6 powodów, dla których czasem lepiej wybrać opaskę sportową zamiast zegarka

Recenzja/Sprzęt 14.05.2019
6 powodów, dla których czasem lepiej wybrać opaskę sportową zamiast zegarka

6 powodów, dla których czasem lepiej wybrać opaskę sportową zamiast zegarka

Większe, czyli zegarek sportowy, jest zawsze lepsze (od mniejsze opaski)? Nie zawsze i niekoniecznie.

Teoretycznie zegarek sportowy (albo smart zegarek z funkcjami sportowymi) nie daje opaskom żadnych szans. Jest większy, dzięki czemu ma większy i bardziej czytelny wyświetlacz. Przy obsłudze dotykowej też łatwiej poradzić sobie na większej powierzchni. Do tego przeważnie obsługuje dodatkowe aplikacje i ma milion różnych funkcji, a w bonusie… wygląda jak zegarek, więc nie trzeba rezygnować ze swojego ulubionego elementu biżuterii. 

Tyle teorii. Mniej więcej miesiąc temu trafiła do mnie na testy opaska Fitbit Inspire HR, która przypomniała mi, dlaczego przez ostatni rok nosiłem na nadgarstku nie zegarek, a właśnie kompaktową opaskę sportową.

Po pierwsze: nie ma lekko? W tym przypadku jest.

Jasne, współczesne zegarki sportowe potrafią być naprawdę lekkie i wygodne. Ale do opasek – zwłaszcza jeśli nosimy je przez całą dobę – zdecydowanie im daleko. Testowany Fitbit Inspire HR jest wprawdzie odrobinę grubawy, ale poza tym jest naprawdę malutki. A to, w połączeniu z pomijalną wręcz masą sprawia, że nie czujemy żadnej potrzeby zdejmowania go z nadgarstka. Nie tylko w ciągu dnia, ale też w nocy. I kolejnego dnia. I kolejnej nocy. To sprzęt z kategorii tych, które zakłada się na rękę i zapomina o nich, do czasu, kiedy trzeba je będzie naładować.

Do tego – przynajmniej w moim przypadku – na czas treningu łatwiej jest ustawić na ręce opaskę tak, żeby prawidłowo odczytywała tętno z wykorzystaniem wbudowanego czujnika. I to zarówno jeśli chodzi o moc zapięcia, jak i o dokładną lokalizację na przedramieniu. O tym, że łatwiej i przyjemniej jest biegać z takim maleństwem na ręce, niż potężną busolą, nie muszę chyba nikomu mówić.

Najlepszą rekomendacją tego, że rozmiar ma znaczenie, niech będzie fakt, że kiedy przekonałem dziewczynę do przymierzenia Inspire HR, stwierdziła, że o, takie coś mogłaby na co dzień nosić. Żeby historia była kompletna, dodam tylko, że w każdej chwili mogłaby wziąć mojego dużo bardziej zaawansowanego i funkcjonalnego Fenixa. A jednak wolałaby niewielką, dyskretną opaskę.

Po drugie: robi to, co potrzeba. I tyle.

Tutaj można podejść do zagadnienia na dwa sposoby. Tak, Fitbit Inspire HR potrafi mniej niż np. testowana przeze mnie ostatnio Versa. I co? I w ogóle nie robiło mi to różnicy, a i pewnie nie zrobi wielu użytkownikom. Inspire HR ma większość tego, co jest potrzebne do monitorowania codziennej aktywności – od liczenia kroków i minut aktywności, przez regularny, całodobowy pomiar tętna, jakość snu, aż po rejestrację treningów. Do tego dochodzą jeszcze proste funkcje smart, takie jak np. powiadomienia z telefonu czy budziki, stoper i podobne.

Z bonusów, do których rzadko zajrzymy, można wymienić trening oddechowy i… to właściwie tyle. Lista funkcji, które i tak byśmy ignorowali, jest wyjątkowo krótka, co przekłada się automatycznie na skrócenie czasu potrzebnego na nauczenie się wszystkich możliwości sprzętu. A co za tym idzie – wykorzystanie ich w pełni.

I tak – to nie jest najbardziej rozbudowany sprzęt na rynku. W opinii niektórych jest pewnie wręcz prymitywny. Ale gdybym miał polecić komuś pierwszy, prosty sprzęt do monitorowania aktywności, do obsługi którego nie trzeba czytać 500-stronowej instrukcji, bardzo możliwe, że zasugerowałbym właśnie Inspire HR (choć o tym jeszcze za chwilę).

Po trzecie: niekoniecznie tracimy wiele.

Co powinien robić sprzęt do monitorowania treningów? Przede wszystkim dwie rzeczy – zapisywać i podawać na żywo tempo, dystans i tętno. Reszta to cóż, dodatki.

