Twórcy Days Gone są odważni. Wprowadzili do gry dzieci-zombie, mimo sprzeciwów i kontrowersji

Artykuł/Gry 25.04.2019
Twórcy Days Gone są odważni. Wprowadzili do gry dzieci-zombie, mimo sprzeciwów i kontrowersji

Twórcy Days Gone są odważni. Wprowadzili do gry dzieci-zombie, mimo sprzeciwów i kontrowersji

Mówimy na nie Traszki. Nie podchodzą. Nie atakują. Wiecznie gapią się tylko na nas z daleka, siedząc na tych swoich dachach. Jak jakieś małpy. Tyle tylko, że małpa nie rzuci się na ciebie z pazurami, gdy odwrócisz się tyłem. Te plugastwa czekają na każdy moment słabości. Pomyśleć, że kiedyś były dziećmi… Pomyśleć, że kiedyś było nam ich żal.

Latorośl to dla twórców gier wideo problematyczny temat. Nie bez powodu na setki produkcji z żywymi trupami tylko w części pojawiają się umarlaki w postaci dzieci. W grach wideo potrafimy robić wiele okropnych rzeczy. Jednak strzelanie do dziatwy… nawet twórcy kontrowersyjnego Hatred nie chcieli się podjąć takiego tematu. Zabijamy starców. Mordujemy mężczyzn i kobiety. Od czasu do czasu przyłożymy nastolatkowi albo zwierzęciu. Ale ludzkie dzieci? Deweloperzy mają opór przed umieszczaniem ich w grach.

Tam, gdzie dzieciarnia pojawia się w grach, często zyskuje status nieśmiertelności.

Tak było m. in. w grach z serii Fallout oraz The Elder Scrolls. Do teraz pamiętam, jak bawiąc się w Skyrim nie mogłem uciszyć dzieciaka, który przyłapał mnie na złodziejstwie. Bachor wrzeszczał w niebogłosy, zwracając uwagę pobliskich wartowników. Jego nietykalność ściągnęła mi na głowę masę zbrojnych, a w konsekwencji zmusiła do ucieczki. Dopiero gracze na PC rozwiązali ten problem, tworząc dyskusyjny mod znoszący nietykalność dzieci.

To nie jest tak, że marzy mi się w grach wideo przemoc wobec nieletnich. Zdecydowanie nie. Ślepe podążanie za realizmem czy wolnością gracza nie jest wskazane. Zawsze dziwiło mnie jednak, dlaczego w grach traktujących o epidemii zombie tak rzadko pojawiają się zainfekowane dzieci. Mam w pamięci setki tytułów z żywymi trupami, ale tylko w garstce ofiarami wirusa/klątwy/eksperymentów była latorośl. Od razu przychodzą mi do głowy bobasy z Dead Space 3. W nowym Resident Evil 2 także jest potężna, świetnie zrealizowana scena z zainfekowaną dziewczynką. Specyficznym przypadkiem była także Alma w F.E.A.R. To jednak wszystko kropelki w morzu.

Najczęściej w survival horrorach dzieci magicznie znikają. Deweloperzy zakopują je pod ziemią, jak gdyby nieletni nigdy nie mieszkali w zainfekowanych miastach i wioskach. Przemierzając całe State of Decay nie natkniecie się na ani jedno dziecko. To samo tyczy się większości Residentów czy serii Left 4 Dead.

Dlaczego tak jest? Wydaje mi się, że powód jest dosyć prozaiczny.

Zdecydowana większość z nas jest przyzwoitymi ludźmi. Nie chcemy strzelać do dzieci. Zainfekowanych, chorych, oszalałych czy też w pełni zdrowych. Dziecko wyraża niewinność. Bezbronność. Jest zdane na opiekę dorosłych. Wielu graczy to rodzice. Wielu deweloperów to rodzice. Producenci gier po prostu nie mają ochoty, aby w mozolnie tworzonym przez nich dziele można było wypalić dzieciakowi prosto w twarz z dwulufowej strzelby. Nie chcą być z tym kojarzeni. Nie życzą sobie takiej rozpoznawalności.

Na przestrzeni ostatnich lat gry wideo przełamały wiele tabu. Przesunęły wiele linii, w tym linii przyzwoitości. Są jednak tematy, w których deweloperzy po dziś dzień czują się niezręcznie. Gwałt. Mord nieletnich. Sadystyczne tortury. To wszystko bardzo mroczne obszary, których deweloperzy nie chcą poznawać i nie chcą być z nimi kojarzeni. Przynajmniej w znacznej części.

Mam uznanie dla twórców Days Gone, że odważyli się umieścić w swojej grze dzieci-zombie.

To na pewno nie była łatwa decyzja. Jestem również przekonany, że nie była podjęta w celu wywołania taniej kontrowersji. Z Days Gone spędziłem kilkadziesiąt godzin i zauważyłem, że Bend Studio stworzyło naprawdę kompleksowy, wyczerpujący, szczegółowy lore dotyczący zombie. Fizjologia żywych trupów, podział na gatunki (nawet po łacinie!), zachowania stadne, hierarchia w grupie, migracje – wszystko to zostało nie tylko poruszone, ale świetnie wytłumaczone. Za pomocą dialogów i scen przerywnikowych, ale również dodatkowych nagrań i notatek.

Tworząc tak kompleksowy obraz wirusa, tak drobiazgowy ekosystem potworów, nie sposób było nie poruszyć takiego tematu jak dzieci-zombie. Przy wysokim stopniu szczegółowości uniwersum zakopanie nieletnich pod ziemię, jak robią to inni deweloperzy, po prostu nie wchodziło w grę. Dlatego w Days Gone pojawiły się Traszki.

Traszki to zombie, które kiedyś były dziećmi i nastolatkami. Ich zachowanie jest wyjątkowe.

Zamiast snuć się po ulicach i atakować ludzi, Traszki unikają konfrontacji. Istoty upodobały sobie bezpieczne miejsca poza zasięgiem zagrożenia, takie jak dachy. Zgromadzone w kilku- lub kilkunastoosobowych grupach, małe zombie zachowują się niemal jak koty, obserwując co dzieje się na zewnętrz. Ich wzrok zawsze jest skoncentrowany na graczu i jego poczynaniach. Po chwili takiej obserwacji można poczuć się naprawdę nieswojo.

Gracz staje przed dylematem: zacząć strzelać do Traszek, marnując amunicję i wywołując hałas? Może zostawić je w spokoju i po prostu szybko wykonać misję? Istoty wszakże nie są jawnie wrogie wobec gracza. One po prostu… patrzą. Nieustannie. Bez żadnej przerwy. Jak gdyby nigdy się nie nudziły, a bohater Days Gone był jedyną wartą uwagi rzeczą na horyzoncie. Wielu zachowawczych włóczęgów decydowało się więc oszczędzać amunicję. Chwilę potem byli martwi.

Traszki to niezwykle oportunistyczne stworzenia. Nie wywołują konfliktów, ale chętnie do nich dołączają. Nie atakują gracza, o ile nie maja pewności zwycięstwa. Wystarczy jednak odwrócić się do Traszki tylem, aby ta od razu wskoczyła na gracza, próbując wgryźć się w jego gardło. Traszki są jak sępy. Jak hieny. Wyczuwają słabość potencjalnej ofiary i dopiero wtedy atakują. Nigdy wcześniej. Nigdy na oślep. Kreatury nie lubią podejmować ryzyka. Uwielbiają za to, gdy gracz jest ranny, gdy jest skupiony na czymś innym lub gdy znajduje się w środku walki.

Traszki przejawiają resztki zachowań, które można przypisać człowiekowi.

Czasami atakująca z zaskoczenia Traszka nie gryzie gracza, ale zabiera mu jakiś przedmiot. Niczym Gollum, mała kreatura ucieka ze skarbem w ręku, przywiązując do niego gigantyczną wagę. Jak gdyby jakiś cień człowieczeństwa odzywał się w zombie, tęskniąc do przedmiotów użytkowych. Lub zabawek. Wszakże Traszki to bądź co bądź dzieci. No, przynajmniej kiedyś nimi były. Jestem jednak przekonany, że wystarczy wam kilka spotkań z tymi potworkami, aby oduczyć się wobec nich współczucia.

Przynajmniej częściowo.

Czytaj również:

Dołącz do dyskusji