mają teoretycznie najlepszy ślad, ale i tak daleko mu do doskonałości. Forerunner 245? Nieźle, ale trochę za bardzo wyniosło go przy jednym z zakrętów, a dodatkowo wcześniej według niego biegłem środkiem ulicy.

Warto przy tym pamiętać, że to wszystko rozbieżności w zakresie maksymalnie kilku metrów – ostatecznie rozbieżność pomiędzy czterema zapisami wyniosła 100 m – najmniej zapisał Apple Watch (6,6 km), najwięcej – iPhone XS Max (6,7 km). Forerunner i Fenix 3 wylądowały po środku z wynikiem odpowiednio 6,68 i 6,65 km.

Podobnie prezentowała się sprawa dokładności podczas 10-kilometrowego spaceru przez las w okolicach Milicza:

Ostateczny wynik 245, Fenixa i Apple Watcha? Odpowiednio 10,53, 10,42 i 10,48. Maksymalna różnica wynosiła więc ok. 100 m. Jeśli odrzucić Feniksa, który miał najwięcej problemów, to różnica między FR 245 a wyraźnie droższym AW jest pomijalna:

Choć też trzeba przyznać, że Apple Watch broni się całkiem dobrze, chociaż momentami zbyt mocno prostuje ścieżkę. W przypadku FR245 mamy do czynienia z zapisem mniej przyjemnym dla oka, ale częściej zgodnym z rzeczywistością.

A jak jest z tętnem?

Przeważnie też dobrze lub bardzo dobrze, przynajmniej jeśli zestawić 245 z czujnikiem HRM-Run i Polar OH1. Co nie znaczy, że jest idealnie, co zresztą najlepiej widać na poniższym wykresie z czterema mocniejszymi akcentami:

W początkowej fazie biegu właściwie wszystkie cztery sprzęty pomiarowe były ze sobą zgodne, podobnie zresztą na początku pierwszego interwału. Potem zaczął się powoli wysypywać Apple Watch, nie tylko spóźniając się przy odpoczynku, ale i generując dziwny pik w najbardziej wypoczętej fazie. Później Apple Watchowi szło już zresztą tylko gorzej.

FR245 natomiast zaczął mieć problemy od okolic drugiego interwały. Najpierw był minimalny spadek wartości pomiarowej, potem powrót do normalności, a później… coś się zepsuło. Nie mam pojęcia co, bo pozycja zegarka się nie zmieniła, ale tam, gdzie powinien pokazywać około 166 BPM, pokazywał… 120. Dopiero kilka minut później przypomniał sobie, do czego właściwie służy (i że to on prowadzi trening!) i już do końca zachowywał się prawidłowo. W przeciwieństwie do AW, który do prawie samego końca generował błędne pomiary.

Muszę przy tym zaznaczyć, że taka sytuacja zdarzyła mi się tylko raz podczas kilkunastu treningów, ale tylko potwierdza to, że stara zasada jest nadal aktualna – jeśli chcesz mieć super dokładne wyniki z pomiaru tętna, musisz mieć dedykowany, osobny czujnik. Najlepiej w jakimś innym miejscu niż nadgarstek.

Ponownie jednak – to tylko pojedynczy taki przypadek. Podczas kilkunastu innych biegów, szczególnie tych spokojniejszych, wyniki FR245 były niemal tożsame z tymi, które podawał HRM-Run.

Po piąte: Body Battery to wcale nie taki gadżet-bzdura

Nie jest to nowa funkcja w sprzętach Garmina, ale po raz pierwszy mam z nią kontakt właśnie przy 245. I byłem przekonany, że to dane, które do niczego mi się nie przydadzą. W końcu po co mi wiedzieć, czy jestem już danego dnia zmęczony czy nie? Przecież nie powiem w pracy, że Body Battery od Garmina stwierdziło, że zostało mi 20 proc. energii, więc idę spać (a szkoda).

Dla tych, którzy nie wiedzą, czy jest Body Battery – to funkcja pomiaru rezerw energii organizmu, która na bazie analizy m.in. snu, aktywności, wysiłku i HRV określa, ile jeszcze energii pozostało nam danego dnia. I tak – prezentuje to w podobny sposób, jak robi to nasz smartfon w przypadku swojego akumulatora – procentowo.

Oczywiście pod uwagę brane są dane z całego dnia. Jeśli więc nie wyśpimy się dobrze i nie będziemy mieć pełnej bateryjki, to możemy ją potem podładować np. relaksując się na kanapie. Jeśli natomiast zapewnimy sobie wymagający trening, możemy być pewni, że poziom naładowania spadnie.

