Gramy bez prądu: tutaj nie liczą się pieniądze, czyli Monopoly dla Milenialsów – recenzja

Recenzja/Gry 20.05.2019
Gramy bez prądu: tutaj nie liczą się pieniądze, czyli Monopoly dla Milenialsów – recenzja

Gramy bez prądu: tutaj nie liczą się pieniądze, czyli Monopoly dla Milenialsów – recenzja

Udało ci się użyć 46 emoji w jednym SMS-ie. Zapłać każdemu graczowi 5 – jeśli rozumiesz, o co chodzi w tym opisie, a na dodatek cię to bawi, najprawdopodobniej powinieneś zagrać w Monopoly dla Milenialsów. Jeśli nie – chyba lepiej zostać przy klasycznej wersji.

Rzucam kośćmi. Wypada w sumie dziewięć, więc grzecznie przesuwam swój pionek po znajomej planszy Monopoly o taką właśnie liczbę pól. Zamiast jednak trafić na ulicę Targową, ląduję w Barze Wegetariańskim. Nie było tu wcześniej żadnego z graczy, więc odliczam gotówkę i przejmuję przypisaną do tej lokacji kartę. Tyle tylko, że wcale nie kupiłem w tym momencie żadnej nieruchomości. Nie mogę też postawić na niej ani małych domków, ani monstrualnych hoteli, zwiększając tym samym swój potencjalnym zysk.

Tym, co kupiłem, były wspomnienia i doświadczenie. Na których jednak oczywiście da się zarobić.

„Zapomnij o nieruchomościach. I tak cię nie stać.”

Takim właśnie hasłem twórcy gry reklamują Monopoly dla Millenialsów – uwspółcześnioną wersję klasycznej gry, w której… niemal wszystko jest na opak.

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że zmiany są wyłącznie kosmetyczne. Plansza prezentuje się podobnie, wliczając w to układ pól, a także pola specjalne, takie jak Kasa Społeczna, Więzienie, Parking czy Szanse.

Szybko jednak można zauważyć szereg różnic. Zamiast tradycyjnych lokalizacji możemy stanąć na takich polach jak Tygodniowy wyjazd medytacyjny, Przestrzeń dla twórców, Piwnica rodziców czy Kanapa u znajomego. Zamiast dworców kolejowych znajdziemy – a jakżeby inaczej – wypożyczalnie rowerów.

Największa różnica kryje się jednak w samej mechanice gry. Żadnej z tych nieruchomości tak naprawdę nie kupujemy – w końcu jesteśmy millenialsami, zakopanymi po uszy w kredytach i i tak szukającymi jakiejkolwiek pracy. Kwota, która widnieje na dole karty pola, to kwota, jaką musimy zapłacić, żeby doświadczyć tego, co ma do zaoferowana dana lokalizacja. Czyli – przykładowo – trzydniowy festiwal muzyczny jest kosztem na poziomie 45. Wizyta w studiu yogi – 30. I tak dalej, i tak dalej.

Nie oznacza to oczywiście, że nie możemy – w sposób standardowy dla gier Monopoly – zarabiać na tym, że byliśmy w danym miejscu pierwsi i jako pierwsi zapłaciliśmy za doświadczenie. Jeśli ktoś stanie na wykupionym przez nas polu – musi nam zapłacić przypisaną do niego kwotę.

Nie mamy przy tym żadnego wpływu na wysokość tej opłaty. Nie ma żadnych dodatkowych domków, hoteli czy innych figurek, które można byłoby wykupić, żeby zwiększyć nasze przychody. A szkoda, bo idealnym pomysłem byłoby chociażby dokupienie dla danej lokalizacji routera z płatnym WiFi. Idealnie wpisywałoby się w millenialsowy nurt (chyba).

Tyle tylko, że w Monopoly dla Millenialsów w ogóle nie chodzi o pieniądze.

Jasne, przydają się w życiu – w końcu to za nie kupujemy doświadczenia – ale na końcu gry właściwie nie jest uwzględniane to, kto ile uzbierał w portfelu. Jedynie w sytuacjach skrajnego remisu do głosu przemawia gotówka. Po za tym jednak liczy się tylko i wyłącznie to, ile kto doświadczył.

I nie jest to do końca przenośnia. W Monopoly dla Millenialsów przez całą rozgrywkę zbieramy fizyczne żetony doświadczeń. Kupujemy lokalizację/doświadczenie – otrzymujemy żeton. Kupujemy komplet lokalizacji/doświadczeń w danym kolorze – otrzymujemy bonusowe żetony. Staniemy na polu, które wcześniej wykupił inny gracz – płacimy i odbieramy nasz żeton (on przy okazji też), albo – jeśli nie mamy gotówki – obchodzimy się smakiem i nie wchodzimy np. do klubu karaoke.

Żeby było ciekawiej, doświadczenia dzielą się na te pozytywne i negatywne. Przy czym pobierając żeton nie mamy najmniejszego pojęcia, do której grupy będzie on zaliczony i jaką ma wartość. Niektóre dają nam 1, 2 lub więcej punktów na plus. Inne – tyle samo, ale na minus. Pod koniec gry może się więc okazać, że choć gracze mieli tyle samo żetonów, to wynik jednego wynosi np. 30 punktów, natomiast drugiego… 5, a do tego na minusie.

Sprytne rozwiązanie, które sprawia, że do samego, ostatecznego końca rozgrywki nie mamy pojęcia, kto prowadzi i kto wygra. Może się zdarzyć nawet tak, że osoba, która ma najmniej żetonów i najmniej kart doświadczeń, ostatecznie zwycięży punktowo.

I za to wielkie brawa dla twórców, bo w rezultacie nikt nie traci ochoty do zabawy, widząc, że ktoś ma nad nim miażdżącą przewagę.

