Trials Rising to świetna gra „pomiędzy”. Spadkobierca Elasto Manii to jak powrót do 2006 roku – recenzja

Recenzja/Gry 14.03.2019
Trials Rising to świetna gra „pomiędzy”. Spadkobierca Elasto Manii to jak powrót do 2006 roku – recenzja

Trials Rising to świetna gra „pomiędzy”. Spadkobierca Elasto Manii to jak powrót do 2006 roku – recenzja

Mamy 2006 r. Kina wyświetlają film Karol. Papież, który pozostał człowiekiem. W wiadomościach trąbią o pierwszych F-16 dla polskiej armii. Na MTV rządzi Promiscuous Nelly Furtado. Siedzę w bluzie z polaru, chowając komórkę pod szkolną ławką. Katuję Gravity Defied na Sony Ericcsonie K700i. Pomyśleć, że przez ponad 20 lat zmieni się tak wiele, ale klony Elasto Manii* wciąż będą kradły mi dziesiątki godzin życia. Trials Rising jest tego najlepszym przykładem.

Nie lubię płytkiego populizmu w stylu dawniej to były gry. Każda generacja ma prawo do własnych hitów, wspomnień oraz sentymentów. Nic jednak nie poradzę, że czasy komórek z Javą oraz klonów Elasto Manii* darzę szczególnym sentymentem. Okres mojego gimnazjalnego buntu łączył się z niesamowitą rewolucją technologiczną, która pozwalała uruchomić na komórce takie gry jak Tokyo Drift 3D, Asphalt 3, Tower Bloxx czy właśnie Gravity Defied. Rosyjski klon Elasto Manii sprawił, że na długie lata pokochałem platformowe gry 2D z motocyklami.

Gravity Defied

Współcześnie najpopularniejszym spadkobiercą Elasto Manii jest seria Trials.

Trials to marka Ubisoftu, która rozpoczęła się od… gry przeglądarkowej z 2000 r. Od tego czasu seria jest nieustannie rozwijana i ulepszana. Na przykład o trójwymiarowe środowisko, tryb rywalizacji czy sieciowe zawody. Ubisoft stara się dotrzeć z Trialsami do jak najszerszego grona. Dlatego najnowsze Trials: Rising zadebiutowało nie tylko na PC, PS4 oraz XONE, ale także Nintendo Switchu. Właśnie na platformie Nintendo przekręcam manetkę gazu i muszę przyznać, że bawię się lepiej niż zakładałem. Niestety, po kilkunastu godzinach Ubisoft sam sobie strzela w kolano.

Na samym początku Trials Rising jest świetne. Szybkie. Głośne. Efektowne. Gracz skacze z poziomu na poziom, zdobywając nowe skrzynki z losowymi przedmiotami. Ich obecność o dziwo nie przeszkadza, ponieważ w lootboksach znajdują się wyłącznie elementy kosmetyczne. Gigantyczna rotacja map i wyzwań sprawia, że nie ma czasu na nudę. Tytuł Ubisoftu to 110 proc. frajdy wciśnięte w 100 proc. gry. Gaz, hamulec, ruch kierowcy do przodu i do tyłu – okazuje się, że do szczęścia więcej nie potrzeba.

Koniec z kosmosem. Czas na kontynenty, państwa oraz atrakcje turystyczne.

Wielką zaletą produkcji jest zerwanie z klimatem science-fiction (Fusion, Blood Dragon). Rising to powrót na tory inspirowane narodowymi krajobrazami. W Niemczech jeździmy niedaleko średniowiecznej warowni. W USA zwiedzamy Wielki Kanion oraz wytwórnię filmową. Rumunia wygląda jak Miasto 17 z Half Life 2. W Holandii dominują wiatraki, a głęboka Rosja to miejsce ciężkiego przemysłu oraz silosów rakietowych. Finlandia pełna jest potoków, gór i lasów, natomiast Szkocja straszy mgłą, błotem i jaskiniami. W Chinach jeździmy po Wielkim Murze, a Egipt to ruiny i piramidy. Z kolei Polska… cóż, Polski brak.

Pomimo powrotu do rzeczywistych miejsc, twórcy Trialsów dalej mają głowę w chmurach. Deweloperzy kapitalnie bawią się konwencją, wymyślając niesamowite tory. Jak ten na pokładzie samolotu, z turbulencjami oraz przeciążeniami. Ewentualnie ten w pędzącym składzie wagonowym. Sporadycznie ujęcie kamery wraca na klasyczną pozycję 2D, co znacznie utrudnia jazdę. Innym razem goni nas gigantyczna kula śnieżna albo musimy skorzystać ze średniowiecznej katapulty. Trudno nie mieć uśmiechu na ustach.

Bogactwo i zróżnicowanie torów to zdecydowanie największa zaleta Trials Rising. Mount Everest, Wieża Eiffla czy kanały Bukaresztu – tutaj nie ma słabych tras. Każda z nich intryguje oraz ciekawi. Nawet te najtrudniejsze tory nie sprawiają, że masz ochotę odejść od konsoli. – Jeszcze jedna próba. – Jeszcze tylko jedno podejście. – powtarzasz sobie w głowie. To jest jak uzależnienie. Zamiast irytować, Trials Rising zachęca do bycia coraz lepszym. To gigantyczne osiągnięcie twórców.

Niestety, magia pryska gdzieś między 30 – 40 poziomem doświadczenia.