Czy to działa? Trudno zmierzyć to w naukowy sposób, ale – patrząc na siebie – to całkiem precyzyjne narzędzie. Przez precyzyjne rozumiem tutaj obserwację własnego samopoczucia i zapasu energii przy różnych poziomach wskazywanych przez Garmina. Powyżej 60-70 proc. faktycznie mam jeszcze pokłady werwy i chęć robienia rzeczy. Przy okolicach 20 proc. i mniej zasypiam natomiast natychmiast po położeniu głowy na poduszce, co zazwyczaj mi się nie zdarza.

Natomiast sam wskaźnik Body Battery jako wskaźnik monitorowany dla sprawdzenia, kiedy jesteśmy zmęczeni, jest oczywiście bez sensu. Wiemy to i czujemy, nie potrzebujemy do tego zegarka za ponad 1000 zł. Za to jest to kolejne ciekawe rozwiązanie do monitorowania naszych nawyków i sprawdzania, jak przekładają się na nasze samopoczucie.

Przykłady? Czy wymagający trening tuż przed snem będzie miał wpływ na naszą energię kolejnego dnia? A może powinniśmy przed zaśnięciem zrobić coś lżejszego? Czy jeśli położę się spać o godzinę wcześniej i wstanę o godzinę wcześniej, mój dzień ułoży się inaczej niż zwykle? Czy powinienem jeszcze dzisiaj zabrać się za mocniejsze ćwiczenia, czy lepiej zrobić jakieś delikatne rozbieganie? A może na koniec dnia, po pracy, zostało mi jeszcze tyle energii w zapasie, że powinienem pójść pobiegać, żeby nie marnować tych pokładów?

Takich przykładów jest zresztą więcej. Niektóre pomysły na odzyskanie albo spożytkowanie energii podpowiada sam Garmin Connect. Na niektóre musimy wpaść sami.

Oczywiście nie jest to funkcja, bez której nie da się żyć. Ale skoro można ją mieć nawet w prawie najtańszym Forerunnerze – biorę w ciemno i z chęcią korzystam.

Po szóste: Garmin Coach

Dobra, to jest akurat ze standardowego planu treningowego.

Jeśli jesteś zaawansowanym biegaczem i biegasz półmaraton w tempie 4:20 min/km albo lepszym – możesz odpuścić ten fragment. Jeśli natomiast nie – Garmin Coach może być rozwiązaniem, które powinno cię zainteresować.

Na wszelki wypadek zaznaczę: to nie jest 1:1 alternatywa dla prawdziwego trenera, który będzie nas umiejętnie prowadził przez cały plan treningowy. Prawdopodobnie w tej kwestii jeszcze długo maszyny nie zastąpią ludzi. Ale jeśli nie masz możliwości albo nie chcesz skorzystać z takiej pomocy, Garmin Coach może być świetnym rozwiązaniem.

Teoretycznie Garmin od lat ma już gotowe zestawy kilkudziesięciu planów treningowych pod różne dystanse. Korzystam z nich i niestety mają one swoje wady – zaczynając od tego, że koszmarnie trudno jest przesuwać poszczególne treningi w kalendarzu, żeby nie rozwalić całej reszty planu, a kończąc na tym, że dają raczej mało frajdy z kończenia kolejnych etapów i nie dostosowują się do naszego postępu w trakcie treningów. Są raz wpisane do kalendarza i na tym koniec – niezależnie od tego, jak sobie radzimy.

I znów – Garmin Coach nie debiutuje wcale na FR 245. Miałem z nim styczność już wcześniej, ale wtedy dostępne były tylko plany treningowe na 5 km, więc nieszczególnie chciało mi się go testować. Teraz dostępny jest zakres od 5 km, przez 10 km, aż po półmaraton. Do każdego z tych dystansów możemy się przygotować treningowo na maksymalnie 4:20 min/km.

Czy różni się Garmin Coach od klasycznym planów treningowych Garmina? Przede wszystkim całość jest na bieżąco dostosowywana do naszych wyników treningowych. Na początku zadajemy planowany dystans i tempo, w którym chcemy go pokonać. Potem wychodzimy na krótki i szybki bieg, który pomoże Garminowi wstępnie ocenić nasze możliwości i utworzyć początek planu. Kolejne treningi pojawiają się w kalendarzu dopiero wtedy, kiedy oprogramowanie zbierze wystarczająco dużo danych.

