Nagle odkryłem, że lubię sprzątać. Dyson V11 Absolute Pro – recenzja

Recenzja/Technologie 27.05.2019
Nagle odkryłem, że lubię sprzątać. Dyson V11 Absolute Pro – recenzja

Nagle odkryłem, że lubię sprzątać. Dyson V11 Absolute Pro – recenzja

Tak.

Ale zaraz. Co „tak”?

„Tak”, czyli odpowiedź na pytanie, które prawdopodobnie zadał sobie każdy, kto trafił do tego tekstu. Pytanie to brzmi „Czy warto kupić Dysona V11 Absolut Pro” lub ewentualnie „Czy warto kupić odkurzacz za takie pieniądze”.

I odpowiedź w obydwu przypadkach brzmi tak samo.

„Tak”.

Uzasadnij.

Oczywiście, mogę nawet zrobić to na moim przykładzie. Mam w domu – niewielkiej, piętrowej połówce bliźniaka – dwa odkurzacze. Jeden malutki, automatyczny, który zajmuje się korytarzem, łazienką, przedsionkiem i kuchnią. Drugi to natomiast prawdziwa maszyna do wciągania wszystkiego, łącznie z małymi zwierzętami, telefonami i podobnymi przedmiotami. Teoretycznie powinien służyć do sprzątania całej reszty domu, w tym dwóch pokoi na piętrze, a przy okazji do regularnego odkurzania samochodu. W praktyce jednak od długich tygodni stoi nieużywany, zbierając tylko kurz.

Powód? Jest ogromny, ciężki, a do tego wymaga stałego podłączenia do gniazdka. Na samą myśl o tym, że muszę go przepinać, podłączać, rozwijać i zwijać kable, omijać je przy sprzątaniu czy targać go na piętro, dochodzę do – niesłusznego oczywiście – wniosku, że jeszcze nie jest tak brudno, żeby trzeba było odkurzać.

Byłem przy tym pewien, że mój zestaw jest właściwy, a problem tkwi w moim lenistwie. I wtedy trafił do mnie na kilka tygodni Dyson V11 Absolute Pro.

I nagle wszystko się zmieniło?

Nagle to może nie. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, żebym rzucał się od razu po odebraniu przesyłki na pudło, w którym znajduje się po prostu odkurzacz. Ot, kolejny domowy sprzęt, którego możliwości przetestuję, kiedy przyjdzie mi na to ochota.

Ochota przyszła jednak dość szybko – paczkę z odkurzaczem wniosłem w końcu na piętro, do biura, a kocie kłaki i piach dookoła zdecydowanie zachęcały do tego, żeby trochę posprzątać. Otworzyłem więc opakowanie i w oczy rzuciły mi się od razu dwie rzeczy.

Po pierwsze – w ogóle nie dziwię się cenie Absolute Pro. Zestaw akcesoriów dostarczanych w komplecie jest tak ogromny, że przez tych kilka tygodni nie zgłębiłem jeszcze zastosowania niektórych z przysłanych mi końcówek. Do tego całość jest zapakowana w sposób, który przypominał mi moment rozpakowywania mojego iMaca. Wszystko ma swoje miejsce, wszystko ma swoje małe, precyzyjnie wymierzone pudełeczko.

Co znalazłem w środku? Samych elektroszczotek były trzy różne rodzaje – od elektroszczotki Hight Torgue z nylonowym włosiem do dywanów, antystatycznymi włóknami węglowymi do wyłapywania kurzu z powierzchni twardych i systemem monitorowania pracy (serio), przez Soft Rollera do powierzchni twardych, aż po mini elektroszczotkę, którą wjedziemy tam, gdzie jej większe wersje nie mają szans się dostać.

Do tego dochodzi jeszcze końcówka kombi, końcówka szczelinowa, szczotka do kurzu, szczotka z twardszym włosiem do brudu, który trzeba zdrapać, elastyczna końcówka szczelinowa i specjalnie zagięta końcówka, dzięki której możemy posprzątać – tak jak w moim przypadku – górne powierzchnie belek. Standardowymi końcówkami nie miałbym szans tam sięgnąć.

