Chciałbym być eko, ale żyję w kraju, gdzie nawet cebulę sprzedają w foliowych workach

Felieton/Ekologia 02.03.2019
Chciałbym być eko, ale żyję w kraju, gdzie nawet cebulę sprzedają w foliowych workach

Chciałbym być eko, ale żyję w kraju, gdzie nawet cebulę sprzedają w foliowych workach

Według raportu WWF, w 2018 roku statystyczny Polak zużył 490 foliowych torebek i wygenerował około 100 kg plastikowych odpadów, które potem trafiły (w najlepszym przypadku) na wysypisko lub (scenariusz bardziej realistyczny) do żołądka bogu ducha winnego zwierzęcia.

Jako cywilizacja nie mamy powodów, by klepać się po plecach – schrzaniliśmy sprawę. W imię własnej wygody w zaledwie pół stulecia zwielokrotniliśmy produkcję plastiku z 15 mln ton (1964 r.) do 311 mln ton (2014 r.) Według naukowców po dnie oceanu szura sobie 400 mln ton plastikowych śmieci, które następnie – o karmiczna ironio! – przedostają się do morskich organizmów i w mikroskopijnym rozmiarze wracają na nasze stoły.

Na całe szczęście od kilku lat widać masowy wzrost trendów pro-ekologicznych. Sprawą w końcu interesują się też dygnitarze i „bardzo ważne persony”, co owocuje regulacjami prawnymi, które mają wyeliminować plastiki jednorazowego użytku z obiegu.

Coraz silniejszy staje się też trend tzw. Zero Waste, czyli jak największego ograniczania produkcji śmieci. Nasi dziadkowie pewnie śmieją się z tego trendu „niemarnowania rzeczy”, bo w ich czasach swoista gospodarność ograniczonymi zasobami była czymś niezbędnym do przetrwania i oczywistym. Dla nas, rozpieszczonych wygodą XXI wieku ludzików, nie jest to jednak naturalny stan rzeczy. Musimy się go nauczyć.

Sęk w tym, że Polska – zajmująca „zaszczytne” szóste miejsce w rankingu najbardziej śmiecących plastikiem krajów w Unii Europejskiej – ani trochę nie ułatwia nam zadania. Nasz kraj nie sprzyja byciu „eko”.

Plastik czy szkło, oto jest pytanie.

Toniemy w plastiku

Tekst dotyczy wyłącznie kwestii żywności. Gdyby chcieć w jednym artykule opowiedzieć o wszystkich obszarach życia, które zdominowały jednorazowe tworzywa sztuczne, wyszłaby solidnych rozmiarów książka. Nie twierdzę też, że żyć zgodnie z filozofią Zero Waste się w Polsce kompletnie nie da – kłaniam się tym, którym się to udaje. Faktem pozostaje jednak, że nie jest to łatwe i nic w naszym otoczeniu tego nie ułatwia.

Podzielę się własnym doświadczeniem. Staram się na co dzień generować jak najmniej śmieci, segregować to, co mogę, pić wodę z filtra zamiast z plastikowych butelek i ogólnie żyć tak, żeby w miarę możliwości nie robić krzywdy Matce Naturze i innym stworzeniom. A przynajmniej takie są moje górnolotne aspiracje, bo proza życia w Polsce (czy niemal dowolnym innym kraju zachodniej cywilizacji) wygląda mocno nieekologicznie.

Idę po zakupy. Mieszkam w małym mieście na Pomorzu, więc nie mam tu żadnych hip-sklepów ze zdrową żywnością (i marżą +300 proc.). Do dyspozycji mam jeden z trzech popularnych dyskontów. Więc wiadomo, idę tam, gdzie najbliżej.

Pierwsze kroki kieruję ku sekcji warzywa/owoce. Co widzę? Pomidory w plastikowych kubeczkach. Pomidory w plastikowych pudełkach. Bio-banany zawinięte w folię. Arbuzy owinięte stretchem. I oczywiście nawinięte na rolkę foliowe woreczki do nakładania tych produktów, które nie są w nie zapakowane „fabrycznie”.

Chcąc nie chcąc, wkładam więc do koszyka wiele produktów zapakowanych w folię. Staram się oczywiście co większe rzeczy wrzucać do koszyka luzem, ale dla takiego zachowania nie ma u nas wielkiej tolerancji kasjerów – raz spotkała mnie nawet sytuacja, w której kierownik sklepu władczym tonem nakazał mi się cofnąć po foliowy worek, by spakować do niego cztery rzucone luzem na taśmę papryki. Bo przecież jak to, chyba nie każę kasjerce dotykać brudnych warzyw gołymi dłońmi?

