Jestem tu po to, żeby być czepialski – wyznanie recenzenta

Felieton/Technologie 24.04.2019
Jestem tu po to, żeby być czepialski – wyznanie recenzenta

Jestem tu po to, żeby być czepialski – wyznanie recenzenta

Redakcyjny kolega Dawid Kosiński powiedział mi dzisiaj, że mam chore wymagania, jeśli chodzi o sprzęt elektroniczny. Ale czy nie taka właśnie jest rola recenzenta?

Po ostatnim tekście opisującym pierwsze chwile z bardzo drogim laptopem, otrzymałem wiele wiadomości, które mógłbym streścić tak: „czepiasz się”.

I nie mam na to kontrargumentu. Tak, czepiam się. Tak, mam wysokie wymagania względem sprzętu, który trafia do mnie na testy. Tak, zdarza mi się (i to całkiem często) odmawiać przetestowania urządzenia, jeśli nie spełnia ono tych wymogów, a jego opis jest stratą czasu dla mnie i czytelnika.

Nie robię tego jednak ze złośliwości czy wrodzonej tendencji do czepialstwa. Robię to, bo na tym polega praca recenzenta sprzętu.

Lenovo Thinkpad X1 Extreme

Recenzent ma coś, czego nie ma konsument – porównanie.

Rocznie przez moje ręce przewija się kilkadziesiąt telefonów, komputerów, gadżetów wszelkiej maści. Mam ten przywilej, iż mogę na co dzień obcować z najnowszymi urządzeniami i spędzać z nimi więcej czasu niż przeciętny konsument, który może co najwyżej pobawić się chwilę laptopem na wystawie w sklepie lub poprosić znajomego, by na chwilę pożyczył mu swój telefon.

Innymi słowy: mam porównanie. Oceniając dany sprzęt zdaję sobie sprawę, że nie istnieje on w próżni, więc oprócz oceny samego sprzętu sprawdzam też, jak wypada na tle innych urządzeń w swojej kategorii.

To z kolei pozwala mi na chłodno ocenić, czy np. wielbiony przez wszystkich laptop jest faktycznie tak dobry, jak piszą niektórzy konsumenci, siłą rzeczy będący pod wpływem tzw. efektu wspierania decyzji (czytaj: wydali mnóstwo pieniędzy, więc bronią słuszności swojego wyboru). Dzięki porównaniu mogę błyskawicznie ocenić np., czy klawiatura w laptopie X jest rzeczywiście dobra, czy może jedynie przeciętna na tle laptopa Y. Czy smartfon Z rzeczywiście robi dobre zdjęcia, czy może za te same pieniądze można kupić lepszy mobilny aparat.

Istotnie, takie podejście sprawia, że nie podchodzę do testowanego sprzętu jak przeciętny konsument, który może albo nie zdawać sobie sprawy z wad produktu, albo się nimi po prostu nie przejmować. Nie uważam jednak, aby „chorym” było nieustanne porównywanie ze sobą sprzętów, by mniej lub bardziej jednoznacznie odróżnić dobry zakup od złego.

Galaxy S10 Plus czy iPhone XS Max

Elektroniki jest za dużo.

Żyjemy w czasach, gdzie firmę produkującą sprzęt elektroniczny może założyć ktokolwiek z minimalnym kapitałem (chociaż patrząc na większość współczesnych startupów, nawet to nie jest potrzebne). Rynek zalewa tona elektrośmieci. Każdy duży producent ma w swoim portfolio co najmniej kilkanaście różnych urządzeń. Jak grzyby po deszczu wyrastają mali producenci, chcący zawojować świat, zazwyczaj stosując w tym celu tanie urządzenia zrobione na bazie schematu zakupionego w chińskiej fabryce.

Wybór niby jest dobry dla konsumenta, ale nadmiar możliwości paraliżuje. Nie mówiąc o tym, że sprzęty w danych kategoriach różnią się od siebie w tak nieznaczny sposób, że nie mając bezpośredniego porównania trudno wskazać ich mocne i słabe strony na tle konkurencji.

Tym bardziej więc istotne jest, by recenzenci sprzętu się czepiali. Bezlitośnie wytykali błędy producentom, punktowali wady produktów, podkreślali ich mocne cechy na tle konkurencji jednocześnie wskazując, kto może być z danego produktu najbardziej zadowolony.

