Gastronomia to skostniała branża. 21-letni Ukrainiec założył startup, bo nie mógł się dogadać w restauracji

Artykuł/Biznes 24.04.2019
Gastronomia to skostniała branża. 21-letni Ukrainiec założył startup, bo nie mógł się dogadać w restauracji

Gastronomia to skostniała branża. 21-letni Ukrainiec założył startup, bo nie mógł się dogadać w restauracji

W dynamicznie zmieniającym się świecie branża gastronomiczna pozostaje jedną z najbardziej konserwatywnych dziedzin biznesu. Młody Ukrainiec Volodymyr Turchak stwierdził więc, że to zdecydowanie najlepsze miejsce na dokonanie małej rewolucji. I postanowił, że otworzy głowy menedżerów restauracji na XXI wiek.

Początkowy pomysł był bardzo prosty. Pewnego dnia Volodymyr wraz z przyjaciółmi udał się do jednej z polskich restauracji. Jako że w naszym kraju cała grupka była stosunkowo od niedawna, od razu pojawiła się bariera językowa. Ukrainiec pomyślał – przecież to można tak łatwo rozwiązać. Wystarczy umieścić na stolikach kody QR, które po zeskanowaniu będą wyświetlać na smartfonach menu w różnych językach świata. I mamy problem machania rękoma przed kelnerem z głowy.

Ale nie o tym będzie ta historia. Biznes nie byłby przecież biznesem, gdyby całkiem rozsądny na pierwszy rzut oka pomysł tak po prostu wypalił. Szybko okazało się, że wdrożenie tego rozwiązania nie wchodzi w grę. Problematyczne okazało się nauczenie obsługi samych menedżerów, nie mówiąc już o kelnerach. Zawód ten od dawna nie jest już przecież profesją, która przyciąga osoby wiążące z nią całą swoją karierę. Dzisiaj stał się raczej domeną studentów.

To pociąga za sobą wiele konsekwencji. Wymóg przeprowadzenia szkolenia wśród personelu w warunkach, w których obsługa potrafi zmieniać się co kilka miesięcy, sprawia zarządzającemu więcej zachodu, niż przysparza korzyści.

Trzeba było zmienić strategię.

Turchak wykonał więc szybko zwrot przez rufę. Branża pozostała ta sama, teraz przedsiębiorca rozwija jednak w Krakowie system rezerwacji, który łączy restauratorów z klientami korzystającymi z social mediów. Czyli w dzisiejszych czasach – niemal ze wszystkimi. Sam pomysł wydaje się z początku niezbyt odkrywczy. Jeżeli chcemy zarezerwować sobie miejsce w restauracji, wystarczy przecież wejść na Facebooka albo stronę internetową i znaleźć numer telefonu.

Ale myREST idzie dużo dalej. Turchak stworzył kompleksowy system, który integruje różne kanały dotarcia do klienta. Zbiera rezerwacje dokonywane na witrynie restauracji, Facebooku, Instagramie i w Google +. Następnie kilkoma kliknięciami zaklepuje klientowi stolik na określoną godzinę.

Nie ma co ukrywać, że kolejne pokolenia mają coraz większe opory przed komunikowaniem się z ludźmi. Wykonanie telefonu staje się niepotrzebnym dyskomfortem. Dlatego rezerwacja odbywa się bez żadnego kontaktu z obsługą. Menedżer dostaje prośbę o zarezerwowanie stolika, sprawdza jego dostępność i poprzez myREST odsyła SMS z potwierdzeniem – opowiada Turchak

Co dzieje się dalej? Na 24 godziny przed „godziną 0” klient dostaje przypomnienie, również za pomocą SMS. Dzień później, już po wizycie, na jego skrzynkę e-mailową wpada natomiast prośba o ocenę wizyty na Trip Advisor.