Wracając do przemarszu przez sklep – wszystko: od jarmużu, szpinaku, rukoli i innego zielska, poprzez orzechy, makaron czy przyprawy zapakowane jest w plastik. Chlubnym wyjątkiem jest tu ryż i wszelkie kasze, które można nabyć w tekturowych opakowaniach, ale już fasolę do samodzielnego ugotowania można dostać tylko w plastiku. Z tego względu wolę kupować ją w puszkach – co do nich przynajmniej mam pewność, że trafią do ponownego przemiału, a nie na bezimienne wysypisko, gdzie reklamówki kończą w pyskach mew, zamiast być ponownie przetworzone.

Można powiedzieć, że przecież to żaden problem – wystarczy nie robić zakupów w dyskontach. Niestety poza sieciówkami problem wcale nie jest mniejszy.

Być może w dużych miastach lub miejscach, gdzie można kupować produkty bezpośrednio od rolnika nie jest to aż tak wyraźne, ale u nas nawet z małego warzywniaka wychodzi się z kilkunastoma foliowymi woreczkami. Bo przecież wszystko musi być zapakowane osobno. Bo przecież „nie ma jak położyć na wagę”.

Raz próbowałem znaleźć warzywniak, który pozwoliłby mi przychodzić z własnymi workami jutowymi na warzywa/owoce i własnymi słoikami na orzechy. W każdym z odwiedzonych punktów patrzyli na mnie jak na wariata, a szczególnie mocno zapadła mi w pamięć kobieta starszej daty, która wprost zapytała, dlaczego niby miałaby mi wsypywać orzechy do słoika, skoro może je przesypać prosto do reklamówki.

Podobnie rzecz się ma z piekarniami. Większość w ogóle nie oferuje papierowych torebek, albo oferuje „papierowe torebki” równie „bio”, co te z Lidla czy z Biedronki – kawałki papieru z… foliowym okienkiem.

Raz zdarzyło mi się nawet wdać w wymianę zdań z ekspedientką, która autentycznie nie rozumiała, dlaczego chcę, żeby włożyła bułki do papierowego torebki. „Przecież ta papierowa torebka jest na pączki”.

Witki opadają.

Zakupy online także nie rozwiązały problemu.

Dostępne u nas opcje pakowania takich zakupów to plastik, jeszcze trochę plastiku i jeszcze więcej plastiku. I na co mi w domu słoiki do trzymania strączków i orzechów, skoro każda ich dostawa przyjedzie w plastikowych torbach?

Ostatnio w jednym z marketów musiałem kupić nawet… cebulę zawiniętą w foliowy worek. Oczywiście, z nalepką „bio”. Ta „nieekologiczna”, dostępna na wagę, akurat się skończyła.

W poradnikach „jak zmniejszyć użycie plastiku” jednym z pierwszych punktów jest „używaj wielokrotnie te samej reklamówki”.

Nic w tym dziwnego. Jak czytamy w informacji na stronie WWF o torbie foliowej:

Jej produkcja trwa 1 sekundę. Używana jest średnio przez 25 minut. Rozkłada się od 100 do 400 lat. Corocznie na światowy rynek wprowadza się od 500 miliardów do jednego biliona sztuk foliówek. Do ich produkcji potrzebna jest ropa naftowa, gaz, woda i energia. Na polskie wysypiska trafia co roku 55 tysięcy ton foliówek. Torebki foliowe są jednym z największych źródeł zanieczyszczeń plastikiem, a jednym z najprostszych do wyeliminowania, gdyż łatwo zrezygnować z ich użytkowania.

Super, naprawdę się staram. Jeśli nie mam ze sobą własnej torby, zazwyczaj biorę torbę papierową lub taką, której potem użyję po raz drugi. Tylko co mi po jednej własnej torbie, którą mogę użyć ponownie, gdy z zakupów wychodzę z dziesięcioma woreczkami foliowymi, których do niczego nie będę mógł potem wykorzystać?

Pewnego dnia spróbowałem zrobić zakupy bez plastiku. Wybrałem się na nie z własną materiałową torbą. Udało mi się kupić część warzyw i owoców. Gdy jednak chciałem dokupić zwykłe, naturalne produkty – soczewicę i ciecierzycę – kompletnie poległem. Soczewicę mogłem kupić albo przesypaną do plastikowego woreczka po zważeniu, albo w plastikowym woreczku uprzednio zważoną. Ciecierzyca na szczęście dostępna jest w słoikach, które można potem oddać na recycling lub użyć ponownie – marna pociecha, ale zawsze (choć okazuje się, że szkło może być równie nieekologiczne co foliowa torebka – na szczęście słoik łatwiej jest wykorzystać ponownie przed wyrzuceniem).