Surface Pro 6

Gdy czytam komentarze (dla przykładu), że „przecież wystarczy przeinstalować Windowsa, żeby pozbyć się śmieci instalowanych przez producenta”, trafia mnie szlag.

Sama sugestia reinstalowania oprogramowania (szczególnie na komputerze kosztującym mnóstwo pieniędzy) jest absurdalna. Rolą recenzenta jest korzystać z urządzenia w takim stanie, w jakim trafi ono do konsumenta.

A konsument w żadnym razie nie powinien być zmuszany do gruntownych modyfikacji zakupionego produktu tuż po jego uruchomieniu tylko dlatego, że producent zarabia jakąś symboliczną kwotę za udostępnianie na swoim urządzeniu niepotrzebnych śmieci. Niestety stało się to niechlubną normą wśród partnerów Microsoftu i tym bardziej oburzająca jest sugestia, że konsument powinien sobie sam z tym poradzić – bo jest to „norma”, na którą konsument nigdy nie powinien się godzić, a jest do tego zmuszany.

Takie „czepialstwo”, dla jednych niezrozumiałe, pozwala innym dokonać właściwego wyboru i wydać pieniądze w najlepszy możliwy sposób. A jeśli „chorym” nazywamy wymóg, by sprzęt kosztujący mnóstwo pieniędzy działał wzorowo (a przynajmniej tak dobrze, jak inne sprzęty w swojej klasie), to proszę bardzo – chorujmy jak najdłużej.

„Mi działa rewelacyjnie”

Często czytam komentarze pod recenzjami, w których czytelnicy nie zgadzają się z osądem recenzenta, powołując się na nieśmiertelne „u mnie działa”.

Pozostający pod wpływem błędu kognitywnego nabywcy danego produktu zawsze będą uważać, że skoro „to najlepszy laptop, jakiego w życiu używałem”, to recenzent nie ma racji i sieje dezinformację, zapewne na zlecenie konkurencyjnej marki.

Sęk w tym, że dla przeciętnego konsumenta „najlepszy laptop, jakiego w życiu używał”, to czasem drugi lub trzeci komputer kupiony na przestrzeni wielu lat, a nowy smartfon to czasem pierwszy telefon z wyższej półki cenowej, na którego przesiada się z „zetafonu” kupionego u operatora.

Dla recenzenta zaś to po prostu kolejny komputer, kolejny telefon. Nie ma tu emocji związanych z zakupem i próby udowodnienia samemu sobie, że to był jedyny słuszny wybór. Dlatego recenzent zwraca uwagę na problemy, które przeciętnemu nabywcy nawet nie przyjdą do głowy.

Z jednej strony można pomyśleć: „no dobrze, ale skoro konsument nie widzi tych problemów, to czy naprawdę są takie poważne?”. Może i nie są, ale z drugiej strony, skoro można mieć urządzenie, które podobnych problemów nie wykazuje, to dlaczego decydować się na sprzęt wadliwy?

Rolą recenzenta jest patrzeć na ręce producentom. I stale mówić „sprawdzam”.

W erze przerostu marketingu nad jakością produktów, konsumenci nie mają łatwego życia. Stale są wodzeni za nos przez reklamowe obietnice wielkich korporacji, które nierzadko mamią ich obietnicami bez pokrycia.

Rolą recenzenta jest zawsze mówić „sprawdzam”. Jeśli producent twierdzi, że sprzęt X potrafi rzecz Y, to moim zadaniem w czasie testów jest sprawdzić to na własnej skórze. I jeśli – nie daj Boże – producent rozminął się w swoich obietnicach z prawdą, bezlitośnie to wypunktować w recenzji.

A czasem wprost przeciwnie – dzięki wspomnianemu wcześniej porównaniu wyjaśnić, że czasem produkt to coś więcej niż suma cyferek w specyfikacji, a sprzęt teoretycznie gorszy na papierze może okazać się znacznie lepszy w rzeczywistości.

Wszystko po to, by odsiać produkty przeciętne od ponadprzeciętnych i doradzić konsumentom, u kogo najlepiej wydać ciężko zarobione pieniądze, i który sprzęt najlepiej nada się w konkretnym przypadku.

Dołącz do dyskusji