Przy tym wszystkim do każdego z treningów znajdziemy szczegółową instrukcję w formie tekstowej i wideo, z której dowiemy się, że np. mamy biec szybko, ale nie tak, że czujemy, że umieramy. Całość jest też ozdobiona współczynnikiem pewności – czyli skróconą informacją na temat tego, czy prawdopodobnie uda nam się zrealizować nasz zakładany wynik, czy też trenujemy za mało i za słabo, żeby osiągnąć cel.

I nie – Garmin Coach nie jest idealnym rozwiązaniem. Ma kilka dziur i niedociągnięć, z którymi trzeba sobie samodzielnie poradzić. Ale aż zacząłem żałować, że mój dotychczasowy zegarek nie wspiera Garmin Coach.

Po siódme: nie tylko bieganie

Niby runner w nazwie, ale szczęśliwie dawno już skończyły się czasy, kiedy Forerunnery mogły monitorować tylko bieganie. Na 245 znajdziemy jeszcze oddzielne tryby sportowe dla:

  • chodu
  • chodzenia na bieżni
  • biegania na bieżni
  • biegania na torze krytym
  • biegu szlakiem
  • roweru
  • jazdy na rowerze w pomieszczeniu
  • pływania na basenie
  • ergometru
  • treningu siłowego
  • treningu kardio
  • jogi
  • maszyny eliptycznej
  • steppera

I uniwersalnej kategorii „Inna”. Trochę pozycji brakuje (o tym później), ale te podstawowe jak najbardziej są. Trzeba tylko pamiętać, że 245 nie ma funkcji łączenia aktywności, więc nie jest to raczej zegarek dla triathlonistów.

Po ósme: na podstawowego smartwatcha też się nada

Powiadomienia? Są. Muzyka? W wersji Music obsłużymy Spotify czy Deezera (w tym z opcją zapisu do pamięci zegarka, pamięć: ok. 500 utworów, łączność BT ze słuchawkami), natomiast w wersji bez Music możemy sterować muzyką z telefonu. Pogoda? Jest. Dodatkowe aplikacje, np. do sterowania oświetleniem Hue (w wersji nieoficjalnej)? Są.

Oczywiście nie ma tutaj żadnej dyskusji – Garmin Forerunner 245 nie dorasta do pięt pod względem funkcji smart chociażby Apple Watchowi. Nie ma na to najmniejszych szans, zarówno jeśli chodzi o rozwiązania systemowe, jak i dostępność czy jakość aplikacji.

Ale jeśli chcemy mieć bardzo dobry zegarek sportowy z wystarczającymi funkcjami smart, to nie ma po co zerkać na inne produkty. Z kolei jeśli szukamy bardzo dobrego smart zegarka z prostymi funkcjami sportowymi – lepiej szukać jednak gdzie indziej.

Po dziewiąte: nie straszy ceną

To wprawdzie kwestia względna – Forerunner 245 w wersji bez muzyki kosztuje ok. 1350 zł. W wersji z muzyką – o 200 zł więcej. I nie, to nie jest jakoś przesadnie tanio, i nie jest to wydatek na każdą kieszeń.

Z drugiej strony to prawie najtańszy (poniżej jest jeszcze 45 i 45S) Forerunner w gamie Garmina. Zauważalnie tańszy niż 645 i dwukrotnie (!) tańszy niż 945. A jednocześnie – o ile ktoś głównie biega – absolutnie nie dwukrotnie gorszy.

Przyznam, że od jakiegoś czasu zastanawiam się, na co wymienić mojego Feniksa. Początkowo plan był taki, żeby poczekać do premiery Feniksa 6, odkładać do tego czasu pieniądze i znów kupić najlepsze i najdroższe. Patrzę jednak na tego 245 i nie jestem pewien, jak byłbym w stanie uzasadnić przed sobą wydanie ponad 3 tys. zł zamiast 1,3 tys. zł. Tak dobry jest 245 – i z pewnością starczy na lata (prawie na pewno – o czym za chwilę).

Po dziesiąte: ekran

Nie jest piękny (tylko 240×240 pikseli). Do Apple Watcha czy Galaxy Watcha nie ma żadnego startu. Ale ma dwie wielkie zalety.

Po pierwsze jest cały czas podświetlony, a po drugie jest idealnie czytelny w słońcu. Czego więcej wymagać od zegarka sportowego?

Po jedenaste: akumulator

Raczej nikogo nie zdziwi, że 245 wytrzyma więcej od prawie każdego smart zegarka, więc szybko tylko przytoczę najważniejsze dane – 7 dni w trybie zegarka, 6 godzin z GPS i muzyką, 24 godziny z GPS bez muzyki. Ale nie to jest najważniejsze.

