La loteria. Kupienie laptopa z Windowsem to dziś większy hazard niż rosyjska ruletka

Felieton/Technologie 22.03.2019
La loteria. Kupienie laptopa z Windowsem to dziś większy hazard niż rosyjska ruletka

La loteria. Kupienie laptopa z Windowsem to dziś większy hazard niż rosyjska ruletka

Wolność wyboru nie zawsze jest w interesie konsumenta. Po latach testowania sprzętu zdaję sobie sprawę, że nie istnieje prosta odpowiedź na pytanie „jaki laptop z Windowsem wybrać”.

La loteria, jak mawiał Wireman w powieści „Ręka Mistrza” Stephena Kinga. Rocznie przez moje biurko przewija się około 20 laptopów z Windowsem 10, od takich kosztujących mniej niż średnia krajowa, po takie, za których równowartość można by nabyć przyzwoite używane auto.

Obcowanie z tymi maszynami uzmysłowiło mi jedno – konsument polujący na maszynę z Windowsem ma przekichane.

O komputerach Apple’a można powiedzieć wiele niemiłych rzeczy, ale jednego nie można im odmówić – kupując Maca, kupujemy jakość. Pewnie, zdarzają się jakieś mniejsze lub większe wpadki konstrukcyjne, które producent próbuje potem zamieść pod dywan (ot, uroki elektroniki), ale generalnie kupując sprzęt z jabłuszkiem możemy być pewni jakości sprzętu i dopieszczenia oprogramowania. A co ważniejsze – każda z tych maszyn zachowuje się tak samo. Jedne mają więcej, inne mają mniej mocy obliczeniowej, ale doświadczenie z użytkowania pozostaje z grubsza bez zmian.

Co więcej, szacunkowy wzrost komfortu pracy jest wprost proporcjonalny do ceny, jaką płacimy za komputer. Kupując droższy model, możemy się spodziewać szybszego działania. Kupując tańszy – wolniejszego. Proste i logiczne.

W świecie Windowsa 10 sprawa ma się zgoła inaczej.

Zaznaczę, że cały ten tekst traktuje o sprzętach produkowanych przez partnerów Microsoftu. Do sprzętów samego Microsoftu – linii komputerów Surface – nie mogę się w tej materii przyczepić. I generalnie, jeśli tylko budżet na to pozwala, polecałbym kupować komputery z Windowsem 10 właśnie od nich, bo tylko Microsoft, jako główny zainteresowany, gwarantuje pewność działania sprzętu i oprogramowania na poziomie porównywalnym z Apple’em.

U innych producentów bywa… różnie.

Nie będę wymieniał sprzętów z nazwy, bo też nie o to w tym tekście chodzi, by uderzać w konkretnego producenta czy konkretny model. Muszę jednak opowiedzieć o kilku sytuacjach, które spotkały mnie tylko w ciągu ostatnich miesięcy. Świeże sprawy. W komputerach, których cena powinna gwarantować absolutnie perfekcyjne działanie.

Początki znajomości z laptopem za 15 tys. zł.

Wspaniały był to komputer i do dziś o nim myślę. Ale gdybym wydał na niego własne pieniądze i musiał przejść taką „inicjację” jak w egzemplarzu testowym, wyrzuciłbym urządzenie przez okno.

Wyobraźcie sobie sytuację – rozpakowujecie świeżo kupiony sprzęt za niebotyczną sumę pieniędzy. Uruchamiacie go, wszystko działa pięknie, aż tu nagle… tuż po zalogowaniu do systemu wyświetla się komunikat o błędzie karty graficznej.

Instalujecie sterowniki, aktualizujecie system – bez skutku. Do komunikatu wkrótce dołącza kolejny objaw – migotanie ekranu i drugi komunikat informujący o problemie z technologią przełączania między grafiką zintegrowaną i dedykowaną. Komputer staje się praktycznie nieużywalny.

Szukacie rozwiązania w Sieci. Forum na stronie producenta sugeruje aktualizację BIOS-u. Przystępujecie do procedury. Ta trwa około 1,5 godziny. Kolejną godzinę trwa reinstalacja Windowsa 10, bo aktualizacja BIOS-u wymusiła samoczynnie przywrócenie komputera do ustawień fabrycznych (nie pytajcie czemu, nie mam pojęcia).

Dość powiedzieć, że nie tak powinien wyglądać pierwszy dzień z nowym komputerem. Szczególnie wartym tyle pieniędzy.

Jest Windows i Windows.

Jedną z najbardziej irytujących różnic w zachowaniu sprzętów partnerów jest system operacyjny. Teoretycznie wszędzie jest Windows 10, wszędzie wszystko powinno działać tak samo. Doświadczenie uczy jednak, że każdy komputer ma swoje kaprysy.

Każdy producent dorzuca do komputera z Windowsem „coś od siebie”. Pół biedy, jeśli jest to śmieciowe oprogramowanie, które można wyrzucić w każdej chwili i nigdy więcej o nim nie myśleć. Gorzej, jeśli są to rozwiązania software’owe niezbędne do poprawnego funkcjonowania maszyny.

Na przykład – na biurku mam obecnie komputer 2w1 z odłączaną klawiaturą do zadań specjalnych, wart ponad 18 tys. zł. Komputer przeznaczony do specjalistycznej pracy w trudnych warunkach. Póki co:

  • pół systemu jest po polsku, pół po angielsku. BO TAK,
  • oprogramowanie do obsługi dedykowanego stylusa nie działa, reinstalacja nie pomogła,
  • płytka dotykowa korzysta jednocześnie z Windows Precision Drivers i sterowników Synaptics. Te drugie notorycznie sypią błędami,
  • jeśli przełączymy komputer w tryb uśpienia po odłączeniu klawiatury… nie można go wybudzić. BO NIE.

