Forteca to tryb, którego Battlefield V potrzebował. Niestety, rozwój tej gry to już nieśmieszny żart

Artykuł/Gry 20.05.2019
Forteca to tryb, którego Battlefield V potrzebował. Niestety, rozwój tej gry to już nieśmieszny żart

Forteca to tryb, którego Battlefield V potrzebował. Niestety, rozwój tej gry to już nieśmieszny żart

Forteca to rozpaczliwa walka o silnie ufortyfikowany punkt, który został dozbrojony w masę stacjonarnych karabinów, dział, zasieków oraz wałów. Nowy tryb jest pierwszym solidnym argumentem przemawiającym za powrotem do gry Battlefield V. Przepiękna jatka przypomina jednocześnie, jak zmarnowanym potencjałem jest BFV.

W przeciągu pół roku od premiery, Battlefield V dostał zaledwie JEDNĄ nową mapę dla tradycyjnego trybu multiplayer. Cała reszta nowej zawartości – tryb battle royale, kooperacyjne combined arms czy poligon – znacznie rozmija się z oczekiwaniami wiernych fanów. Gra DICE posiada kapitalny model strzelania, ale nie posiada czegoś równie ważnego – tożsamości. Nie wiadomo w jakim kierunku rozwijana jest ta strzelanina oraz czego spodziewać się po jej producentach w przyszłości.

Forteca to pierwszy tryb, który skusił mnie do ponownego uruchomienia Battlefield V.

Forteca jest wariacją mojego ulubionego wariantu rozgrywek wieloosobowych: Przełamania. Przełamanie rzuca naprzeciwko siebie dwie drużyny po 32 graczy, walczące o małą liczbę stref przy użyciu wszelkich możliwych środków i pojazdów. Zawężenie rozgrywki do obszaru jednego – dwóch punktów sprawia, że gracz ma poczucie wojny totalnej. Bitwy na wielką skalę, podczas której wszędzie coś się dzieje. Właśnie to uwielbiam w Battlefieldzie.

Forteca dodatkowo podkręca standardowe Przełamanie. Obszar gry jest jeszcze mniejszy, a mapa zostaje silnie usiana działami, stacjonarnymi karabinami i zasiekami. Atakująca strona dokonuje wielkiego zrywu ku zwycięstwu, a z kolei strona defensywna podejmuje się rozpaczliwej obrony. Samo starcie jest krótkie, intensywne i wymuszające na graczu bezpośrednią konfrontację z przeciwnikiem. W zasadzie od samego początku obie strony mają siebie w zasięgu wzroku. Dlatego trzeba przeć do przodu. Trzeba gryźć ziemię i walczyć o każdy metr.

Nowa, tymczasowa wariacja Przełamania jest dla mnie kwintesencją tego, co w Battlefieldzie najlepsze. Bombowce latają nisko nad głową. Pociski karabinów maszynowych świszczą obok ucha. Czołgi, moździerze, naloty – wszystko to widzimy na jednym ujęciu i aż człowiek chce przystanąć ma moment. Uchwycić to makabryczne piękno zniszczenia. Tyle tylko, że stanie w miejscu to stuprocentowa pewność, że dostanie się kulkę od wrogiego strzelca wyborowego.

Chociaż bawię się świetnie, nowy tryb tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że BFV się marnuje.

Przez sześć ostatnich miesięcy DICE robiło wszystko, tylko nie to, o co prosili fani. Gracze mieli dosyć standardowe oczekiwania: więcej broni, więcej pojazdów, więcej map i nowe strony konfliktu. Zamiast tego dostaliśmy kalkę battle royale i nieudany tryb kooperacji. Nowe narzędzia zniszczenia pojawiają się sporadyczne, z kolei nowe mapy… cóż, nie licząc tej do trybu battle royale, dostaliśmy jedną. Do tego dosyć nijaką, bo stworzoną z myślą o bitwach czołgowych.

Dokładnie 30 maja 2019 r. – pół roku od premiery gry – Battlefield V wzbogaci się o drugą mapę dla klasycznego trybu multiplayer. Będzie nią słoneczna lokacja Merkury osadzona wzdłuż malowniczego wybrzeża Krety. Dla porównania, Battlefield 1 w sześć miesięcy od premiery był już bogatszy o pięć nowych map oraz kilka nowych pojazdów. Oczywiście różnica polega na tym, że za dodatkowe mapy do BF1 trzeba było płacić, podczas gdy te do BFV są darmowe dla całej społeczności.

Nie każdemu jednak takie udostępnianie za darmo odpowiada. Znam wielu fanów serii, którzy z chęcią wróciliby do modelu płatnych DLC. Byle tylko dostać więcej zawartości, niekoniecznie związanej z modułem battle royale. Gdy gracz płaci, to wymaga. Gdy nie płaci, jest skazany na łaskę producenta, który stara się zarabiać w okrężny sposób. Następuje rozmycie odpowiedzialności oraz dbałości o jakość. No bo hej – przecież jest za darmo. To ta już wolę wydać kilkadziesiąt złotych aby móc rozliczać deweloperów z ich własnej pracy.

Jeżeli na E3 2019 nie zobaczę nowej strony konfliktu, to raczej wysiadam.

Nie chcę urozmaiceń na mapie battle royale. Nie chcę nowych wyzwań społecznościowych. Nie chcę elitarnych skórek. Chcę przepłynąć Wołgę i walczyć pod Stalingradem albo wylądować na plaży Omaha. Marzą mi się siły USA oraz ZSRR, które wzbogaciłyby ten tytuł o kilka nowych, kultowych lokacji. Omaha, Stalingrad, Kursk, Monte Cassino – to jest to, czego potrzebuje Battlefield V. Nie nowego wariantu misji kooperacyjnej ani nie nowego lakieru dla Churchilla MK VII.

Kosmetyka to miłe urozmaicenie, ale gdy gra posiada już swoje fundamenty i podstawy. BFV wciąż się ich jeszcze nie dorobił. Gra rozwija się w kilku kierunkach jednocześnie, w rezultacie nie rozwijając się wcale. Zasoby DICE są trwonione na moduły, które nie cieszą się przesadną popularnością. Liczę, że podczas E3 2019 to się zmieni. Marzy mi się, że podczas imprezy EA Play zostanie zapowiedziany nowy kierunek; na Moskwę i na Normandię. Jeśli nie, to ja z tego czołgu już raczej wysiadam.

Dołącz do dyskusji