Fitbit Inspire HR ma niestety ten problem, że nie ma wbudowanego GPS. Jeśli więc chcemy pójść pobiegać albo na rower (są osobne profile dla tych aktywności), musimy ze sobą zabrać telefon. Ale dla większości osób nie powinno być to problemem – o zostawieniu telefonu w domu można myśleć, kiedy mamy np. Apple Watcha LTE. W innych przypadkach i tak zabierzemy ze sobą smartfona. Ot tak, na wszelki wypadek.

Optyczny czujnik tętna natomiast w Inspire HR – jak sama nazwa wskazuje – znajdziemy. Jak się sprawuje?

Podobnie jak ten z Versy Lite – zaskakująco poprawnie w większości sytuacji, choć nie tak dobrze, jak robią to np. dedykowane czujniki tętna na klatkę piersiową czy chociażby Polar OH1. Powyżej krótki, półgodzinny bieg – przez pierwsze kilkanaście minut spokojnym, mniej więcej równym tempem, potem pięć minutowych sprintów z minutą odpoczynku pomiędzy (to nie jest żadna jednostka treningowa, po prostu bieg na potrzeby wykresu).

Obserwacje? Jeśli chodzi o spokojny fragment biegu, Inspire HR radził sobie właściwie identycznie jak Apple Watch z podłączonym OH1, czyli zestaw wielokrotnie droższy od opaski Fitbita. Jeśli przybliżymy ten fragment wykresu, można wprawdzie sugerować, że coś jest nie tak, ale wtedy wystarczy zerknąć na skalę – te duże różnice to w rzeczywistości ok. 1 BPM, czyli wartość kompletnie pomijalna.

Zaskakująco sensownie przy tym samym biegu Inspire HR radził sobie też przy krótkich interwałach:

Ponownie – różnica między oboma zestawami urządzeń w momencie największej rozbieżności wynosi ok. 2-3 BPM. Trochę tylko niepokoją te załamania na górkach w przypadku OH1, których Fitbit nie zauważył, a które pokrywały się z tym, że faktycznie w tych momentach lekko zwalniałem. W pozostałych przypadkach zgodność jest natomiast niemal wzorowa.

Trzeba przy tym oczywiście pamiętać, że dokładność pomiaru zależy od wielu czynników. I tak przykładowo podczas jednego z wcześniejszych biegów zbyt mocno zapiąłem Inspire HR, czego efektem był początkowy pomiar prosto z kosmosu:

W drugiej części biegu też widać, że Inspire HR potrafi się momentami pogubić. Więc poprzedniego zestawu testowego nie traktujcie jako gwarancji, że zastąpi wam najlepsze czujniki tętna.

A jak jest na rowerze? Najlepsze określenie, jakie mogę znaleźć, to… różnie:

Najgorzej w tym zestawieniu wypadł bez wątpienia Apple Watch i jego wbudowany czujnik tętna. Przez długie minuty (prawie kwadranse!) rejestrował albo pomiary kompletnie z czapy, albo trzymał się jednej, zarejestrowanej wcześniej wartości. Trochę wstyd. Przyjrzyjmy się jednak Inspire HR na jednym z początkowych odcinków:

Może jeszcze wyrzućmy z zestawienia Apple Watcha:

I cóż – zdecydowanie nie jest to wybitny zapis na tle czujnika na klatkę piersiową (HRM Run podłączony do Fenixa 3). Wyraźnie widać pewne opóźnienie w reakcji na zmiany tętna, a do tego dochodzi jeszcze jakaś dziwaczna sytuacja w okolicach 43-45 minuty, kończąca się dobre 6-7 minut później.

Niestety to akurat wspólny problem optycznych czujników tętna w zegarkach, z których korzystamy w trakcie jazdy rowerem. Inne ułożenie ręki potrafi mocno zafałszować wyniki i tak będzie w wielu przypadkach. Choć akurat w przypadku Inspire HR może to nie być aż tak bolesne.

Oczywiście po zakończeniu aktywności mamy dostęp do skromnej, ale kompletnej dla początkującego biegacza czy rowerzysty karty podsumowania:

Nie jest to wprawdzie poziom analizy w stylu Garmina, Polara czy nawet Huawei Health, ale… większości pewnie wystarczy. Tym bardziej, że aplikacja Fitbita ma ten sam plus, to Inspire HR – jest do bólu prosta, przejrzysta i wygodna. A to ogromny argument w świecie elektroniki i oprogramowania przeładowanego możliwościami.

Po czwarte: tak, naprawdę brakuje bardzo niewiele.

Odporność na wodę? Jest. Wymienne opaski? Są. Ba, nawet dwie są dodawane w tym przypadku w komplecie. W zasadzie trudno mi znaleźć cokolwiek, czego brakowałoby mi w Inspire HR, a było w Versie. Monitoruje wszystko, co trzeba, przypomina o tym, żeby się ruszyć, podeśle powiadomienia i zarejestruje trening.

Po piąte: ładowanie? A co to?