Wszystkie te elementy mocowane są do rury lub bezpośrednio do samego odkurzacza za pomocą wygodnego systemu zacisków. Wygodnego – i wygodniejszego od tego, co znałem do tej pory – głównie dlatego, że obsługa całości nie wymaga niemal żadnej siły. Nie trzeba się więc obawiać, że próbując zdjąć jedną końcówkę wyrwiemy ją tak, że uderzymy stojącą za nami osobę. Wszystko odbywa się tutaj delikatnie, sprawnie i z satysfakcjonującym klikiem w momencie montażu.

A ta druga obserwacja?

Druga jest trochę bardziej zasadnicza. Wygląda bowiem na to, że taka forma odkurzacza jest formą, której szukałem od dawna, ale z jakiegoś powodu bałem się ją sprawdzić. Cała jednostka główna ma masę zaledwie 3,05 kg i nieco ponad 37 cm długości. Z doczepioną krótką końcówką byłem w stanie bez najmniejszego problemu nie tylko odkurzać, ale i… drugą ręką trzymać ciężki aparat z ciężkim obiektywem i jeszcze robić zdjęcia. Owszem, trzymanie Dysona przed sobą w wyprostowanej ręce przez dłuższy czas to już zabawa dla fanów siłowni, ale podczas codziennego sprzątania prawie w ogóle nie czuć tego ciężaru.

Nie mówiąc już o tym, że wnoszenie go po schodach i znoszenie po posprzątaniu to czynności kompletnie bezwysiłkowe, czego o moim prywatnym odkurzaczu powiedzieć zdecydowanie nie mogę. Nie muszę też martwić się w ogóle o to, czy podczas sprzątania albo transportu nie zaplączę się w kable. Idealnie.

Nie ma kabla? To pewnie trzeba ładować co jedno krótkie odkurzanie.

Ależ nie, chyba że mamy naprawdę duży dom i naprawdę sporo niecnych zakamarków, w których gromadzi się brud. W trybie Eco akumulator wystarczy na okrągłą godzinę sprzątania i jest to wynik, który jak najbardziej da się zrealizować w rzeczywistości, a nie tylko w laboratorium Dysona.

Natomiast jeśli ręcznie zmienimy tryb albo włączymy tryb automatyczny (dostępny z elektroszczotką High Torque), czego potwierdzenie zobaczymy natychmiast na ekranie…

Zaraz, jak to? Odkurzacz z ekranem?

Tak, mamy 2019 r., więc nie powinno to nikogo dziwić. W Dysonie V11 znajdziemy wyświetlacz i pojedynczy przycisk. Klikając w ten drugi, możemy zmienić tryb pracy – do wyboru jest opcja Auto, Eco oraz Boost (i ewentualnie Mid, jeśli Auto jest niedostępne). W większości przypadków można się przy tym zdać na tryb automatyczny – nie dość, że zaoszczędzimy energię w akumulatorze, to dodatkowo odkurzacz sam odpowiednio dobierze moc pracy z elektroszczotką do aktualnych warunków i potrzeb. I tak – jest w stanie zmienić moc w środku odkurzania, a potem zmienić tryb, kiedy np. zmieni się nawierzchnia.

Jak to działa? Elektroszczotka Hight Torque monitoruje 360 razy na sekundę (!) opór przy szczotce, stwierdzając w ten sposób, z jaką powierzchnią ma do czynienia. Inaczej więc będzie ustawiać moc na twardym podłożu, np. na panelach, a inaczej na dywanie. Przy czym my nie musimy nic robić – wystarczy przesuwać odkurzaczem po tych powierzchniach, które chcemy wyczyścić. W praktyce działa to tak, że kiedy odkurzamy np. panele albo kafle, odkurzacz – dzięki informacjom ze szczotki High Torque – automatycznie przestawia tryb pracy na Mid lub Eco. Jeśli natomiast wjedziemy na dywan albo podobne podłoże – przejdzie w tryb Boost. Cała operacja jest dokonywana bez naszego udziału.

Tutaj można zobaczyć, jak działa to w praktyce i jak wpływa na oszczędność energii w akumulatorze. Na kaflach odkurzacz pracuje w trybie standardowym, natomiast wycieraczkę natychmiast rozpoznaje jako bardziej wymagającą powierzchnię i włącza mocniejsze ssanie. Po powrocie na kafle wraca natychmiast do oszczędniejszego trybu:

Tryb Boost brzmi głośno…

I nie da się ukryć, że jest raczej hałaśliwy, przynajmniej w porównaniu do pozostałych trybów. Nie jest natomiast zdecydowanie tak głośny, jak mogłoby się wydawać po obserwacji tego, z jakim entuzjazmem wciąga mniejsze i większe zabrudzenia. Jeśli analizować współczynnik hałasu do skuteczności, to w trybie Boost wcale nie jest tak głośno. Tym bardziej, że mówimy tutaj o 125 tys. obrotów na minutę…

Na średnim i najniższym ustawieniu natomiast jest zdecydowanie ciszej. W trybie Eco można rozmawiać z innymi domownikami tylko minimalnie podnosząc głos albo nie podnosząc go wcale. Podobnie jest w trybie Mid, czyli średnim ustawieniu mocy.