Nie jesteśmy gotowi na Zero Waste

Nie jesteśmy gotowi na Zero Waste

Lata ludzkiego przyzwyczajenia do tanich w produkcji i prostych w eksploatacji plastikowych/foliowych opakowań zebrały okrutne żniwo w naturze. Ale nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało być lepiej.

Z łezką w oku czytam o tym, jak to Lidl wprowadza półkę z wczorajszą żywnością, a Carrefour pilotażowo testuje przychodzenie na zakupy z własnymi opakowaniami.

Wszystko pięknie, ale dopóki w Lidlu czy Carrefourze (czy którymkolwiek innym sklepie) nawet zielenina zawinięta będzie w plastik, to te wszystkie „ekologiczne” gesty będzie można sobie – brzydko mówiąc – wsadzić.

Niestety nie jesteśmy jeszcze gotowi, by z plastiku rezygnować. A niektóre firmy są zwyczajnie bezczelne w udawaniu, że są „eko”. Ostatnio natrafiłem na stojak z nową linią przypraw od firmy, której dotąd nie znałem. Piękne nadruki, papierowe opakowanie, przyzwoita cena i… plastikowy zamek utrzymujący świeżość oraz foliowa etykieta. No na litość boską! Producentem rzeczonych przypraw okazał się pewien znany producent. Który na drugim stojaku pod własną marką sprzedaje przyprawy w całości zapakowane w plastik. Nie dam sobie ręki odciąć, ale możliwe, że są to dokładnie te same przyprawy.

Oczywiście – można omijać te duże marki i duże sklepy. Kupować produkty lokalnie, albo zamawiać różny asortyment w różnych miejscach. Wszyscy jednak wiemy, że jest to a) niepraktyczne b) często nieosiągalne.

Nieosiągalne właśnie przez to, że producenci żywności pakują w plastik absolutnie wszystko. Bo tak jest taniej. Bo tak jest wygodniej. Bo tak jest łatwiej transportować asortyment.

Nieosiągalne też przez to, że nawet w małych sklepach, o czym przekonuję się na co dzień, nastawienie pro-ekologiczne jest abstrakcją. To wręcz ironiczne, że wchodząc do warzywniaka z plakietką „eko” w logo mogę kupić szczypiorek owinięty folią. Aż zbiera się na pusty śmiech, choć… Matce Naturze pewnie nie jest do śmiechu.

Nie wierzę, że w naszym kraju trend Zero Waste kiedykolwiek się przyjmie na szeroką skalę.

Nie żeby inne narody były w tej materii doskonałe, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić w naszych warunkach choćby zminimalizowanie rocznego zużycia foliowych toreb z 490 do 4 na głowę (jak w Danii) czy masowego uprawiania ploggingu (jak w krajach skandynawskich), czyli joggingu połączonego ze zbieraniem napotkanych na drodze śmieci.

Nie wierzę, że ten sam człowiek, który wyrzuca na ziemię plastikową butelkę czy folię po batonie (choć kosz na śmieci stoi 100 metrów dalej) nagle zmieni swoje przyzwyczajenia. A taki widok obserwuję każdego dnia, np. pod mijaną podstawówką, pod której murem ustawicznie walają się śmieci, chociaż wzdłuż płotu rozstawione są kosze.

Do zmiany tego stanu rzeczy potrzeba pracy u podstaw, od małego, od przedszkola. Masowego uświadamiania, jak wiele zła w Naturze czyni lekkoduszne podchodzenie do jednorazowych opakowań i plastiku w ogóle, o śmieceniu w lasach nie wspominając. My jednak wolimy się zabijać o to, czy nowa forma edukacji seksualnej jest zgodna z jedyną słuszną nauką jedynego słusznego wyznania, niż debatować nad tym, jak od małego uczyć dzieci szacunku do Planety. Ale to już temat na odrębną dyskusję.

O ile więc nie wierzę, że Zero Waste ma szansę stać się powszechnym trendem w Polsce, czy wielu innych krajach cywilizacji zachodniej, tak bardzo bym chciał, żeby nasz kraj przynajmniej nie utrudniał życia w zgodzie z tą filozofią tym, którzy bardzo by chcieli.

Chciałbym mieć wybór. Chciałbym móc pójść po zakupy i wrócić z nich bez ani jednego foliowego woreczka, bez ani jednego zdumionego spojrzenia ekspedientki i jarmużu zawiniętego w plastik.

Niby nie proszę o wiele. A jednak doświadczenie pokazuje, że jeszcze przez długie lata, jeśli będę chciał mieć niezawiniętą w plastik zieleninę, będę musiał… sam ją sobie wyhodować.

Dołącz do dyskusji