Sejm pracuje nad jawnymi płacami w ogłoszeniach o pracę. To fatalny pomysł

Artykuł/Biznes 15.03.2019
Sejm pracuje nad jawnymi płacami w ogłoszeniach o pracę. To fatalny pomysł

Sejm pracuje nad jawnymi płacami w ogłoszeniach o pracę. To fatalny pomysł

W piątek Sejm zajmie się projektem Nowoczesnej, który ma nakazać pracodawcom obowiązkowe umieszczanie widełek płacowych w ogłoszeniach o pracę. Marzenie większości pracowników w Polsce nie ma jednak prawa się ziścić i zaraz wam wytłumaczę dlaczego.

W zasadzie projekt przygotowany przez Nowoczesną powinien spotkać się z bardzo ciepłym przyjęciem. Przedsiębiorcy lubią przecież podkreślać, że mamy dzisiaj do czynienia z rynkiem pracownika, a sami pracownicy, że chcą znać widełki wynagrodzeń, żeby nie tracić czasu na bezowocne rozmowy kwalifikacyjne.

Deklaracje, a rzeczywistość, to w tym wypadku dwie różne rzeczy.

Zacznijmy może od przyznania się, że płace w Polsce mocno odbiegają od oczekiwań. A to rodzi potężną frustrację. Tę najłatwiej dzisiaj wyładować w internecie, czyli w miejscu, gdzie pojawia się dzisiaj gros ofert pracy.

Pracodawcy nie chcą wrzucać ofert z konkretnymi stawkami, bo wiedzą, że zostaną potem zabici śmiechem i mało wyszukaną ironią. Żeby nie być gołosłownym przypomnijmy eksperyment, który jakiś czas temu przeprowadziła facebookowa grupa „Praca w mediach”. Administratorzy grupy ustalili, że bez widełek płacowych ogłoszenie nie pójdzie w sieć. Pracodawcy musieli się na to zgodzić no i… się zaczęło.

„To w euro czy w złotówkach?”, „wymiar pracy to 2 godziny dziennie?”

Umówmy się, to i tak jedne z mniej złośliwych komentarzy, jakie można było znaleźć pod ogłoszeniami. Admini szybko się z inicjatywy wycofali.

Zmiana – z naszej perspektywy – przyniosła o wiele więcej strat niż korzyści. Dlatego podawanie widełek wynagrodzenia nie jest już obowiązkowe – podsumowali wyniki. Krótko, ale bardzo wymownie.

A warto pamiętać, że pisałem właśnie o ogłoszeniach zamieszczanych przez agencje kreatywne albo duże media. Te poniżej pewnego poziomu płac mimo wszystko nie schodzą. Jeżeli internautów bawią pensje na poziomie 3-4 tys. zł do ręki, pomyślmy, co stałoby się, gdyby w internecie wylądowały ogłoszenia od panów Mirków i Zbyszków prowadzących swoje mikrofirmy.

Pod koniec 2018 r. wynagrodzenia w takich kilkuosobowych przedsiębiorstwach wynosiły ok. 2 tys. zł netto. A to jest średnia więc tak naprawdę większość pracowników zarabia grubo poniżej tej kwoty. Przedsiębiorca wrzuciłby notkę, że poszukuje nowej osoby i… nawet nie chce myśleć, co przeczytałby o sobie, swoim pochodzeniu i podejściu do prowadzenia biznesu.

A przecież niskie płace nie są tylko wymysłem chciwych januszy biznesu (choć bywa i tak).

Mimo zaklinania rzeczywistości przez niektórych ekspertów i polityków, wciąż jesteśmy krajem, w którym najważniejszym czynnikiem decydującym o wyborze towaru albo usługi pozostaje cena.

Dokładnie ta sama sytuacja zachodzi w przypadku konkurowania o zagraniczne rynki zbytu. Centra usług wspólnych powstają nad Wisłą jak grzyby po deszczu nie dlatego, że jesteśmy wyjątkowo uzdolnieni jako naród, a dlatego, że jesteśmy tańsi niż koledzy z Zachodu. I tyczy się to wszystkich, także sowicie (jak na polskie warunki) opłacanych pracowników IT. A jeżeli ma być tanio dla klienta, to firma nie może przecież wykosztować się na pensje dla swoich ludzi. I kółko się zamyka.

Trzeba jednak przyznać, że IT i tak stanowi wyjątek i pokazuje, że rynek pracownika w pewnych branżach rzeczywiście istnieje. Co widać choćby na przykładzie platformy ogłoszeniowej No Fluff Jobs. Jej założyciele, Magdalena Gawłowska Bujok i Tomasz Bujok opowiadali kiedyś, że nie zgadzali się na zamieszczanie ogłoszeń bez podanego wynagrodzenia. Z portfolio wypadło im przez to kilku dużych klientów, reszta po pewnym czasie przywykła. Nie mieli wyjścia – znalezienie doświadczonego programisty to dzisiaj ogromne wyzwanie.

Większość przedsiębiorców nie widzi jednak w podawaniu widełek żadnej wartości.

