Wargroove to urocza strategia w stylu Fire Emblem. Od połowy gry rozpoczyna się piekło – recenzja

Recenzja/Gry 05.02.2019
Wargroove to urocza strategia w stylu Fire Emblem. Od połowy gry rozpoczyna się piekło – recenzja

Wargroove to urocza strategia w stylu Fire Emblem. Od połowy gry rozpoczyna się piekło – recenzja

Jest kolorowo, baśniowo i bardzo retro. Nawet nekromanta władający krainą nieumarłych nie wydaje się zbyt straszny. Mimo tego Wargroove śni mi się w koszmarach. Wszystko przez poziom trudności, który w drugiej połowie kampanii rośnie jak dług Grecji.

Człowiek może się poczuć jak Jon Snow broniący Muru przed Innymi. na krańcach mapy pojawiają się kolejne jednostki nieumarłych, podczas gdy armia królestwa Cherrystone nie może liczyć na żadną pomoc. Aby wytrwać kolejne natarcie wroga, muszę grać w zasadzie bezbłędnie. Każda strata łuczników, balisty albo trebusza to w zasadzie Game Over. Pomyśleć, że jeszcze kilka misji temu wbijałem się konnicą w piechotę wroga jak nóż w masło…

Wargroove to mieszanina Advance Wars i Fire Emblem podana w sosiku retro.

Gracz kieruje poczynaniami kilkunastu jednostek pod dowództwem jednego z fabularnych czempionów. Każdy unikalny heros ma swoją potężną umiejętność specjalną, a także ogromną siłę ataku i wielką pulę wytrzymałości. Dlatego pokonanie takiego czempiona zazwyczaj oznacza wygranie bitwy, niezależnie od alternatywnych warunków opisujących zwycięstwo w danej misji. Bohaterowie to jednocześnie największa siła, ale również największa słabość czterech frakcji dostępnych w Wargroove.

W przeciwieństwie do serii Fire Emblem, nie należy się tutaj przywiązywać do żołnierzy. Jednostki nie awansują z poziomu na poziom, nie rozwijają umiejętności ani nie zwiększają statystyk. Utracona piechota czy konnica jest bardzo łatwa do uzupełnienia, a czasami straty są nieuniknione. Zwłaszcza jeżeli chcemy osiągnąć szybkie i zdecydowane zwycięstwo. Samobójcze misje zorganizowane z myślą o zabójstwie wrogiego kapitana to jedna ze skuteczniejszych taktyk w pierwszej połowie kampanii.

Zamiast statystyk i poziomów twórcy stawiają na rekrutację oraz budynki.

W przeciwieństwie do serii Fire Emblem, od posiadanych jednostek ważniejsze są posiadane budynki. To dzięki nim gracz zapewnia sobie regularny dopływ złota, za które werbuje nowych wojaków. Dlatego koszary to najważniejsza struktura, jaką można posiadać w grze. Im więcej zajętych koszarów, tym więcej jednostek możemy zwerbować w ciągu jednej tury. Oczywiście o ile podporządkowaliśmy sobie wcześniej odpowiednio wiele miasteczek, stanowiących źródło podatków.

W praktyce stratedzy preferujący dłuższe, bardziej usystematyzowane starcia mogą stworzyć prawdziwe pole bitwy. Takie z liniami zaopatrzenia, linią frontu, warowniami, posterunkami na wzgórzach i patrolach przy mostach oraz drogach. Wozy transportowe o dalekim zasięgu potrafią dowozić nowe jednostki bezpośrednio z koszar na samą linię frontu. Z kolei ranne jednostki wycofujące się do miasteczek powinny leczyć rany oraz uzupełniać braki.

Powyższy opis średnio pasuje do zrzutów ekranu, jakie wykonałem grając w Wargrrove na Nintendo Switchu. Niech jednak nie zwiedzie was prosta, rozpikselowana grafika w stylu retro. Wszystko co opisałem wyżej jest możliwe do zrealizowania podczas rozgrywki. W czasie klasycznego starcia PvP (po sieci albo przed jednym ekranem) taka dobrze naoliwiona machina wojenna stanowi ABC skutecznego stratega. Usystematyzowane działania militarne z wydajnymi liniami zaopatrzenia to połowa sukcesu na serwerach.

