Jak TOPR ratuje życie? Spędziłem kilka godzin z ratownikami górskimi

Artykuł/Operatorzy 26.03.2019
Jak TOPR ratuje życie? Spędziłem kilka godzin z ratownikami górskimi

Jak TOPR ratuje życie? Spędziłem kilka godzin z ratownikami górskimi

Na pierwszy rzut oka praca ratownika górskiego wydaje się dość spokojna. Może to dlatego, że trafiłem do siedziby Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w niedzielny poranek? W każdym razie w budynku panowała błoga cisza, przerywana od czasu do czasu głosami dochodzącymi w dyspozytorni. W tle leciały filmy wojenne z Johnem Waynem.

Bywa jednak różnie. – Zdarzyło mi się kiedyś spędzić w helikopterze 9 godzin w trakcie jednego dyżuru – tłumaczył mi jeden z nich. Praca TOPR-owca to synonim nieprzewidywalności. Nigdy nie wiesz, kiedy będziesz mógł przez kilka godzin przez nikogo nie niepokojony oglądać telewizję, a kiedy na koniec dnia ze zmęczenia będą odpadać ci ręce.

Ba, żeby tylko na koniec dnia. Jeżeli wezwanie pojawi się w środku nocy, to ratownik też przecież nie może odmówić. Choć dyżur w teorii trwa 12 godzin, w praktyce trudno sobie wyobrazić, by ktoś równo z wybiciem 20:00, poszedł do domu i zostawił nosze na środku stoku.

Zgłoszeń najwięcej jest w czasie ferii zimowych i latem. Od pewnego czasu system ich przyjmowania mocno się wzbogacił. Wszystko dzięki dedykowanej służbom ratowniczym aplikacji „Ratunek”. – To pewnego rodzaju rewolucja. Niedawno zadzwoniły do nas dwie młode dziewczyny. Okazało się, że są całe i zdrowe, nie potrafiły jednak wskazać, gdzie się znajdują. Wysłałem im link do zainstalowania aplikacji, dla nas to ogromne ułatwienie – tłumaczył mi jeden z TOPR-owców.

Fot. Edward Lichota

Na czym owo ułatwienie polega? „Ratunek” został zaprojektowany na zlecenie Plusa pod TOPR, GOPR, WOPR i MOPR.

Sama aplikacja jest do bólu prosta, w tym tkwi zresztą jej siła.

Pulpit składa się tak naprawdę z dwóch przycisków – „Woda” i „Góry”. Po kliknięciu trzykrotnie w jedną z nich, służby ratownicze dostają informację o lokalizacji użytkownika i mogą się z nim połączyć telefonicznie, by zweryfikować zgłoszenie.

Dostawaliśmy sygnały, by rozbudować możliwości aplikacji. Nie chcemy jednak przesadzać. Obecna wersja znakomicie odpowiada naszym potrzebom. Jest bardzo łatwa w obsłudze, a jej niewielki rozmiar sprawia, że można ją szybko pobrać na telefon – tłumaczy naczelnik TOPR, Jan Krzysztof.

Po trzykrotnym stuknięciu w ekran informacja o zgłoszeniu pojawia się u wszystkich służb. Sprawę przejmuje tylko jedna – ta wyznaczona do działania na danym obszarze. Jeżeli ratownik ustali już, że dana osoba rzeczywiście potrzebuje pomocy, może błyskawicznie wysłać „ekipę szturmową” na miejsce zdarzenia. A to bardzo wiele znaczy, bo czasami samo ustalenie lokalizacji dzwoniącej osoby potrafi zająć kilkanaście minut.

Fot. Archiwum TOPR

Osoby korzystające z aplikacji to jednak wciąż tylko pewien, raczej mniejszy odsetek osób dzwoniących do TOPR. Reszta woła o pomoc w bardziej tradycyjny sposób – np. dzwoniąc pod uruchomiony przez Plusa numer telefonu 601 100 300. Ten numer wraz ze swoim „wodnym” odpowiednikiem (601 100 100) i wraz z Centrami Koordynacji Ratownictwa składają się dzisiaj na Zintegrowany System Ratownictwa.