Nie mogę się natomiast przekonać do jednego – i to jest niestety logika całej zmienionej mechaniki.

W przypadku klasycznego Monopoly sprawa jest prosta. Ktoś kupił nieruchomość, ktoś zostaje jej właścicielem, ktoś buduje na niej domy lub hotele. Inny gracz staje na tym polu i musi zapłacić – za nocleg, postój, obojętne. To się jak najbardziej klei.

Natomiast tutaj cały mechanizm lokalizacji i pobierania za nie gotówki klei się tylko do momentu pierwszych odwiedzin i zakupu. Przykładowo docieramy do Parku Narodowego, płacimy 35 za wstęp, zgarniamy żeton doświadczenia. Ma to jak najbardziej sens.

Ale dlaczego kolejny gracz płaci już nam? Zaczęliśmy sprzedawać bilety do tego parku? Sprzedajemy z wykorzystaniem Instagrama kubki z naszymi zdjęciami z tej wizyty do parku? Prowadzimy vloga z płatnymi subskrypcjami na temat tej wizyty? W sumie nie wiadomo – nie znalazłem wyjaśnienia tego fenomenu ani w instrukcji, ani w opisach kart.

Ot, po prostu, tak sobie wymyślono, tak ma być, tak pasowało do ogólnego schematu. I choć absolutnie nie psuje to zabawy, to jednak trochę chrzęści za każdym razem.

Szczęśliwie szybko zapominamy o tym drobnym zgrzycie.

Częściowo dlatego, że gra się po prostu przyjemnie, a po części dlatego, że świetnie zostały przygotowane karty Szansy i Kasy Społecznej.

Tak, są olbrzymią kopalnią sucharów. Tak, są do bólu stereotypowe. Tak, wyglądają tak, jakby tworzyła je osoba starsza od millenialsów, bazując na ogólnym wyobrażeniu tego pokolenia. Ale nawet jako zdecydowanie nie-millenials nie mogłem się momentami powstrzymać od szczerego śmiechu. Albo przynajmniej od stwierdzenia: cholera, też tak miałem.

„Kończy ci się darmowy próbny abonament na streaming. Wpłać do banku 40.”, „Twoja mama nauczyła się wysyłać SMS-y! Przejdź na pole START. Pobierz 20.”, „Pojechałeś w podróż, by odnaleźć siebie. Nie odnalazłeś. Tracisz turę.”. Takich wydarzeń i kart jest szczęśliwie cała masa, dzięki czemu grze faktycznie udaje się sprawnie odzyskać millenialsowy charakter.

Ale najważniejsze jest co innego: zabawa jest po prostu przednia.

Millenialsowe Monopoly ma wprawdzie swoje wady, ale jednego nie można mu odmówić – zabawa jest przednia, o ile ktoś oczywiście lubi klasyczne Monopoly, tylko chciałby spróbować czegoś odrobinę innego, może odrobinę bardziej nasyconego współczesnością.

Zasady gry? Jeśli ktoś umie grać w zwykłe Monopoly, to wersja dla Millenialsów nie będzie dla niego tajemnicą po kilku minutach, które zajmie mu przeczytanie szczątkowej instrukcji. Do tego cała gra jest szybsza od klasycznego wydania – nikt nie zastanawia się, czy opłaca mu się w danym miejscu postawić domek czy hotel, jakie są szanse, że ktoś tutaj stanie, i jaka będzie stopa zwrotu z inwestycji. Rzucasz kością, stajesz, płacisz, pobierasz żeton, i już kolejny gracz może zbierać kości i powtórzyć tę operację.

Czyli rozgrywka w iście millenialsowym, wiecznie zabieganym stylu. Zanim zdążysz stracić zainteresowanie aktualną partią i zaczniesz myśleć, czy nie lepiej byłoby obejrzeć kolejny odcinek ulubionego serialu, przychodzi moment na… podliczenie żetonów doświadczenia.

Z drugiej strony zdecydowanie nie jest to gra dla każdego. Może i w Polsce nie ma takiego oburzenia naigrywaniem się z problemów millenialsów, co przykładowo w Stanach Zjednoczonych, ale jednak dla pewnej grupy osób humor tej wersji Monopoly może być kompletnie niezrozumiały. Zresztą nawet tych, których ten humor bawi, po którejś kolejnej rundzie, kolejne wyciągnięcie karty Twoja mama nauczyła się wysyłać SMS-y, może nie bawić już tak samo, jak na początku.

Monopoly dla Millenialsów:

  • Poziom skomplikowania: 1,25/5
  • Poziom wyzwania: 2/5
  • Jakość wydania: 4/5
  • Liczba graczy: 2-4
  • Ograniczenie wiekowe: 8+
  • Zawartość: plansza do gry, 6 pionków, 16 kart Cel Podróży, 16 kart Szansa, 16 kart Kasa Społeczna, 64 żetony doświadczenia, zestaw banknotów

Największe zalety:

  • Stare, dobre Monopoly bardziej współczesnym wydaniu
  • Wytłumaczenie komuś zasad gry zajmie kilka minut
  • Szybka, prosta rozgrywka
  • Ciekawie przygotowane karty Szans i Kasy Społecznej
  • Do samego końca nie wiadomo, kto wygra rozgrywkę

Największe wady:

  • Trochę zaburzona logika zmienionej mechaniki gry
  • Nie każdemu spodoba się humor
  • Prawdopodobnie przy tworzeniu gry nie brali udziału żadni millenialsi

Czytaj również: Gramy bez prądu: „Sherlock Holmes: Detektyw Doradczy” to pięknie wydana, trudniejsza niż sądzisz planszówka

Monopoly dla Milenialsów w sklepie Muve.pl

Dołącz do dyskusji

Advertisement