Resident Evil i Resident Evil 0 idealnie pasują do Switcha. Porty są jednak dalekie od ideału – recenzja

Recenzja/Gry 27.05.2019
Resident Evil i Resident Evil 0 idealnie pasują do Switcha. Porty są jednak dalekie od ideału – recenzja

Resident Evil i Resident Evil 0 idealnie pasują do Switcha. Porty są jednak dalekie od ideału – recenzja

To pierwszy raz, kiedy dwie kultowe odsłony horroru – Resident Evil oraz Resident Evil 0 – możemy uruchomić na konsoli przenośnej. Ulepszone wersje obu gier idealnie pasują do Nintendo Switcha. Niestety, działanie portów jest dalekie od idealnego. Capcom poszedł na łatwiznę, wykonując mało finezyjny skok po kasę.

Tydzień temu pisałem wam, że to siódmy raz, gdy kupiłem Resident Evil 4. Niestety. edycja dla Switcha nie okazała się tak dobra, jak mogłaby być. Teraz dokładnie to samo mogę napisać o Resident Evil (REmake) oraz Resident Evil 0 – potężnie zremasterowanych klasykach, które przeżywają drugą młodość na konsolach aktualnej generacji. W oba horrory gra się świetnie, zwłaszcza w terenie, lecz od technicznej strony porty niedomagają. Albo zabrakło mocy, albo optymalizacji.

Resident Evil na konsoli Nintendo Switch nie nadąża z wczytywaniem lokacji.

Gdy pierwsze Resident Evil pojawiło się w 1996 r. na konsoli PlayStation, twórcy zastosowali sprytną sztuczkę. Podczas przechodzenia między pomieszczeniami pojawiała się animacja trójwymiarowych drzwi, które są otwierane z perspektywy pierwszej osoby. W ten sposób deweloperzy grali na czas, zyskując potrzebne sekundy na załadowanie poziomu bez wyświetlania ekranu ładowania. Dokładnie ta sama animacja powraca w REmake. Niestety, dla Switcha to za mało.

Od czasu do czasu Resident Evil na konsoli Nintendo Switch potrzebuje dodatkowych sekund na wczytanie lokacji. Zaraz po animacji otwieranych drzwi ekran robi się czarny. W prawym dolnym rogu pojawia się zapętlona sekwencja kropel krwi. Dzięki niej wiadomo, że gra wciąż działa i nie doszło do zamrożenia rozgrywki. Dopiero po kilku sekundach czarnego ekranu pojawia się nam nowa lokacja. W połączeniu z otwieraniem drzwi daje to łącznie kilkanaście sekund wczytywania. To więcej niż w 1996 r.!

Problem staje się jeszcze gorszy podczas gry w Resident Evil 0.

RE0 posiada dokładnie tę samą mechanikę animacji przejściowych co REmake. Jednak z jakiegoś powodu sekwencja została o wiele gorzej zaimplementowana. Zamiast przejść do czarnego ekranu po zakończeniu animacji otwierania, system ulega zamrożeniu na ostatniej klatce sekwencji. Wygląda to tak, jak gdyby gra się zacięła. Dopiero po kilku sekundach bezruchu pojawia się czarne tło, a następnie wracamy do właściwej rozgrywki. Taka realizacja jest poniżej moich oczekiwań.

Problemem Resident Evil 0 jest również to, iż dłuższe wczytywanie występuje znacznie częściej niż w REmake. Pierwszy Resident Evil straszy czarnymi ekranami zwłaszcza w początkowej fazie. Później gra nabiera kondycji, a wszystko odczuwalnie przyspiesza. Zero nigdy nie dostaje podobnego dopalacza. Gra nieustannie boryka się z czasami ładowania i zawsze ten pojedynek przegrywa. Czy to działając na karcie microSD, czy z poziomu wewnętrznej pamięci konsoli.

To frustrujące o tyle, że samo Resident Evil oraz Resident Evil 0 świetnie pasuje do mobilnej konsoli.

Remastery HD hitów sprzed lat wyglądają rewelacyjnie na przenośnym ekranie Switcha. Gdy grałem w REmake na PS4, przesadnie rozciągnięte tła 2D rzucały się w oczy na salonowym telewizorze. Tablet Nintendo tuszuje te niedoskonałości. Na mniejszym wyświetlaczu obie gry wyglądają lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie przesadzam. W obu horrorach można zakochać się na nowo, podziwiając rewelacyjne dwuwymiarowe otoczenie. Klimat pierwszych odsłon wylewa się hektolitrami.

Z kolei w trybie stacjonarnym obie gry wyglądają na tyle poprawnie, że trudno odróżnić je od edycji na PS4 i XONE. Horrory Switcha nie są produktem drugiej kategorii. Gdybym miał odróżnić REmake na PS4 i Switchu, musiałbym to robić z nosem przy ekranie. Z poziomu salonowej kanapy różnice są jednak niemal nie do odnotowania. Dopiero ruch bohaterem zdradza, że gry na Switchu działają w 30 klatkach. Na stacjonarnych konsolach mamy do czynienia z dwukrotnie większą liczbą fps-ów.

Capcom gra nieczysto. Najmniej wydajne porty horrorów kosztują najwięcej.

Gry Resident Evil 4, Resident Evil oraz Resident Evil 0 zostały wycenione na 124 zł za sztukę. To o 1/3 więcej od tych samych portów dla konsol PS4 oraz XONE. Capcom narzuca klasyczny „podatek od Switcha”, który notorycznie dopada posiadaczy konsoli Nintendo. Płacimy więcej za produkcje tej samej lub gorszej jakości, bo z jakiegoś dziwnego powodu przyjęło się sądzić, iż posiadacze konsol Nintendo śpią na pieniądzach.

Największe zalety:

  • Gry wyglądają kapitalnie na ekranie tabletu
  • Osiągnięcia, dodatki, skórki, alternatywne tryby
  • Na ten moment jedne z najlepszych horrorów w bibliotece Switcha

Największe wady:

  • Porty droższe o 1/3 od tych na PS4 i XONE
  • 30 klatek zamiast 60
  • Czas przejść między lokacjami

Nie mogę za to zaprzeczyć, że walor mobilności RADYKALNIE zwiększa atrakcyjność kultowych odsłon Resident Evil. Nigdy nie udało mi się przejść RE0 na PS4. Na Switchu zrobiłem to w locie, między wycieczkami rowerowymi oraz grillowaniem. Granie wieczorkiem w ogrodzie, z dobrymi słuchawkami na uszach, to kapitalna sprawa. Zwłaszcza, gdy zawieje wiatr i liście w zagajniku nieopodal zaszumią nieco zbyt złowieszczo…

Dołącz do dyskusji