Gra ma kapitalny szkielet, ale twórcy łamią go idiotycznymi decyzjami. Mortal Kombat 11 – recenzja

Recenzja/Gry 23.04.2019
Gra ma kapitalny szkielet, ale twórcy łamią go idiotycznymi decyzjami. Mortal Kombat 11 – recenzja

Gra ma kapitalny szkielet, ale twórcy łamią go idiotycznymi decyzjami. Mortal Kombat 11 – recenzja

Na poziomie czystej, bezpośredniej, intensywnej walki Mortal Kombat 11 może uchodzić za najlepszą odsłonę reaktywowanej serii. Niestety, producenci robią naprawdę wiele, aby uprzykrzyć graczowi życie i sprawić, by ten marzył o powrocie do Mortal Kombat XL. Albo jakiejkolwiek innej bijatyki.

Wprowadzenie oddzielnych pasków ofensywy, defensywy i sekwencji specjalnej to najlepsze, co was spotka w MK11. Dzięki separacji tych wskaźników niedzielni gracze po raz pierwszy zaczną korzystać ze wzmocnień ataku oraz ucieczek spod gradu ciosów przeciwnika. Wcześniej tego nie robili, bo czekali na załadowanie wspólnego wskaźnika potężnego ataku specjalnego. W ten sposób przeciętny gracz radykalnie spłycał rozgrywkę, często nie zdając sobie z tego sprawy.

W Mortal Kombat 11 chce się eksperymentować. Poznawać ciosy. Przedłużać combo.

Zapraszając znajomych na przedpremierową domówkę z MK11 widziałem, jak ich umiejętności rosną w oczach. Dzięki oddzielnym wskaźnikom ataku i obrony moi goście zaczęli wydłużać sekwencje ciosów. Grali pod tempo odnawiania. Częściej byli w zwarciu i częściej stosowali potężne warianty standardowych ataków. Gdy kolega odkrył, że słynny rowerek Liu Kanga można wydłużyć dwu-, a nawet trzykrotnie, miał uśmiech od ucha do ucha. Nie to, żeby wcześniej się nie dało. Tyle tylko, że wspólny pasek X-Ray z poprzednich odsłon w ogóle do tego nie zachęcał.

Dzięki separacji wskaźników ataku i obrony niedzielna liga Mortal Kombat 11 stała się bardziej podobna do profesjonalnych zawodów. Częściowo wymuszają to same mechanizmy walki. Przykładowo, legendarny łańcuch Scorpiona nie przyciąga już oszołomionego, słaniającego się na nogach wroga. Chcąc wprawić rywala w taki stan, trzeba od teraz zużyć jeden bloczek z ofensywnego paska. Wiele kultowych ataków zostało potraktowanych w podobny sposób. W większości przypadków kapitalnie wpływa to na balans wojowników.

Kapitalna jest również decyzja, aby zrezygnować z długich sekwencji X-Ray. Teraz charakterystyczne prześwietlenia pojawiają się kontekstowo. Zobaczymy prześwietlenie szczęki gdy opadający przeciwnik nadzieje się na uppercuta. Pękające żebra pojawią się po trzecim kopniaku w bok rywala. Takie filmowe wstawki trwają dosłownie pół sekundy i nie wybijają z tempa. Dzięki temu walki pozostają szybkie i dynamiczne. Czyli dokładnie takie, jakie być powinny.

Niestety, kompilację świetnych pomysłów psują irytujące Fatal Blows.

Fatal Blow to potężna sekwencja ciosów, którą każdy gracz może użyć raz na walkę. Gracz aktywuje ją gdy została mu 1/4 życia. Filmowe combo jest więc czymś na kształt ostatniej deski ratunku. Zagraniem, które może wyrównywać szanse, a jednocześnie jest niezwykle efektowne. Niestety, w praktyce Fatal Blow bardziej szkodzi grze niż jej pomaga. Wszystko przez rozciągnięty czas trwania sceny.

Filmiki są naprawdę dłuuugie. Wytrącają z tempa i wstrzymują faktyczną rozgrywkę. Do tego w przeciwieństwie do Fatality, Brutality czy X-Rayów, Fatal Blow nie daje żadnej satysfakcji. Wręcz przeciwnie. Używając sekwencji czułem się jak oszust, który nie jest w stanie wygrać konwencjonalnymi metodami. Mortal Kombat 11 byłoby o wiele lepszą grą, gdyby Fatal Blows po prostu w niej nie było. Świetna mechanika jest zarzynana średnio trafionym pomysłem.

Jestem też rozczarowany nowymi postaciami. Wymieniłbym ich bez mrugnięcia okiem.

Debiutanci z poprzedniego Mortal Kombat bardzo przypadli mi do gustu. Cassie Cage, D’Vorah, Ferra/Torr – no po prostu rewelacja. Na ich tle nowa ekipa z Jedenastki jest do bólu nijaka. Zarówno pod względem charakterów, jak również wyglądu oraz listy ciosów. W porównaniu z nieszczęsnymi debiutantami nawet Khotal Khan wydaje się teraz przebłyskiem designerskiego geniuszu. Jak więc możecie się domyślać, jest źle. Naprawdę źle.

Geras to ponure popychadło bogów, które istnieje tylko jako zapychacz kampanii fabularnej. Cetrion jest najnudniejszym bóstwem w całym uniwersum Mortal Kombat. Kollector to ciekawostka, ale bardzo spłycona narracyjnie. Paradoksalnie najciekawiej na tle tej gromady wypada doskonale znana Frost. Producenci mają na nią zupełnie nowy pomysł, nie sprowadzając jej do roli żeńskiej skórki dla uwielbianego Sub-Zero.