¯\_(ツ)_/¯

Niekonsekwencja w oprogramowaniu to jedno. Jeszcze gorszy jest brak konsekwencji w sprzęcie.

Z jednej strony mnogość maszyn z Windowsem 10 oznacza mnogość wyboru. A wybór jest dobry dla konsumenta. Z drugiej jednak… wolę nie mieć wyboru, niż mieć wybór między złym i gorszym.

Moim „ulubionym” przykładem są tu zabezpieczenia biometryczne. Na papierze dwa komputery posiadające czytnik linii papilarnych lub kamerę kompatybilną z Windows Hello niczym się od siebie nie różnią. W praktyce może okazać się jednak, że w jednej z maszyn czytnik w ogóle nie chce współpracować, a w drugiej kamera odblokowuje ekran w oparciu o optyczny skan twarzy, a nie technologię IR.

Dużo można też opowiadać o tym, jak wygląda implementacja pewnych technologii wprowadzanych przez Microsoft do sprzętów partnerów. Ostatnio miałem tego doskonały przykład – w moje ręce trafił komputer będący biznesowym klonem Surface’a Pro. Odczepiana klawiatura, te sprawy.

Sęk w tym, że firma, która ową maszynę zaprojektowała, zapomniała o magnesach w klawiaturze. W efekcie jeśli chwycimy zamknięty komputer, klawiatura dynda sobie radośnie na zaczepach, zamiast trzymać się ekranu, jak w Surface Pro.

Jeśli w tej chwili uderzyliście się dłonią w czoło na samo wspomnienie tego absurdu, wyobraźcie sobie, jak mocno sam strzeliłem się widząc tę sytuację na żywo…

Cena nie determinuje jakości.

O ile w świecie Apple’a cena jest wyznacznikiem progresu jakościowego, tak w świecie Windowsa… nie zawsze.

Komputer za 15 tys. zł może mieć np. dużo gorsze głośniki, ekran czy klawiaturę od komputera za 5 tys. zł. A komputer za 5 tys. zł przewyższać jakością znacznie droższe konstrukcje.

Doskonałym przykładem jest tutaj testowany ostatnio Asus UX433, który przy cenie 5499 zł rozkłada na łopatki wiele porównywalnych modeli, kosztujących dwa razy tyle.

Problem świetnie ilustrują też laptopy Huawei. Przeciętny konsument może pomyśleć, że „gdzie tam panie będę brał laptop od Huawei, oni to smartfony produkują”. Tymczasem Matebooki to dziś jedne z najlepszych maszyn z Windowsem 10, jakie można kupić. A wcale nie kosztują tyle,co niektóre sprzęty innych producentów.

Nie ma prostej odpowiedzi na pytanie „jaki laptop z Windowsem wybrać”.

Wolność wyboru, tak ceniona przez antyfanów Apple’a, nie zawsze działa tu na korzyść konsumenta. Na każdej półce cenowej znajdziemy mnogość marek i modeli, których jakości nie sposób ocenić patrząc na samą tylko cenę czy specyfikację techniczną. Wybór odpowiedniej maszyny wymaga spędzenia mnóstwa czasu na poznaniu dostępnych opcji. A nawet gdy już się zdecydujemy na coś konkretnego… wcale nie mamy gwarancji bezproblemowego działania.

Jestem testerem sprzętu. Testowanie komputerów wchodzi w skład moich obowiązków służbowych, więc jestem w stanie przejść nad wieloma rzeczami do porządku dziennego i zaakceptować rozmaite rozbieżności w działaniu poszczególnych maszyn. I jestem w tym szczęśliwym położeniu, że dzięki pracy mogę poznawać i sprawdzać sprzęty, a dopiero potem zadecydować o ewentualnym zakupie.

„Przeciętny Kowalski” nie ma tego szczęścia. Nawet najlepiej zriserczowany zakup może się okazać niewypałem, a najlepszy na papierku sprzęt, kosztujący mnóstwo pieniędzy, okazać się – mówiąc wprost – badziewiem. Konsument przekona się o tym dopiero wtedy, gdy już wyda na urządzenie górę pieniędzy, wróci z nim do domu i srodze się rozczaruje.

Nie chciałbym zakończyć tego tekstu pustym „to nie powinno tak wyglądać”, ale… to naprawdę nie powinno tak wyglądać.

Partnerzy, którym Microsoft udziela licencji na system operacyjny i rozwiązania technologiczne powinni być zobowiązani do trzymania się wyśrubowanych standardów. Szczególnie w przypadku tych urządzeń, które kosztują fortunę.

Konsument powinien mieć swoistą gwarancję, że wydając pięciocyfrową kwotę na komputer przenośny otrzyma maszynę działającą idealnie. Pewne niedociągnięcia i uciążliwości są akceptowalne na niskich półkach cenowych, ale na tych najwyższych są niedopuszczalne. A jednak czasem obcując z komputerem za 12 tys. zł mam wrażenie, jakbym obcował z urządzeniem za 2 tys. zł. A to już sytuacja, która nie powinna mieć miejsca. Tyle że ma. I to często.

Niechże komputery różnych producentów różnią się od siebie czym chcą – specyfikacją, kształtem, możliwościami technicznymi, nieważne. Ważne jest to, żeby przy całej wolności wyboru i odmienności komputerów jedna rzecz pozostawała niezmienna – gwarancja sprawnego działania i świętego spokoju.

Testuję komputery od wielu lat i niestety, na przestrzeni tego czasu producenci komputerów nie zrobili ani kroku w stronę zapewnienia tej gwarancji konsumentom. Zakup laptopa z Windowsem 10 to nadal la loteria.

Dołącz do dyskusji