Wtedy też odkryjecie, że Trials Rising coraz silniej zmusza gracza do grindu. Bez niego uczestnictwo w zawodach profesjonalnej oraz mistrzowskiej ligi staje się niemożliwe. Nie pomagają nawet same złote medale na wszystkich już pokonanych torach (!). Gracz jest zmuszany do powrotu na doskonale znane trasy, gdzie ma własne rekordy oraz pierwsze miejsca na podium. Nieporozumienie. Idiotyzm. Debilizm. Trudno znaleźć lepsze określenie na taką praktykę.

Nie mam bladego pojęcia, dlaczego producenci poszli w stronę niepotrzebnego grindu. Raczej nie kierowała nimi chęć zysku na skrzynkach z losową zawartością. W nich znajdują się przecież wyłącznie przedmioty kosmetyczne, które w żaden sposób nie przyspieszają awansu z poziomu na poziom. Być może chodziło o wydłużenie czasu potrzebnego na przejście gry? Jeśli tak, zdecydowano się na naprawdę irracjonalne posunięcie. Obudowując zawartość murem grindu, Trials Rising znacznie więcej traci niż zyskuje. Wielka, wielka szkoda.

Jestem za to zachwycony Trialsami od technicznej strony.

W Rising grałem na najsłabszej możliwej platformie – Nintendo Switchu. Mimo tego produkcja i tak działa jak rakieta. Czasy ładowania są króciutkie. Co jeszcze ważniejsze, pełen restart toru odbywa się natychmiast. Bez żadnego paska postępu czy czarnego ekranu. Jeden przycisk i gotowe – znowu jesteśmy na starcie. To niezwykle ważne w przypadku gier, gdzie raz za razem powtarzamy wyzwanie, śrubując czas w pogodni za platynowymi osiągnięciami.

Oczywiście taki natychmiastowy restart ma pewne skutki uboczne. Przez kilka sekund widać, jak na trójwymiarowe obiekty nakładane są tekstury wyższej rozdzielczości. Czasami jakiś ozdobnik doczyta się na oczach gracza. Jednak podczas samego przejazdu rozgrywka jest szybka, płynna i niezwykle satysfakcjonująca. Tym bardziej szkoda, że Ubisoft sabotuje ją głupimi decyzjami dotyczącymi progresji i poziomów doświadczenia.

Z Nintendo Switchem wiąże się jeszcze jedna zaleta Trialsów. Wystarczy podać połówkę Joy-Cona znajomemu i już możecie grać we dwoje. Nie tylko przed ekranem telewizora, ale również w pociągu, na stołówce czy pod namiotami. Mobilność to wielka wartość tego tytułu i nie wyobrażam sobie rezygnować z niej na rzecz ładniejszej, mocniejszej edycji dla PS4 albo Xboksa.

Na osobną uwagę zasługuje społeczność Trials Rising, która tworzy cuda. CUDA!

Producenci gry oddali w ręce swoich fanów potężne narzędzia edytorskie. Społeczność może tworzyć własną odzież (kostium Power Rangera? Czemu nie), własne modyfikacje motocykli (futurystyczny pojazd z TRON-u? Żaden problem) oraz unikalne trasy do pokonania. To właśnie ten ostatni element zachwyca najbardziej. Tory tworzone przez innych graczy rozłożyły mnie na łopatki. Perełki kreatywności.

Przykładowo, Poziom Ace Combat przenosi nas do Korei Północnej w której odpalono rakiety dalekiego zasięgu. Gracz przesiada się więc z motocyklu do kabiny… samolotu myśliwskiego, aby strącić wszystkie głowice. Jakieś szaleństwo. Zombie Pit pozwala strzelać do żywych trupów w izometrycznym rzucie. Jest nawet przeurocza lokacja inspirowana kultowym pierwszym poziomem Super Mario Bros. Coś niesamowitego. Społeczność skupiona wokół Trialsów jest aktywna i niezwykle utalentowana.

Największe zalety:

  • Powrót do bardziej rzeczywistych tras
  • Potwornie wciąga i uzależnia
  • Działa jak błyskawica
  • Dobra cena
  • Kreator torów i zaangażowana społeczność
  • Zabawa w terenie (Nintendo Switch)

Największe wady:

  • Idiotyczny grind po 30 poziomie
  • Czasami delikatna losowość silnika fizycznego
  • Gdzie trasy w Polsce? 🙁

Cuda tworzone przez fanów, świetne trasy od producentów, szybkie działanie oraz możliwość grania w terenie – to cztery główne powody dla których Trials Rising stało się moją ulubioną grą „pomiędzy“ – tytułem idealnym do uruchomienia w chwili przerwy między większymi produkcjami. Zabili mnie w Apex Legends, ale znajomi dalej walczą? Odpalam Trialsy. Jadę pociągiem do stolicy? Odpalam Trialsy. Czekam w kolejce do dentysty? Trzęsę się z przerażenia i odpalam Trialsy.

Ubisoft wydał grę, którą po prostu dobrze jest mieć przy sobie.

* Warto wspomnieć, że Elasto Mania nie była pierwszą grą platformową z motocyklami. Już w 1985 r. mogliśmy grać w podobny Kikstart wydany na Amigę oraz Commodore.

 

Zrzuty ekranu pochodzą z gry Trials Rising uruchomionej na Nintendo Switchu.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji