Będzie kaucja za plastikowe butelki. Obawiam się, że zmieni tyle, co opłata za plastikowe torebki – czyli nic

Artykuł/Ekologia 20.05.2019
Będzie kaucja za plastikowe butelki. Obawiam się, że zmieni tyle, co opłata za plastikowe torebki – czyli nic

Będzie kaucja za plastikowe butelki. Obawiam się, że zmieni tyle, co opłata za plastikowe torebki – czyli nic

Problem stert plastiku, które każdego dnia trafiają (wariant optymistyczny) na śmieci lub (wariant realistyczny) na łono natury jest bardzo poważny, a coraz większe naciski środowisk pro-ekologicznych sprawiają, że sprawą w końcu zaczynają zajmować się ustawodawcy. W przypadku Polski – kto by się spodziewał! – tworząc prawo, które niczego nie zmieni.

Polski rząd chce pokazać, że coś robi. Że stoi murem z WWF, Greenpeace’em, Ocean Conservancy i dziesiątkami innych organizacji walczących z ludzkim nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, a także ogólnoświatowym problemem z trafianiem plastikową butelką do odpowiedniego kosza na śmieci.

By się więc wykazać, ministerstwo środowiska wprowadzi kaucję na plastikowe butelki i inne opakowania. Jak na łamach Super Expressu przekonuje minister środowiska Henryk Kowalczyk, kaucja ma zachęcać do tego, by „odnieść butelkę do punktu skupu czy automatu i odzyskać za to pieniądze”. Podobno ma to zagwarantować częstszy powrót surowca do powtórnego przetworzenia.

Dodaje też, że ministerstwo „chce doprowadzić do sytuacji, w której to wprowadzający na rynek opakowania powinien płacić za ich utylizację i za ich zebranie”.

Wysokość kaucji per opakowanie to… 10 groszy. W tandemie z kaucją ma wejść w życie również opłata nakładana na producentów opakowań, jednak póki co nie znamy jej wysokości. Opłata ma obowiązywać najwcześniej od 2020 r.

Kaucja za plastikowe butelki zmieni tyle, co kaucja na butelki szklane. Czyli – zgadliście – nic.

Dziś każda butelka piwa obarczona jest kaucją w wysokości 50 gr. Czyli kupując przysłowiowego browara możemy otrzymać całe pół złotówki cashbacku, jeśli tylko będzie się nam chciało odnieść butelkę do sklepu przy okazji uzupełniania zapasów. Wszyscy jednak dobrze wiemy, że z tej możliwości korzystają tylko najwięksi koneserzy trunków alkoholowych, szczególnie tych, które w puszce kosztują mniej więcej tyle, ile wynosi kaucja za butelkę.

Osiedlowych żuli może i kaucja zachęca do odnoszenia butelek, ale dla przeciętnego obywatela te 50 gr. nie jest warte zachodu, by pamiętać o odniesieniu butelek i poświęcić procedurze czas.

A skoro nawet kaucja na butelki szklane, wynosząca pięciokrotnie więcej od planowanej kaucji za opakowania plastikowe, nie zachęca konsumentów do oddawania butelek do punktów skupu, to w jaki sposób ma ich do tego zachęcić 10 gr. per opakowanie?

W podobny sposób wysokość kaucji nie zaboli ani odrobinę wytwórców, których to rząd chce tym sposobem zobowiązać do utylizacji i zebrania własnych śmieci. Oni po prostu przeniosą koszt na konsumenta, a ten będzie go ponosił, bo 10 gr. na opakowaniu zwyczajnie go nie zaboli, tak samo jak nie zabolała go np. opłata recyclingowa za jednorazówki. Tak, jednorazówki podrożały. Ale to nadal nie przeszkadza nam kupować ich w zatrważających ilościach.

Rozmawialibyśmy w zupełnie innym tonie, gdyby oprócz propozycji kaucji pojawiła się propozycja, jak realnie kaucję egzekwować.

Kaucja na materiały, które można poddać recyclingowi, to bardzo dobra rzecz. Weźmy za przykład Norwegię: recyclingowi poddawanych tam jest aż 97 proc. plastikowych butelek, a kaucja za nie jest powszechna. Powszechne są też automaty, w których można takie butelki zostawić w zamian za zwrot kaucji, zależnej od rozmiaru butelki. Automaty tego typu funkcjonują na każdym rogu, szczególnie przy sklepach. Nie ma mowy, by powstał nowy sklep, obok którego nie stanąłby automat do recyclingu, co sprawia, że nawyk odnoszenia pustych butelek po prostu wchodzi w krew – nie trzeba planować wyprawy do specjalnego punktu, ale wystarczy np. zabrać puste butelki ze sobą idąc na zakupy.

W sprawne działanie tego mechanizmu zaangażowane są wszystkie szczeble – od rządu, który ustala regulacje, poprzez korporacje, które muszą dostosować swoje produkty do wymogów ponownego przetworzenia, przez sklepy, które biorą czynny udział w zbiorze butelek, aż po konsumenta, który otrzymuje zwrot za spełnienie obywatelskiego obowiązku. W przypadku firm mają też miejsce ulgi podatkowe, tym wyższe, im w wyższym stopniu recyclingowane są ich produkty. To zachęta dla firm, by one również podniosły starania w ponownym przetwarzaniu surowców wtórnych, a nie tylko przerzucały odpowiedzialność na konsumenta.

Nie zrozummy się źle – każda inicjatywa jest potrzebna. Ale kwestii ochrony środowiska nie da się załatwiać populizmem.

Nie miejmy złudzeń. Każde ugrupowanie polityczne, które będzie teraz prawiło o konieczności bycia „eko”, zdobędzie punkty wśród świadomych ekologicznie wyborców. Spodziewam się więc, że oprócz kaucji na butelki zobaczymy inne pomysły, mniej lub bardziej bezskuteczne.