W Mortal Kombat 11 nie zobaczymy wielu kultowych postaci. Nie ma tutaj Goro, Reptile’a czy Mileeny. Nie mam nic przeciwko tak odważnym posunięciom, o ile oferuje mi się coś ciekawego w zamian. Niestety, ekipa nowych wojowników w żaden sposób nie jest w stanie dorównać nieobecnym weteranom. Bez mrugnięcia okiem przehandlowałbym Gerasa i Cetrion za kogoś z MKXL. Zwłaszcza, że obie te postaci bardziej pasują do równoległej serii Injustice niż Mortal Kombat.

Grind, grind i jeszcze raz grind. Mortal Kombat 11 rozmienia się na drobne.

Producenci MK11 zapowiedzieli, że każda z postaci będzie miała około 60 skórek i tyle samo przedmiotów kosmetycznych do wyposażenia. Cieszyłem się jak dziecko, bo pomysł z elementami pancerza w Injustice 2 wypalił kapitalnie. Niestety, w praktyce z tych 60 skórek robi się zaledwie 6; każda w 10 wariantach kolorystycznych, ale wyglądająca dokładnie tak samo. Na papierze jest bogactwo zawartości. W praktyce – kolejne rozczarowanie.

Nie przeczę, niektóre skórki są kosmiczne. Możliwość zamienienia Shao Khana w potężnego samuraja to frajda sama w sobie. Johny Cage w kostiumie z pierwszego Mortal Kombat wygląda fenomenalnie. Baraka zamieniony w orka z Władcy Pierścieni budzi grozę. Jednak w większości przypadków kosmetyczne elementy to niskiej jakości kopie i wariacje, których w żaden sposób nie będzie się chciało odblokowywać graczowi.

Tutaj dochodzimy do sedna problemu – aby cokolwiek odblokować w MK11, trzeba się nieźle napocić. Producenci rzucają graczom marne ochłapy za wygrane walki. Ogrom elementów do odblokowania idzie w parze ze skromnymi nagrodami walutowymi. Jak na dłoni widać, że twórcy chcą wymusić na graczach dodatkowe zakupy. Jednak cena waluty premium jest horrendalnie droga. Kupując 500 kryształów za 21 złotych stać mnie na jedną – JEDNĄ – skórkę dla wojownika. To po prostu nieprzyzwoite.

Równie nieetyczne wydaje się podejście twórców do nowych Wież Wyzwań.

Poziom trudności kolejnych wież został maksymalnie wyśrubowany. Tutaj nie chodzi o to, że same walki są wymagające. Producenci zrobili wszystko, aby wprowadzić do gry czynniki zewnętrzne uniemożliwiające progres. Podczas starć gracz mierzy się nie tylko z rywalem, ale też nadlatującymi pociskami, zawiejami śnieżnymi, falami tsunami, opadami kwasu i tak dalej. Te wszystkie dodatkowe zagrożenia tyczą się wyłącznie gracza. Jego przeciwnik jest na nie stuprocentowo odporny.

Jest za trudno? Producenci radzą, aby skorzystać wtedy z żetonów omijania walk, szybciej awansując w wieży. Oczywiście takie żetony trzeba najpierw kupić. Za prawdziwe pieniądze. Tak samo jak żetony z łatwymi FATALITY. Twórcy bez wstydu komercjalizują niemal każdy element rozgrywki. Manipulują trudnością, nagrodami i zasadami, byle tylko zostawić u nich dodatkowe pieniądze. Jest pewna granica przyzwoitości w obszarze mikro-transakcji, a osoby odpowiedzialne za Mortal Kombat 11 ewidentnie ją przekroczyli.

To mógł być najlepszy Mortal Kombat od 2011 r…

Niestety, wydawca okazał się zbyt chciwy, zbyt bezczelny i zbyt nieuczciwy. Sama walka jest mistrzowska, ale wszystko dookoła odrzuca od ekranu. Mikro-transakcje i grind atakują z każdej strony. Dobra kampania fabularna dla jednego gracza to za mało, aby wynagrodzić takie postępowanie. Mortal Kombat 11 w aktualnej formie jest daniem bardzo ciężkostrawnym, po którym będzie mi się odbijać przez najbliższe dni i tygodnie. Szkoda, bo już od czasów bety absolutnie zakochałem się w mechanice rozgrywki.

Największe zalety:

  • Oddzielne paski ofensywy i defensywy to jedna z najlepszych decyzji w historii MK
  • Walki niedzielnych graczy coraz bardziej przypominają walki prosów
  • Zbalansowanie kultowych ciosów, jak łańcuch Scorpiona
  • Dobra kampania fabularna (z kiepskim finałem)
  • Eksploracja Krypty
  • Samouczki dla indywidualnych wojowników
  • Cassie Cage <3

Największe wady:

  • Chciwość i bezczelność wydawcy
  • Grind, grind, grind
  • Nowi wojownicy potężnie rozczarowują
  • Fatal Blows
  • Paskudne menu
  • Balans trudności wież

Liczę, że deweloperzy do spółki z wydawcą opamiętają się i wtoczą MK11 na właściwe tory. W przeciwnym przypadku grze grozi przedwczesne FATALITY.

Dołącz do dyskusji