5 dni – tyle ma działać bez ładowania Fitbit Inspire HR i przeważnie przez tyle właśnie działa, nawet szczególnego oszczędzania akumulatora. I dobrze, bo codzienne zdejmowanie i odkładanie na ładowarkę mija się z celem – w końcu to sprzęt, który ma monitorować nasze całodobową aktywność, a nie np. od 17:00 monitorować moc prądu przychodzącego z ładowarki.

Punkt bonusowy: za guzik.

I to całkiem sprawnie wykorzystany przez oprogramowanie. Garminie, bierz przykład i oddaj guzik w kolejnym Vivosporcie.

Same pochwały? Serio?

Nie, zdecydowanie nie. O ile bowiem Inspire HR jest naprawdę ciekawym urządzeniem, o tyle ma swoje wady.

Podstawową jest bez wątpienia wyświetlacz dotykowy. Jest mikroskopijny, czarno-biały, a do tego ma niską rozdzielczość i przeciętny kontrast. Ten ostatni zresztą pogarsza się jeszcze bardziej w momencie, kiedy podczas treningu spoconym palcem nałożymy na niego dodatkową warstwę ochronną. Szkoda, bo poza tym obsługuje się go zadziwiająco wygodnie – dobrze reaguje na dotyk i wszystkie komendy, choć – podobnie jak Versa i Versa Lite – mógłby zdecydowanie chętniej reagować podświetleniem na ruchy nadgarstka.

Nadal też nie jestem fanem systemu wymiennych pasków w Inspire HR. Tak, to miło, że jest taka opcja, ale zdecydowanie nie powinno to wymagać aż tyle wysiłki i wkładania paznokcia pod dzyndzel do odblokowania zaczepu.

Nie da się też ukryć, że obsługa powiadomień stoi na poziomie tak bardzo podstawowym, że poniżej niego jest już tylko brak powiadomień. Dostajemy je, możemy odczytać, ale na tym kompletnie koniec.

To warto czy nie?

Nie, ekran nie jest kolorowy. Taka wada zdjęcia.

Wstawka sentymentalna: kilka lat temu kupiłem swojego pierwszego Fitbita – model Flex. Nie potrafił prawie nic poza liczeniem kroków, nie miał nawet ekranu – zamiast tego miał tylko kilka LED-ów, które określały stopień wychodzenia dziennego celu. I to było jedno z najlepszych urządzeń sportowych, które kiedykolwiek kupiłem. Po części dlatego, że od tego momentu zaczęła się moja przygoda z aktywnością, która – szczęśliwie – trwa do dzisiaj.

I Inspire HR w dużej mierze przypomina mi właśnie nowszego i lepszego Flexa. Jest banalnie prosty w obsłudze – wytłumaczenie tego, jak z niego korzystać, zajęłoby mi w przypadku osoby zupełnie niezorientowanej może kwadrans. Podobnie jest z aplikacją Fitbita – wszystko, co istotne, mamy wystawione od razu pod nos. A czasem w zabawie w aktywność chodzi właśnie o to, żeby było prosto. Żeby nie skupiać się na urządzeniu, a na tym, co mamy zrobić.

Oczywiście Inspire HR brakuje większości tego, za co lubimy zegarki sportowe czy smart zegarki. Nie ma dodatkowych aplikacji. Nie ma planów treningowych. Nie ma integracji z Fitbit Coach (uważam to za gigantyczną wadę). Nie ma sterowania smart domem. I tak dalej, i tak dalej. Jest esencja – prosta opaska monitorująca, o której zapominamy tuż po założeniu i przypominamy sobie, kiedy ta zawibruje, bo za długo siedzimy na kanapie. Idealnie.

Po szóste: nie musimy brać kredytu, żeby ją kupić.

Fitbit Inspire HR kosztuje – w zależności od sklepu – od ok. 440 do 490 zł. Idealnie na początek przygody z aktywnością. Z aktywnością, a nie klikaniem w smart zegarek.

Natomiast na tym poziomie cenowym Inspire HR ma jeden potężny problem – to Garmin Vivosport. W tej chwili jego cena delikatnie przekracza 500 zł (najniższe oferty są nawet poniżej 500 zł), czyli jest tylko o kilkadziesiąt złotych droższy. A jednocześnie ma kolorowy (choć też niewielki) ekran, odrobinę bardziej czytelny w słońcu, wbudowany GPS i potężne zaplecze w postaci Garmin Connect. Doprowadzi nas wprawdzie do szału swoją całkowicie bezguzikową obsługą, ale w zamian za to pozwoli nam chociażby kontrolować muzykę z telefonu, czego Inspire HR nie potrafi.

I tutaj już niestety każdy musi podjąć decyzję samodzielnie. Oba sprzęty mają sporo subtelnych (i mniej subtelnych, jak np. GPS) zalet. I z obu powinniśmy być zadowoleni.

Dołącz do dyskusji