Devil May Cry 5 to fanservice na całej linii. Capcom stworzył grę pod dyktando fanów serii

Recenzja/Gry 12.03.2019
Devil May Cry 5 to fanservice na całej linii. Capcom stworzył grę pod dyktando fanów serii

Devil May Cry 5 to fanservice na całej linii. Capcom stworzył grę pod dyktando fanów serii

W Devil May Cry 5 występują wszyscy uwielbiani bohaterowie i złoczyńcy. Powracają znane i lubiane postaci. Kultowe bronie są ostrzone na nowo. Nie mogło nawet zabraknąć nagich bohaterek do uratowania. Nowa produkcja Capcomu została stworzona typowo pod gusta graczy. To fanservice pełną gębą.

Gdyby dać fanowi DMC kartkę, ołówek i 30 minut czasu, stworzyłby scenariusz w olbrzymiej mierze podobny do historii Devil May Cry 5. Fabuła to jeden z najsłabszych elementów gry akcji. Można ją przewidzieć niemal od początku. Zakończenie jest czytelne i pozbawione niespodzianek. Co jednak z tego, skoro bawiłem się doskonale i mam ochotę na więcej. Infantylny scenariusz nie jest dla mnie przeszkodą na tyle dużą, by rezygnować z przechodzenia DMC5 po raz drugi. Tym razem na poziomie Dante Musi Umrzeć.

Capcom sporządził listę ulubionych postaci, złoczyńców, broni i motywów, a następnie wrzucił wszystko do DMC5.

Deweloperzy Devil May Cry 5 wyznają prostą zasadę: ładniej, więcej, mocniej. Aby pogodzić wszystkich herosów stworzonych na przestrzeni dwóch dekad, do gry wprowadzono aż trzy grywalne postaci: doskonale znanego Dantego, Nero z DMC4 oraz tajemniczego V. Początkowo to właśnie ten ostatni wydaje się najciekawszy. Jego styl walki, polegający na dowodzeniu demonami, jest potężnym odświeżeniem. Smaczku dodaje fakt, że sługusy V przypominają demony z pierwszego Devil May Cry…

Z trzema grywalnymi bohaterami jest związany dziwaczny system online. Część misji ma dwu- oraz trójtorowy charakter. Gdy jako Dante walczymy z demonami na platformie, pod nami Nero robi to samo na wielkiej arenie. Wtedy herosem z DMC4 jest inny gracz, który przechodzi własną kampanię fabularną. Problem polega na tym, że w ogóle nie czuć tej obecności drugiego łowcy. Równie dobrze mógłby to być NPC. Pod koniec takiej kooperacyjnej (zbyt duże słowo) misji gracze wystawiają sobie pozytywne oceny, za co dostają przedmioty do wykorzystania. To tyle.

Równoległy tryb wieloosobowy był reklamowany jako innowacja DMC5. Coś zupełnie nowego. Capcomowi nie udało się jednak wdrożyć tego novum na zadowalającym poziomie. Czasami nie wiadomo nawet, że drugi gracz znajduje się w tej samej lokacji. Współpraca jest szczątkowa, a zazwyczaj nie ma jej w ogóle. Multiplayer miał być lewarem bezpieczeństwa dla producentów. Ich lśniącą tarczą przed zarzutami o powielaniu startych schematów. Wyszedł co najwyżej drewniany puklerz.

Pal licho multiplayer, skoro walka offline daje gigantyczną frajdę. No i ta muzyka!

Capcom wrócił do uwielbianego przez fanów systemu ocen. Każde starcie z demonami to okazja do popisu. Im dłuższe, bardziej zróżnicowane i bardziej skomplikowane kombinacje, tym lepszą notę dostajemy. D, C, B, A, S, SS oraz SSS – od tych ocen zależy nie tylko liczba zdobytych punktów, ale również część specjalnych umiejętności oraz… muzyka. Im wyższa nota, tym głośniej i szybciej grają energiczne kawałki. Gwarantuję wam; gdy pierwszy raz zdobędziecie SSS, a w tle zacznie grać Devils Never Cry, będziecie się szczerzyć od ucha do ucha. Muzyka to trafiona nagroda za znajomość ciosów i kombinacji.

Jeśli jednak cały czas zdobywasz D, C oraz B, jest na to rada. Devil May Cry 5 posiada tryb automatycznego klejenia combo. Dzięki niemu wyższe noty wpadają jak z seria z karabinu, podczas gdy gracz wciska zaledwie jeden przycisk ataku. Taki ukłon w kierunku żółtodziobów to coś potrzebnego. Dzięki automatowi nowicjusz może odkryć, jak powinna wyglądać prawdziwa walka w DMC5. Wygląda z kolei obłędnie!

Capcom osiągnął mistrzostwo na płaszczyźnie starć z demonami. W tej grze nie istnieje coś takiego jak zmęczenie materiału, nuda czy powtarzalność. Każda konfrontacja to okazja do spróbowania czegoś nowego. Cenna lekcja, dzięki której uczymy się wartościowych przejść, kombinacji oraz ataków. Twórcy rzucają w gracza nowymi broniami oraz umiejętnościami praktycznie do napisów końcowych. Zawsze mamy technikę do przyswojenia albo broń do poznania i ulepszenia. Żeby odblokować (i opanować!) całą paletę ruchów, nie obejdzie się bez dwóch albo trzech przejść gry.

Jest niezwykle efektownie. Grając w Devil May Cry 5, czułem się jak w Dragon Ballu.

Z każdą kolejną godziną zyskujemy dostęp do coraz silniejszych umiejętności. Najpotężniejszą z nich jest przemiana w demona, będąca jednym z głównych motywów DMC5. Demoniczna forma to większa szybkość, siła oraz wytrzymałość, a także seria unikalnych ciosów i kombinacji do wprowadzenia. Capcom idzie jednak o krok dalej i wnosi demoniczne transformacje na zupełnie nowy poziom. Coś jak Goku przechodzący z SSJ na SSJ3.

Analogia do Dragon Balla nie jest przypadkowa. Im bliżej napisów końcowych, tym bardziej niesamowite i efektowne są walki. Latanie, wielkie fale uderzeniowe, potężne wyładowania energetyczne, kule ognia – wszystko to zostaje wszyte w mechanikę rozgrywki, a ja tylko przecieram oczy z niedowierzania. Jest cholernie epicko. Devil May Cry 5 to jedna z niewielu gier, w których czuć, że trzymamy w dłoniach moc większą, niż jesteśmy w stanie wykorzystać. Tym bardziej zacieram ręce na New Game+, do którego przenoszą się wszystkie zdobyte bronie, przedmioty oraz umiejętności.

Muszę również pochwalić RE Engine. Ten silnik jest absolutnie fenomenalny.

Devil May Cry 5 oferuje rozgrywkę w 60 klatkach na sekundę. Również na konsolach. Wszystko to na silniku, który został napisany na potrzeby nowych gier z serii Resident Evil. RE Engine okazuje się niezwykle elastyczną bestią. Ten sam engine zasila Resident Evil 7 na goglach PSVR, a także DMC5 w 60 klatkach na podstawowej wersji konsoli. Szkoda tylko, że przygodom łowców towarzyszy tak wiele ekranów ładowania. Sabotowanie szybkiej, intensywnej rozgrywki długim wczytywaniem powinno być ścigane z urzędu oraz bezwzględnie karane.

Sama gra wygląda za to kapitalnie. Modele postaci to małe dzieła sztuki. Bohaterowie posiadają gigantyczną paletę ekspresji. Emocje wręcz od nich biją. Tekstury otoczenia są ostre jak brzytwa, a efekty świetlne zachwycają nawet bez HDR. Do tego część lokacji jest zadziwiająco szczegółowa i bogata w detale. Szkoda, że później ten efekt drobiazgowości gdzieś się gubi, a korytarze zaczynają być monotonne i powtarzalne. Jednak w ogólnym rozrachunku DMC5 jest absolutnie prześliczny.

Prawie najlepszy Devil May Cry w historii.

Capcom idzie na łatwiznę. Twórcy grają na sentymentach oraz startych motywach uwielbianych przez fanów. Biorąc jednak pod uwagę, że poprzedni DMC wyszedł w 2007 r. (DmC nie liczę), powtarzalność schematów nie przeszkadza. Świetnie jest wrócić do Dantego i jego ekipy. Zobaczyć, co dzieje się u bohaterów, których polubiliśmy w erze PlayStation 2. Ceniąc poprzednie gry, po prostu nie da się nie lubić Devil May Cry 5. To udowodnione naukowo.

Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z najlepszą odsłoną w historii. Nietrafiony multiplayer, spłaszczone postaci żeńskie, częste ekrany ładowania oraz przewidywalna historia to elementy, które skutecznie zaniżają ostateczną ocenę. Rewelacyjny Devil May Cry 3: Dante’s Awakening wciąż pozostaje niedościgniony, trwając na tronie nieprzerwanie od 2005 r.

Największe zalety:

  • Jest tutaj wszystko, za co fani kochają DMC
  • Trzech ciekawych bohaterów o zróżnicowanym stylu
  • Walka wyniesiona na zupełnie nowy poziom
  • Połączenie systemu ocen z muzyką
  • Grafika i płynność
  • Devil Trigger!
  • Lepszy z serii jest tylko DMC3

Największe wady:

  • Czasami fanservice wylewa się bokami
  • Spłycenie żeńskich postaci
  • Częste ekrany ładowania
  • Naiwna, przewidywalna historia

Devil May Cry 5 zajmuje zaszczytne drugie miejsce na demonicznym podium.

Dołącz do dyskusji