Najważniejsze jest to, że w 245 zawitał – i to jest spora niespodzianka – tryb UltraTrac, czyli ultra oszczędny tryb rejestrowania aktywności. Korzystając z niego powinniśmy uzyskać wyraźnie więcej niż standardowe 24 godziny (nie wiadomo jeszcze, ile dokładnie). Czyli jeśli ktoś np. Planuje biegać przez więcej niż dobę – tak, może brać FR 245.

A co jest nie tak?

Gdzie jest barometr?

To właściwie główny powód, dla którego jeszcze nie wyskoczyłem z 1350 zł i nie zamówiłem jeszcze 245. O ile bowiem biegam głównie po płaskim (takie okolice), o tyle regularnie wędruję też po górach i lubię – przy zaplanowanej trasie – mieć dokładny podgląd tego, ile już podszedłem, a ile podejścia cały czas mi zostało. ClimbPro nie jest mi niezbędny, ale bazowanie na wysokości z mapy i GPS nie zawsze jest w 100 proc. skuteczne.

Do tego dochodzi jeszcze kwestia braku pomiaru liczby pokonanych w ciągu dnia pięter. Tak, drobnostka, ale skoro wszyscy trąbią, że wchodzenie jest ważne, to szkoda, żeby tego parametru brakowało.

A skoro już jesteśmy przy wchodzeniu…

Gdzie są piesze wędrówki?

To akurat kwestia, której nigdy nie zaakceptuję. Bo jeśli chodzi o rozumienie, to rozumiem, o co chodzi – o pieniądze.

Forerunner 245 jest zegarkiem – nawet z samej nazwy – przeznaczonym dla biegaczy, co widać też po liście dostępnych aktywności. Tak, jest kardio, jest siła, jest jakieś spacerowanie. Ale już pieszych wędrówek czy jazdy na nartach brak.

I dlatego w tytule napisałem, że to mój ulubiony zegarek do biegania, ewentualnie też sensowny na rower, ale poza tym jego zastosowanie jest ograniczone. Można wprawdzie pójść z nim w góry, ale nikt mnie nie zmusi, żebym kupił zegarek za ponad 1,5 tys. zł, i po każdym przesłaniu aktywności do Garmin Connect musiał zmieniać ręcznie Chód na Piesze wędrówki. Da się to wprawdzie obejść zewnętrznymi aplikacjami, ale i tak mam żal, że Garmin nie może dać pełnej listy aktywności i tyle. Jasne, nie może monitorować niektórych ważnych dla nich parametrów na 245, ale niech to już będzie wybór użytkownika.

Na pocieszenie – Forerunner 245 ma śladowe opcje nawigacyjne. Tj. TrackBack i powrót do startu. Oczywiście nie możemy utworzyć w ten sposób planu trasy ze wskazówkami, ale to zawsze coś.

Wszystkie inne braki

Jest ich trochę, ale w tym przedziale cenowym – jak na Garmina – trudno się do nich przyczepić.

Oczywiście niektórym może brakować map, ale wtedy trzeba sięgnąć po 945. Niektórym może brakować segmentów, płatności czy barometru, ale wtedy trzeba kierować się co najmniej ku 645. Brakuje też trochę Garmin Pay, aczkolwiek ten system jest póki co dostępny w ograniczonej liczbie banków w Polsce.

Warto czy nie?

Wystarczy sobie odpowiedzieć na kilka pytań:

  • czy zależy nam na dokładnym monitorowaniu wysokości i jej zmian (barometr)?
  • czy głównie biegamy, czy może jest to jedna z wielu naszych aktywności?
  • czy chcemy zegarek ładny, czy może wygodny – taki, który możemy nosić na ręce przez wiele dni bez najmniejszego problemu?

Jeśli nie potrzebujemy barometru, głównie biegamy i chcemy mieć wygodny zegarek do biegania, to odpowiedź jest prosta – o ile mamy 1350 zł do wydania na zegarek sportowy, który sprawdzi się też jako podstawowy zegarek smart na co dzień – kupować. Kupować i nie żałować, bo Garmin zrobił naprawdę świetną robotę z projektem i wykonaniem 245.

Czy sam kupię 245? Tego jeszcze nie jestem pewien. Z jednej strony rozsądek mówi, żeby to zrobić. Z drugiej strony serce podpowiada, żeby jednak rzucić się na 945…

Dołącz do dyskusji