To może wydawać się z zewnątrz błahe, ale restauracje walczą tam o każde 0,5 punktu. Jeżeli klient wychodzi wściekły, szanse na zostawienie opinii są bardzo duże. W przypadku pozytywnych wrażeń bodziec jest zdecydowanie mniejszy. I pojawia się potrzeba, by przypomnieć klientowi, że miło spędził czas – podkreśla współzałożyciel myREST.

Przedsiębiorca dzieli się jeszcze jedną refleksją. – Wiele polskich restauracji prowadzi już profile na Instagramie, ale często służą one głównie budowaniu relacji z klientem. Tymczasem wystarczy umieścić w zasięgu kursora odnośnik do rezerwacji, by pozytywne emocje przekuć od razu w zajęty stolik – przekonuje.

Rozwój startupu Turchaka natrafił jednak na jeden zasadniczy problem.

W Polsce nie funkcjonuje ani jedna firma, która oferowałaby porównywalny produkt. Może się to wydawać błogosławieństwem, w rzeczywistości często ciągnie początkujące firmy na dno. W przypadku myREST wszystko rozbija się o kwestię świadomości restauratorów. Czy taki system w ogóle jest potrzebny?

21-latek postanowił przekonać ich do tego na swój sposób. Nieco bezczelny, ale jak się zaraz przekonacie, dość skuteczny. Turchak (mając wówczas jakieś 19 lat) wchodził po prostu do kolejnych restauracji i pytał o możliwość spotkania z menedżerem.

Możesz sobie wyobrazić reakcje obsługi. Większość natychmiast mnie spławiała. Często przy okazji dowiadywałem się jednak, jak nazywa się menedżer. Po pewny czasie wracałem jak gdyby nigdy nic i pytałem już o konkretną osobę. Mówiłem, że jestem przedstawicielem korporacji i mam dla nich ofertę. Karty na stół wykładałem, dopiero gdy zostawałem sam na sam z osobą decyzyjną – śmieje się.

By się uwiarygodnić w oczach rozmówców, Turchak przygotowywał sobie garść specjalistycznych terminów.

Restauratorów to przekonywało. W 12 miesięcy za pomocą bezpośrednich wizyt i marketingu afiliacyjnego Ukrainiec pozyskał łącznie ponad 90 klientów, z czego jedna trzecia z nich korzysta już z płatnej wersji jego systemu. A to oznacza stały dopływ gotówki, bo myREST bazuje na modelu subskrypcji. W ofercie jest darmowy pakiet z limitem rezerwacji 10 w skali miesiąca, za płatne wersje trzeba już zapłacić od 149 do 499 zł.

Kto z nich korzysta? Turchak tłumaczy, że już na początku podzielił sobie restauracje na 4 segmenty. Pierwszy to lokale ze średnim rachunkiem od 35 zł i z liczbą miejsc powyżej 30. Takie nie są zazwyczaj zainteresowane – to grupa najbardziej konserwatywna spośród wszystkich. Rozmowy nie idą pomyślnie także z ostatnią grupą restauracji, w których ceny lokują się poniżej 35 zł, a liczba miejsc jest poniżej 30. Tutaj przeszkodą okazuje się znowu brak funduszy.

Docelowe grupy są pośrodku – stosunek cen do liczby stolików powoduje, że jest w nich duży ruch, a obroty sprawiają, że wydatek kilkuset złotych miesięcznie nie obciąża odczuwalnie ich budżetu – opowiada Turchak.

Łatwo policzyć, że pieniądze pochodzące z samego abonamentu to zdecydowanie zbyt mało, by myśleć o jakiejkolwiek ekspansji. Turchak opowiada, że decydował się (wraz z trzema wspólnikami) rozwijać produkt własnymi siłami, bo do tej pory nie znalazł wspólnego języka z aniołami biznesu.

Teraz, po ugruntowaniu swojej pozycji w środowisku startupowym, współzałożyciel myREST postanowił ruszyć po finansowanie. Cel jest ambitny – stworzenie rynku na nową usługę to wyzwanie, na którym wykładają się duże korporacje. Z drugiej strony – Turchak pokazał już, że determinacją potrafi zdziałać cuda.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji