Internetowa publiczność oczekuje krwi. Facebook usunął 1,5 mln filmów z masakry w Nowej Zelandii

Felieton/Social media 18.03.2019
Internetowa publiczność oczekuje krwi. Facebook usunął 1,5 mln filmów z masakry w Nowej Zelandii

Internetowa publiczność oczekuje krwi. Facebook usunął 1,5 mln filmów z masakry w Nowej Zelandii

W ciągu 24 godzin od masakry w Christchurch w Nowej Zelandii Facebook usunął 1,5 mln filmów przedstawiających atak terrorystyczny. 1,2 mln wykryto podczas dodawania ich do serwisu.

Z prostych wyliczeń wynika, że w przypadku 300 tys. filmów (a więc 20 proc.) zawiodły algorytmy. Przedstawicielka Facebooka podkreśliła, że serwis pracuje nad usunięciem kolejnych filmów przy użyciu „kombinacji technologii i ludzi”.

Facebook usuwa nie tylko wideo przedstawiające masakrę, ale również posty i komentarze pochwalające atak.

1,5 mln usuniętych filmów (w praktyce będzie ich znacznie więcej, bo Facebook znalazł się na świeczniku i robi, co może, by sprostać wyzwaniu) to dużo, nawet w skali największego serwisu społecznościowego świata.

Rodzi się więc pytanie, kto i dlaczego umieszcza w sieci nie tylko filmy z masakry, ale również manifest zamachowca, w którym w bełkotliwy sposób tłumaczy on swoje motywy.

Pierwszą z wielu odpowiedzi dostarczyło… Stowarzyszenie Marszu Niepodległości.

Organizatorzy corocznego marszu, który przechodzi przez stolicę, udostępnili na swojej facebookowej stronie link do wspomnianego wcześniej manifestu z komentarzem: „Zobacz póki jeszcze go nie usunęli”. Nieco później ktoś się zreflektował i opis uległ zmianie na „Manifest terrorysty znika z Internetu”. Różnica niby subtelna, ale ważna, bo jest próbą uniknięcia zarzutu, że polskim narodowcom podobają się poglądy zamachowca. Nazwanie go terrorystą ma nie pozostawiać wątpliwości, co do ich stosunku do sprawy. W sieci jednak nic nie ginie.

Z całą pewnością można powiedzieć, że wśród internautów, którzy postanowili pokazać ludzkości usuwane przez Facebooka wideo i przybliżyć poglądy terrorysty, są też zwolennicy Brentona Tarranta. Rzecz jasna nie wszyscy podzielają jego metody, ale wielu zgadza się z jego ocenami.

Odpowiedź druga zabrzmi w pierwszej chwili jak teoria spiskowa.

Warto ją jednak rozważyć w kontekście wcześniejszych wydarzeń.

Po wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych przybrały na sile oskarżenia, że Rosjanie pomogli Donaldowi Trumpowi w zwycięstwie nad Hillary Clinton. Orężem w walce miały być fake newsy, fałszywe konta i reklamy służące do rozprzestrzeniania dezinformacji.

Przy okazji własnego śledztwa Facebook podawał statystyki usuniętych kont, tłumaczył też, jakie treści były kasowane. Zwrócono wówczas uwagę, że większość treści nie dotyczyła bezpośrednio wyborów, a ich twórcy podejmowali próbę polaryzowania czy wręcz antagonizowania odbiorców, odnosząc się do kwestii migracji, posiadania broni, rasy czy orientacji seksualnej.

W tym kontekście warto przywołać słowa Brada Smitha, dyrektora Microsoftu ds. korporacyjnych i prawnych, które padły przed rokiem.

Niestety internet stał się dla niektórych rządów drogą do kradzieży i wycieku informacji, rozprzestrzeniania dezinformacji i sondowania oraz potencjalnej manipulacji systemami głosowania – mówił Smith.

Oczywiście nie twierdzę, że za próbą rozprzestrzenienia drastycznych treści związanych z zamachem stoi konkretnie Rosja, ale warto pamiętać, że tego typu wydarzenia łatwo wykorzystać w celach politycznych.

Odpowiedź trzecia jest najsmutniejsza: publiczność oczekuje krwi.

Internetowa publiczność lubi igrzyska. Spora część z nas chętnie zajrzałaby do czarnych worków i przyjrzała się ofiarom katastrof czy masakr. Znam ludzi, który z dużym zapałem poszukiwali zdjęć ofiar katastrofy smoleńskiej, które jakiś czas temu wyciekły do internetu.

Trudno powiedzieć czy mierzymy się w ten sposób z tabu, czy może szukamy po prostu mocnych wrażeń. Media nauczyły nas swoistego braku szacunku do śmierci. Wystarczy przyjrzeć się wielu nagrodzonym zdjęciom na takich konkursach jak World Press Photo, by zobaczyć jak przesuwa się granica i jak fotoreporterzy patrzą, całkiem dosłownie, śmierci w oczy.

Facebook zapewnia łatwe dzielenie się treściami. Jeżeli dodamy poczucie wyimaginowanej misji niektórych internautów, możemy łatwo wytłumaczyć zapał w udostępnianiu filmów z tragedii.

Kilka lat temu, przy okazji zamachu w Bostonie wielu z nas ekscytowało się siłą mediów społecznościowych (wówczas szczególnie Twittera). Miały one już na zawsze wpłynąć na sposób relacjonowania wydarzeń. Mniej mówiło się wówczas o drugiej stronie medalu i choćby polowaniu na czarownice, które urządzili użytkownicy Reddita.

Media społecznościowe wyparły nieco wcześniejsze zjawisko, które ochrzczono mianem dziennikarstwa obywatelskiego. To ostatnie miało być remedium na słabości zawodowego dziennikarstwa. Dowodzono, że każdy może być dziennikarzem – relacjonować wydarzenia czy nawet uprawiać publicystykę. Szybko (bo zaledwie w ciągu paru lat) okazało się, że dziennikarstwo obywatelskie nie może być wiosną mediów. Dlaczego? Bo zdominowali je użytkownicy reprezentujący skrajne postawy, a także twórcy fake newsów.

Bez względu na to, która odpowiedź na pytanie o popularność filmów z masakry w Nowej Zelandii jest prawdziwa (zapewne każda po trochu), jedno jest pewne: żyjemy w czasach, gdy znacznie trudniej zatrzymać strumień informacji. Moderacja wspomagana uczeniem maszynowym jeszcze długo nie będzie w 100 proc. skuteczna.

Dołącz do dyskusji