Przed uruchomieniem systemu dotarcie do osoby, która wezwała pomoc np. na niestrzeżonym kąpielisku, zajmowało przeciętnie od 15 do 25 minut. Dziś, dzięki systemowi ratownictwa zbudowanemu przy wsparciu Plusa, czas ten wynosi od 1,5 do 3 minut. Połączenia z sieci Plus na numery alarmowe są automatycznie przełączane do najbliższego centrum dyspozytorskiego – czytamy na stronie operatora.

O tym, jak szeroko ten system jest dzisiaj wykorzystywany niech świadczy fakt, że za jego pośrednictwem potrzebę otrzymania pomocy zgłasza mniej więcej 70 proc. osób kontaktujących się z TOPR-em, GOPR-em i WOPR-em.

Co dzieje się, gdy zadzwonimy? Nasz numer wyświetla się w systemie, tuż przed oczami ratownika dyżurnego, który stara się błyskawicznie ocenić sytuację. Wszystkie rozmowy są nagrywane w systemie. – Dzięki temu można je wielokrotnie odsłuchiwać, co przydaje się w przypadku, gdy dzwoniąca osoba zaczyna niewyraźnie mówić albo gdy w tle pojawiają się zakłócenia – wyjaśnia Marcin Józefowicz, ratownik dyżurny TOPR. Po kilku kliknięciach w archiwum przekonuje się, że pierwsze rejestrowane zgłoszenia pochodzą aż z 2014 r. Ale to nie wszystko.

Po wykonaniu przez nas telefonu ratownicy mają dwa wyjścia.

Na dyżurze są zawsze co najmniej 3 osoby. Kierownik dyżuru, który decyduje o całości działań ratowniczych w górach, dyżurny telefonista i kierowca. Do tego w ciągu dnia dochodzą jeszcze inni ratownicy – tłumaczy Józefowicz. Jeżeli akcja dzieje się za dnia, ratownik dyżurny może po prostu włączyć interkom i wezwać tych ostatnich do siebie. Za pomocą radia lub telefonu może się również skontaktować z ratownikami, którzy są przy śmigłowcu albo w „dyżurkach” w terenie. Zdarza się jednak, że jest ich zbyt mało.

Wtedy pojawia się jeszcze możliwość skorzystania z systemu o nazwie „Multi Info”. Po jego włączeniu na ekranie pojawiają się wcześniej zdefiniowane grupy numerów. Pozwalają one na szybki kontakt z wyspecjalizowanymi ratownikami. Ratownik dyżurny wpisuje więc krótki komunikat i jednym przyciskiem rozsyła SMS-y do wielu TOPR-owców jednocześnie.

Fot. Archiwum TOPR

Tak dzieje się jednak tylko, gdy z poszkodowany jest stały kontakt. W momencie, w którym ratownicy poszukują kogoś, kto nie odpowiada na telefon, są w stanie za pośrednictwem policji dotrzeć do historii połączeń i logowań na konkretnych BTS-ach. To pozwala na określenie sektora, w którym znajduje się osoba potrzebująca pomocy.

Gdy mamy informację od operatora, jaka antena widzi komórkę, to wpisujemy azymut, zakres odległości i tworzymy schemat, w jakim zakresie może znajdować się telefon. To przydaje się w sytuacjach, gdy np. dana osoba zaginęła. Dokładność takiego szacowania liczy się jednak czasami w kilometrach. Dlatego tak ważne jest pozostawienie bliskiej osobie informacji, gdzie planujemy naszą górską działalność i kiedy chcemy wrócić – tłumaczy Józefowicz.

Zdarza się i tak, że doskonale wiemy, gdzie znajduje się nasz współtowarzysz, a mimo to nie jesteśmy w stanie mu pomóc. Taka sytuacja może nastąpić np. w przypadku zejścia lawiny. TOPR-owcy podkreślają, że można mocno ułatwić im pracę, biorąc ze sobą lawinowe ABC. Rzecz tyczy się przede wszystkim zdobywania w zimie wyższych partii gór.

W przypadku zejścia lawiny jego brak odcina praktycznie uczestników wycieczki od możliwości skutecznego działania – opowiada Józefowicz.

