Google wie, że moje dzieci chcą jechać na hotdoga

Felieton/Technologie 26.04.2019
Google wie, że moje dzieci chcą jechać na hotdoga

Google wie, że moje dzieci chcą jechać na hotdoga

Niby nic, żadna nowa funkcja od Google’a, a jednak tąpnęło mną, niczym rynkiem mediów elektronicznych po upadku serwisu Silesion.pl.

Otóż, gdy odbierając moich Synów z tenisa spojrzałem na powiadomienie, które wywołał wibracją na moim nadgarstku Apple Watch, zobaczyłem informację z Google Maps o tym, że trasa do ul Sienkiewicza 3 w Sosnowcu zajmie mi 7 minut.

Przyznaję, zmroziło mnie, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że pod tym adresem mieści się stacja benzynowa, na której po tenisie dość często moje dzieci pałaszują hotdogi. Pierwsze zdanie mojego młodszego Syna, gdy dwie minuty później pakował się do samochodu? – Tatuś, wbijamy na hotdogi!

Ja wiem, hotdogami na stacjach benzynowych to generalnie nie ma się co przechwalać, ale myślę, że każdy rodzic mnie zrozumie – weź tu odmów dziecku, tym bardziej prośby o jedzenie. I wcale nie chodzi o to, że w domu później nie trzeba będzie już robić kolacji… No, może prawie w ogóle nie o to chodzi.

Pal sześć jednak kiełbaski w bułce, ważniejsza jest tu porażająca wiedza Google’a o moim życiu

I nie chodzi nawet o to, że Google Maps zasugerował mi pomoc, za którą powinienem być wdzięczny – w końcu poinformował mnie jaki jest szacowany czas dojazdu do destynacji, do której rzeczywiście się udawałem.

To oczywiście nie jest nowa funkcja. Od dawna Google wie, że w poniedziałek rano jadę na siłownię, a we wtorek wieczorem na koszykówkę, sugerując mi trasy dojazdu i informując o szacowanym czasie przybycia. Są to moje stałe zwyczajowe czynności, które wykonuję tydzień w tydzień.

W tym przypadku chodzi o to, że Google jest w stanie rozpoznać także te czynności, które nie są czymś istotnym, ot przerywnik w trasie powrotu do domu. Nikt z nas zapewne przesadnie nie konotuje wizyt na stacji benzynowej jako istotnych wydarzeń w codziennym życiu, chociażby takich, które wpiszemy sobie w kalendarz (treningi swoje i dzieci już tak).

Tenże monit Google Maps dał mi sporo do myślenia

Skoro Google wie, że będę się udawał na stację benzynową nawet przed tym, zanim tę decyzję rzeczywiście podjąłem, to czy moje decyzje rzeczywiście są w pełni autonomiczne? No i ile jest takich codziennych czynności, których sam nie do końca konotuję, a Google o nich wie i na ich podstawie profiluje mnie, przewidując moje kolejne działania.

I dzieje się to już dziś, w 2019 r., gdy projekt Google Maps ma tylko 14 lat. Co będzie za dziesięć, dwadzieścia lat? Jak daleko posunie się inteligencja komputerowa profilująca moje życie? Czy moje decyzje – zarówno te małe: jechać na hotdoga, czy nie jechać, jak i te duże mające zdecydowanie większy wpływ na moje życie – będą autonomiczne, czy też z góry zaplanowane przez sztuczną inteligencję? Gdy zrozumiemy, jak niezwykle poważne jest to pytanie, to przyjdzie do nas jeszcze poważniejsza refleksja – a co, jeśli tak naprawdę wszystko od dawna jest zaplanowane, a sami jesteśmy jedynie elementem jednej wielkiej symulacji.

Oczywiście nie jestem pierwszy, który zwraca uwagę na tego typu wątpliwości filozoficzno-egzystencjalne. W Dolinie Krzemowej panuje wręcz przekonanie, że cała nasza cywilizacja, a może i Wszechświat, to jedna wielka symulacja, coś na wzór gry Sims w wersji 1,000,001. Niedawno Elon Musk zasugerował nawet, że jest zaledwie 1 na miliard szans, że nie żyjemy w symulacji… No cóż, trywialna sytuacja z hotdogiem i Google Maps daje do myślenia.

Ktoś może powiedzieć – co za problem, wyrzuć Apple Watcha, wyloguj się z Google’a

Otóż nie jest to wcale takie proste. Dziś nie żyjemy w próżni. Technologia, także ta profilująca, śledząca nasze ruchy, czy tego chcemy, czy nie, coraz mocniej wżyna się w codzienną rzeczywistość. Dziś nie wystarczy wyrzucić smartfona, wylogować się z newralgicznych kont społecznościowych, ponieważ jesteśmy częścią wielkiego ekosystemu danych. A z niego wyrwać się już po prostu nie da.

Przekonał się ostatnio Marek Falenta – poszukiwany międzynarodowym listem gończym i ukrywający się w Hiszpanii polityczny aferzysta. Z nieoficjalnych informacji wynika, że Falentę namierzono właśnie dzięki różnym śladom cyfrowym, mimo tego, iż sam ścigany zrobił naprawdę wiele, by także online pozostać niewidocznym.

Wraz z rozwojem technologii profilujących, sztucznej inteligencji na usługach największych firm technologicznych świata zmienia się także w sposób dramatyczny to, co nazywamy prywatnością, czy prawem do bycia niewidocznym, zapomnianym. To, co dziś dla wielu wydaje się pogwałceniem podstawowych praw człowieka, zbyt daleko idącą ingerencją technologii w nasze życie, za chwilę będzie czymś absolutnie normalnym, czego nikt nie będzie kwestionował.

Niech tylko to pokolenie, które (prawie) rodzi się ze smartfonami w dłoniach wejdzie w dorosłe życie.

Dołącz do dyskusji