Tutaj potrzeba jednak kompleksowych, daleko idących zmian na wzór Norwegii i innych lepiej rozwiniętych w tym względzie krajów. Pełnego pakietu propozycji, a nie tylko jednej czczej obietnicy. Nie jest bowiem tak, że w Polsce ten system by się nie sprawdził. Wprost przeciwnie, on już teraz jest nam bardzo potrzebny, co pokazuje choćby przykład butelek wody Żywiec Zdrój. Już teraz butelki 5-litrowe wykonywane są z materiału rPET, pochodzącego w 100 proc. z recyclingu. Dlaczego 5-litrowe, a nie najpopularniejsze 1,5-litrowe? Ano dlatego, że w Polsce brakuje surowców wtórnych, a do ponownego przetworzenia trafia raptem 35 proc. wszystkich plastikowych butelek.

Na dobry początek potrzeba nam więc czegoś innego, niż kaucji za plastikowe butelki. Potrzeba nam infrastruktury do recyclingu i edukacji społeczeństwa, bo sytuacja w wielu miejscach jest dramatyczna.

Przykłady? Proszę bardzo, z własnego podwórka – do miejscowości nadmorskiej, z której pochodzę, w sezonie letnim zjeżdża się średnio 100 tys. ludzi. Poza sezonem mieścina liczy sobie mniej niż 5000 dusz, więc infrastruktura utylizacji odpadów jest dość skromna i niestety… taka pozostaje także w sezonie, gdy zagęszczenie ludności rośnie 20-krotnie.

Każdy, kto odwiedzał Łebę, Ustkę, Międzyzdroje czy jakąkolwiek inną miejscowość nadmorską wie, że nad ranem plaże, ulice i parki przypominają krajobraz po bitwie. Śmieci walają się wszędzie. Rozstawiane na plażach co 100 m kubły na śmieci zapełniają się na oko godzinę po rozstawieniu pierwszych parawanów. Segregacja śmieci? Można o tym zapomnieć – plastiki, szkła i metale lądują w jednym worze. A ten wór – na jednym wysypisku.

Mało tego – w jeszcze większym stopniu do zanieczyszczania przykładają się janusze biznesu, otwierający w miejscowościach nadmorskich swoje małe smażalnie ryb i inne twory jadłodajniopodobne. Takie lokale generują ogromne ilości śmieci, a pojemniki do ich wywozu kosztują od kilkudziesięciu do nawet kilkuset złotych. Polecam odwiedzić lasy w promieniu kilkunastu kilometrów od takiej miejscowości, by się przekonać, ilu przedsiębiorczych inaczej zamiast płacić za wywózkę śmieci woli zapłacić za przyczepkę i „radzić sobie” samodzielnie.

Na szczęście z roku na rok jest coraz lepiej, a kolejne miasta podejmują inicjatywy, by zapobiegać takim działaniom oraz zachęcać mieszkańców i turystów do segregowania śmieci (a w pierwszej kolejności do wyrzucania ich do kubłów, a nie na ulicę czy plażę). Są to jednak inicjatywy oddolne, uchwały rad miejskich i gminnych. Nie uchwały ministerstwa, o których czytamy w Super Expressie. Tym sposobem w Polsce recyclingowi poddawanych jest raptem 35 proc. plastikowych opakowań. Podobno do 2025 r. ma to być aż 90 proc., ale w jaki sposób rząd chce przekonać Polaków do segregowania śmieci w tak krótkim czasie, skoro dopiero teraz zaczyna się budzić, że warto coś zrobić z problemem? Nie mam pojęcia.

Faktem jest również, że przenoszenie odpowiedzialności na konsumenta jest nieskalowalne.

Problem rosnącej ilości śmieci nie zniknie dopóty, dopóki będą one produkowane. A w tej materii tylko częściowo można winić konsumenta – znacznie większa odpowiedzialność spoczywa na wytwórcy, który pakuje swój produkt w takie a nie inne opakowanie.

Możemy do bólu lać kawę i wodę w kubki wielokrotnego użytku, wymieniać patyczki do uszu i szczoteczki do zębów na bambusowe, czy mówić „nie” jednorazowym sztućcom – dopóki dostawcy nawet cebulę będą zawijać w plastikowe worki i mówić nam „radźcie sobie z tym plastikiem”, nie mamy szans na poprawę. Na nic zda się segregowanie śmieci, jeśli korporacja produkująca najwięcej plastikowych odpadów na świecie będzie w ramach zmyślnej akcji marketingowej wysyłać ludziom puste butelki.

I to właśnie tu leży prawdziwy potencjał na zmianę. Zmianę, którą instytucje państwowe są w mocy przeprowadzić, wywierając naciski na korporacje dostarczające produkty konsumentom, a nie wprowadzając kaucje, które nie mają cienia szansy zmienić ani zachowania konsumentów, ani tym bardziej sposobu działania korporacji. Skuteczniejsze byłoby tu – na wzór Norwegii – wprowadzenie ulg podatkowych dla tych firm, które się starają. A nie obarczanie ich kolejnymi opłatami, które firmy i tak przerzucą na konsumenta.

To miłe, że rząd stara się pokazać, że „coś” robi. Ktoś może nawet powiedzieć, że niesłusznie krytykujemy pomysł kaucji na plastikowe opakowania, bo przecież „od czegoś trzeba zacząć”, małymi kroczkami do celu. Tyle że nie. Czas na metodę małych kroczków był 20 lat temu. Dziś potrzeba czegoś znacznie, znacznie więcej, niż 10 gr. od butelki.

Dołącz do dyskusji