Co kryje się pod tym skrótem? W skład zestawu wchodzi łopatka, sonda lawinowa (czyli de facto składana tyczka, którą wbija się w śnieg) i detektor lawinowy. To ostatnie, niewielkie urządzenie może pracować w dwóch trybach – odbioru i nadawania. Posługuje się częstotliwością 457 kHz.

Fot. Archiwum TOPR

Brak lawinowego ABC w wielu wypadkach skazuje na śmierć. Bez detektorów lawinowych (które muszą posiadać zarówno zasypani, jak i poszukujący) odnalezienie zasypanych jest niezwykle trudne i czasochłonne. Może się też po prostu nie udać. Pierwsi ratownicy w najbardziej sprzyjających warunkach mogą dotrzeć na miejsce po ok. 20 minutach (jeżeli można użyć śmigłowca), ale może to zająć też więcej czasu. Tu pojawia się problem.

Jeżeli osoba przysypana przez lawinę nie zginie na miejscu, mamy w pierwszych 15 minutach od zasypania prawie 90 proc. szans na uratowanie jej. Szanse na przeżycie maleją z każdą chwilą. Po pół godziny wynoszą góra 30 proc. – tłumaczy Józefowicz.

Ratownicy nie mają zresztą zbyt szerokiego pola działania.

Jeżeli zasypany w lawinie nie ma detektora, pozostają tylko tradycyjne metody. To zmusza ich do wykorzystania psów, które do szybkiego znalezienia poszkodowanego potrzebują jego zapachu. W zależności od rodzaju śniegu, czas potrzebny na to, by ten zapach wyszedł na powierzchnię, to nierzadko kilkanaście minut, a może i nawet parę godzin. Zdecydowanie zbyt długo, by mówić o skutecznej akcji. Szanse na ratunek spadają do naprawdę niskiego poziomu.

Innym skutecznym sposobem na namierzenie osoby znajdującej się pod śniegiem jest system Recco. Składa się on z pasywnej płytki (tzw. reflektora) wszytej w kurtkę, spodnie, zatopionej w bucie lub kasku. Część odzieży sprzedawanej z myślą o górskich wycieczkach ma już ją zaimplementowaną fabrycznie. Gdy ratownik zjawia się z detektorem Recco, płytka odbija emitowane przez urządzenie fale radiowe. W efekcie detektor sygnalizuje dźwiękiem zlokalizowanie płytki, umożliwiając szybką lokalizację poszukiwanej osoby.

Fot. Edward Lichota

Co ciekawe mimo dużego postępu technologicznego, jaki TOPR zaliczył w ostatnich latach, ratownicy wciąż uważają, że nieocenioną rolę w ich działaniach odgrywają tradycyjne urządzenia – papierowa mapa albo alternatywne względem cyfrowej sposoby komunikacji.

Przykład? Radio wiszące tuż nad ich głowami w dyspozytorni.

To zarządzanie analogowe, poprzez radiostacje – instruuje mnie ratownik. – Cały czas mamy zostawiony jeden kanał. Czasami to jedyny sposób, by szybko porozumieć się z kolegami w terenie albo siedzącymi w schroniskach – tłumaczy. Dzięki temu komunikat słyszą wszyscy ludzie, którzy są w terenie i mają w danym momencie uruchomione radio.

To zresztą nie wszystko. Mężczyzna ma pod ręką gruby notes, w którym na bieżąco zapisuje szczegóły spraw. Zdarza mu się wspomagać ogromną mapą Tatr wiszącą na jednej ze ścian dyspozytorni.

Sami TOPR-owcy, choć widzą ogrom zalet, jakie przyniosły im nowe technologie, uczulają jednak, by wykorzystywać je do wzywania pomocy tylko w sytuacjach prawdziwego zagrożenia. Coraz więcej zgłoszeń przychodzi bowiem od turystów, którzy po prostu się zmęczyli i nie mają sił ani ochoty wracać na własnych nogach do domu. A to blokuje łącza osobom, których życie może naprawdę znajdować się w poważnym niebezpieczeństwie.

Dołącz do dyskusji