I to chyba podstawowy problem. Jasne, kandydatom żyłoby się lepiej, gdyby możliwe do wytargowania wynagrodzenie było znane z góry. Tyle, że jak świat światem, o kształcie ogłoszenia decyduje osoba, która je zamieszcza. A pracodawcy nie dostrzegają na razie w takim przejawie transparentności większego sensu.

Postanowiłem przepytać kilku z nich i odpowiedzi były dość jednomyślne.  Część z nich zauważa np., że brak widełek pozwala im na zweryfikowanie oczekiwań kandydatów. Po kilku rozmowach przedsiębiorca dostaje sygnał zwrotny od rynku i wie, ile będzie go kosztowało zatrudnienie osoby na dane stanowisko. Ale argumentów „przeciwko” jest więcej.

Poszukuję pracowników na proste stanowiska robotnicze. Z mojego punktu widzenia rynek jest bardzo niestabilny – jak mogę proponować konkretne wynagrodzenia przed rozmową, jeżeli nie wiem jeszcze, kto mi się trafi? Różnice w jakości kandydatów aplikujących na to samo stanowisko potrafią być naprawdę kolosalne, co w kontekście działalności kilkudziesięcioosobowej firmy ma duże znaczenie – tłumaczy nam Włodzimierz Kander, założyciel firmy Uniscale, która dostarcza sprzęt i usługi sieciom detalicznym.

Z kolei Marek Kukuryka, przedsiębiorca, a obecnie mentor w MIT Enterprise Forum, zwraca uwagę na to, że podanie widełek ogranicza możliwość znalezienia osoby na inne stanowiska.

Wyobraźmy sobie, że przychodzi do nas kobieta i okazuje się, że możemy ją zatrudnić nie jako kucharkę, a od razu jako szefową sali albo menedżera. W małych firmach rzadko szuka się osoby tylko na jedno stanowisko, czasami firma ma też nieuświadomione potrzeby. Z punktu widzenia przedsiębiorcy żadnej wartości dodanej więc nie widzę. Choć rozumiem, że pracownicy zapewne woleliby znać widełki przed udaniem się na rozmowę – tłumaczy Kukuryka.

Jego zdaniem wrzucenie widełek do ogłoszenia nie usprawnia nawet procesu samej rekrutacji, bo problemem jest to, że „ludzie szukają na ślepo i nie odpowiadają parametrom określonym w ogłoszeniu”.

O czym mówi projekt Nowoczesnej?

Tymczasem Nowoczesna w swoim projekcie proponuje – dopiszmy do kodeksu pracy fragment o konieczności zamieszczania w ogłoszeniu kwoty proponowanego zasadniczego wynagrodzenia brutto. Jeżeli pracodawca się nie dostosuje, zapłaci grzywnę. W kontekście powyższych wypowiedzi okaże się, że większość z nich znajdzie się między młotem, a kowadłem. Trudny wybór.

Pracodawcy powinni mieć prawo do dawania takich ogłoszeń, jakie chcą. Nie powinno się tego regulować ustawowo – krytykuje ten pomysł Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Ekspert jednocześnie zastrzega jednak, że osobiście dziwi go brak zwyczaju umieszczania widełek. – Uważam że pracodawcy na tym tracą, bo część osób może nie stawić się na rozmowę, nie znając wcześniej dokładnych warunków zatrudnienia. A wynagrodzenie jest przecież jednym z jego podstawowych parametrów – dodaje.

Projekt o jawnych zarobkach nie został jeszcze poddany pierwszemu czytaniu, a już ma wielu wrogów. W trakcie konsultacji społecznych skrytykował go Sąd Najwyższy i Główny Inspektorat Pracy. Choć uzasadnienie tego pierwszego nieco zadziwia.

(…)Pracodawca może w treści ogłoszenia celowo zaniżyć wysokość zarobków, po czym uzgodni ze ,,zwycięskim” kandydatem warunki płacowe znacznie korzystniejsze. Obawa, że wystąpienie takich sytuacji w praktyce obrotu prawnego może być zjawiskiem powszechnym, każe powątpiewać w skuteczność proponowanych zmian, a tym samym niweczy ich sens – napisał Sąd Najwyższy,

Ten przypadek wydaje się akurat najmniejszym problemem. Pracodawcy boją się raczej, że kandydaci widząc widełki będą dążyli do tego, by dostać najwyższą przewidzianą pensję.

GIP skupił się natomiast na błędach formalnych wytykając Nowoczesnej, że wynagrodzenie zasadnicze może być niższe niż minimalna krajowa (a według projektu nie ma prawa takie być) jeżeli przekroczy płacę minimalną po uwzględnieniu premii i dodatków.

Widoczny jest też brak politycznej woli do prac nad projektem.

Nowoczesna złożyła projekt 30 sierpnia 2018 r. Po miesiącach oczekiwań miał się nim zająć Sejm, Gazeta Wyborcza zauważyła jednak, że pierwotnie miał być procedowany w środę, ale został przeniesiony na piątek, czyli ostatni dzień obrad. W dodatku – jako ich ostatni punkt, co skłania do postawienia tezy, że zostanie on raczej odesłany przez marszałka do sejmowej zamrażarki. I całe szczęście, bo robienie dobrze na siłę rzadko kiedy daje oczekiwane rezultaty.

Dołącz do dyskusji