Trzeba przy tym pamiętać o fakcie, że przez większość sprzątania odkurzacz i tak będzie pracował głównie w dwóch słabszych trybach – najwyższy poziom mocy aktywowany jest bardzo, bardzo rzadko, bo i równie rzadko jest faktycznie potrzebny. To zresztą dobra wiadomość, bo wyraźnie skraca on czas pracy urządzenia na jednym ładowaniu.

I jak się to ładuje?

Kablem, jeśli ktoś ma taką potrzebę. Ale nie oznacza to, że musimy godzić się na plątaninę przewodów w domu. Do zestawu dodawana jest bowiem stacja dokująca, którą można zamontować np. na ścianie w pomieszczeniu użytkowym i w ten sposób nie tylko zaoszczędzić miejsce i czas (nie musimy rozkładać i składać odkurzacza), ale elegancko rozprowadzić kable.

Przy okazji w trakcie odkurzania nie musimy się martwić o to, że odkurzacz nagle zaskoczy nas rozładowanym akumulatorem. Wyświetlacz jest wykorzystywany również do tego, żeby informować nas na bieżąco, ile czasu odkurzania zostało nam w aktualnym trybie pracy.

Wszystko jak do tej pory fajnie, ale… jak to sprząta?

I to było dla mnie chyba jedno z większych zaskoczeń tego testu. Dyson V11 to niewielki, lekki i do tego bezprzewodowy odkurzacz, który potrafi poradzić sobie właściwie z każdym zabrudzeniem, niezależnie od rozmiaru.

Wyschnięte błoto (w olbrzymich ilościach) w przedsionku? Elektroszczotka automatycznie wkręca się na wyższe obroty i błyskawicznie, za jednym przejazdem, likwiduje zanieczyszczenia. Kłęby kociej i psiej sierści rozrzucone po całym domu i w narożnikach? Zero problemu. Zwierzęca kanapa oblepiona sierścią? Kilka przejazdów i wygląda jak prawie nowa. Dywany? Podobna sprawa. Schody? Bez kabla i ciężkiego odkurzacza – przyjemność. Brud w samochodzie od wożenia w bagażniku wszystkiego – w tym brykietu i kosiarki? Trochę więcej pracy, ale ponownie, z wzorowym efektem. Wszystkie próby rozsypywania mąki i podobnych okruszków również nie zrobiły na Dysonie V11 żadnego wrażenia.

Do tego dochodzi jeszcze obecność w komplecie masy końcówek i akcesoriów. Mam dom o takiej wewnętrznej konstrukcji, że po prostu pogodziłem się z tym, że w niektórych miejscach (np. na górnej części belek) musi być kurz i nic z tym już nie zrobię. Podczas testów okazało się jednak, że wszędzie da się sięgnąć – trzeba tylko chcieć i mieć odpowiednią końcówkę albo rurę przedłużającą. I wszystko, czego potrzebowałem, było w pudełku.

Nie trzeba przy tym oczywiście cały czas nosić przy sobie wszyskich końcówek. U mnie przeważnie wystarczyły dwie, przy czym w zestawie znajduje się plastikowy uchwyt, który pozwala przyczepić z boku do rury końcówkę, z której chętnie korzystamy, ale aktualnie nie jest nam potrzebna. Proste, ale skuteczne.

Z tymi końcówkami wiążą się zresztą jeszcze dwie świetne sprawy.

Świetne sprawy związane z końcówkami do odkurzacza?

Tak. I obydwie są zdecydowanie z kategorii praktyczność na co dzień.

Po pierwsze – wszystkie elektroszczotki są niesamowicie zwrotne. Na tyle, że trzeba się na początku odrobinę przyzwyczajać do tego, żeby nie uciekały nam w trakcie sprzątania. Jeśli jednak już je opanujemy, okazuje się, że można nimi wjechać niemal wszędzie. Pod szafę, pod łóżko, w ciasne przestrzenie między szafkami i tak dalej. Wszystko to bez konieczności podnoszenia odkurzacza i odrywania szczotki od podłogi.

Po drugie – i to dobry zwiastun w kwestii długowieczności, wszystkie bardziej skomplikowane końcówki da się rozebrać na części pierwsze, żeby je wyczyścić. I to jest jeden z powodów, dla których na starcie musimy zapłacić trochę więcej – producent nie liczy, że wrócimy do niego za rok czy pół roku, żeby dokupić elementy, które zepsuły się lub zabrudziły do granic możliwości w trakcie użytkowania. Rozbieramy, czyścimy i są jak nowe.

Zresztą nie tylko to można czyścić i używać przez długi czas.

Co jeszcze?

Oczywiście V11 wyposażono w filtr, dzięki któremu nawet najdrobniejsze pyłki (no, 99,97 proc. z nich) nie przedostają się ponownie do powietrza w pomieszczeniu. Nie trzeba się jednak obawiać tego, że trzeba go będzie regularnie wymieniać – trzeba go tylko co jakiś czas odkręcić, umyć, odczekać aż wyschnie i można ponownie zabierać się do sprzątania.

A skąd wiadomo, że czas umyć filtr? To proste – odpowiedni komunikat wyświetli się na ekranie odkurzacza. Czyli ten ekran to jednak nie tylko gadżet, ale i przydatne rozwiązanie.

A jak jest z pojemnikiem? Nie jest zbyt mały?

Zdecydowanie nie, chyba że chcemy nim wyczyścić ogromną halę magazynową. Przy dokładnym sprzątaniu moich skromnych 80 m2 nigdy nie zdarzyło się, żeby pojemnik był w całości zapełniony. Do tego czyści się go bardzo łatwo –  wystarczy umieścić go nad kubłem i pociągnąć czerwoną dźwigienkę, która otwiera klapę. Śmieci zostaną bardzo dokładnie wypchnięte, a my możemy kontynuować sprzątanie.

Jedyna wada tego rozwiązania? Musimy na czas pozbywania się śmieci zdemontować wszystkie akcesoria i rury. Ale to niewielki koszt, biorąc pod uwagę to, jak wygodne i szybkie jest takie pozbywanie się odpadów. Do tego nie musimy się obawiać, że cokolwiek wysypie się w trakcie demontażu dodatków – pojemnik jest szczelnie zabezpieczony i nawet bez podpiętej rury i końcówki nic się z niego nie wysypuje.

Coś jeszcze?

Właściwie nie. Szukanie jakichkolwiek wad w tym odkurzaczu jest właściwie sztuką dla sztuki.

Tym bardziej, że Dyson V11 ma absolutnie wszystko, żebym jeszcze raz przemyślał, czy mój dotychczasowy zestaw odkurzaczy jest na pewno optymalny. Jest lekki, niewielki, można go wygodnie zadokować w specjalnej stacji, działa wystarczająco długo na jednym ładowaniu, żebym posprzątał cały dom, a do tego jest piekielnie uniwersalny. I to do tego stopnia, że nie jestem w stanie wymyślić, czego nie mógłbym nim odkurzyć. Podłogi i dywany? Oczywistość. Schody? Jasne. Samochód? Proszę bardzo. Zakurzone półki z książkami? Się robi. Blaty w kuchni? Stół w jadalni? Zakamarki łazienki? Okolice wysoko ulokowanych okien dachowych? Belki pod sufitem? Kratki kominkowe? Wszystko da się ogarnąć tym zestawem.

Początkowo chciałem wspomnieć o tym, że ta cena – Dyson V11 zaczyna się od ok. 2600 zł – to zdecydowanie za dużo jak na odkurzacz. Z drugiej jednak strony to mniej, niż trzeba zapłacić np. za dwa chińskie automatyczne odkurzacze, które raczej nie wjadą nam pod sufit, i po których przeważnie co jakiś czas i tak trzeba dodatkowo posprzątać. Nie mówiąc już o tym, że nie wiadomo, jak długo będą u nas pracować, podczas gdy V11 wygląda na sprzęt, który jest w stanie przeżyć nie tyle wiele sprzątań, co pewnie… wiele domów.

Dołącz do dyskusji