Początkowo byłem oczarowany Wargroove. Potem kampania zamieniła się w piekło.

Advanced Wars, Final Fantasy Tactics, Fire Emblem, X-COM – mam na swoim koncie wiele turowych strategii. Nie przypominam sobie jednak, żeby którakolwiek z nich dała mi tak popalić na średnim poziomie trudności co Wargroove. Producenci kompletnie popłynęli w drugiej połowie kampanii, zalewając gracza falami coraz trudniejszych do pokonania jednostek. Golemy, latające wampiry, wiedźmy na miotłach – jednostki nieumarłych dosłownie wlewają się na terytorium gracza.

Scenariusz wymusza rozgrywkę skrajnie defensywną. Każda rozpaczliwa próba ataku jest karana w bezwzględny sposób. Nie tylko utratą jednostki, ale również przerwaniem szyku defensywnego. Wargroove nie jest tytułem, w którym powinno się podejmować ryzyko. Przeciwnie – najlepiej ufortyfikować się na wygodnych pozycjach, odpierać ataki drugą linią łuczników i balist oraz czekać na załadowanie specjalnej umiejętności bohatera. Ta pozwala złapać nieco oddechu, ale chwilę potem na obrzeżach mapy pojawiają się kolejni nieumarli. Walka o przetrwanie zaczyna się na nowo.

Problem polega na tym, że kreatywny fan Final Fantasy Tactics albo serii X-COM potrafił obrócić losy bitwy na swoją korzyść. Korzystał z przemyślanych, wybiegających kilka tur do przodu strategii, aby role atakującego i obrońcy uległy zamianie. Brakuje mi tego w Wargroove. Być może jestem zbyt głupi, aby wykonać fortel odwracający losy bitwy. Być może nie poznałem jakiejś sekretnej mechaniki. Nie wykluczam tego. Fakt jest jednak taki, że te najtrudniejsze walki mogłem wygrać wyłącznie grając defensywnie i zachowawczo.

Wargroove to nie tylko kampania oraz PvP. Ważną częścią gry jest kreator map i scenariuszy.

Twórcy strategii sprytnie wykorzystują prostą oprawę graficzną produkcji, zamieniając ją na kreatywny plac budowy. Gracz otrzymuje narzędzia do tworzenia własnych pól bitew, swobodnie rzeźbiąc w plastycznym terenie 2D. Edytor nie posiada żadnych wyraźnych ograniczeń, oczywiście poza tymi dotyczącymi powierzchni. Nie da się ukryć, że podczas starcia online czterech graczy zaczyna być bardzo ciasno.

Co świetne, posiadacz Wargroove może tworzyć nie tylko własne mapy, ale również własne kampanie. Amatorskie przygody będą posiadać proste sceny przerywnikowe, chmury dialogowe i fabularne zwroty akcji. Wbudowana w grę wyszukiwarka scenariuszy już podsuwa mi bardzo ciekawe propozycje, jak na przykład eksploracja nawiedzonego zamczyska, walka o przetrwanie na opuszczonej wyspie czy dominacja całej kuli ziemskiej.

Kampania stworzona przez gracza może składać się z wielu misji połączonych mapą świata. Teraz najlepsze: edytor pozwala również na tworzenie kampanii kooperacyjnej. Chcesz razem ze znajomym przejść ciekawą historię przed jednym ekranem, współpracując na polu bitwy? Wargoove na to pozwala. Coś kapitalnego. Edytor to wielka wartość dodana dla tego tytułu, która radykalnie wydłuża żywotność strategii.

Wargroove to solidny kandydat do tytułu najlepszej gry niezależnej 2019 r.

Ta niepozorna strategia jest wypchana po brzegi zawartością. Kampania to 30 zróżnicowanych misji spiętych prostą, naiwną historią fantasy. Gra wspiera rozgrywkę multiplayer po sieci oraz przed jednym ekranem. Do tego tytuł posiada edytor misji oraz scenariuszy, dzięki któremu można tworzyć zupełnie nowe przygody. Również takie, które rozegramy w trybie kooperacji ze znajomym.

Taki kooperacyjny model świetne pasuje do Nintendo Switcha. Zwłaszcza, że do obsługi gry wystarczy połówka Joy-Cona. Drugi kontroler podajesz znajomemu i już możecie walczyć o królestwo w pociągu albo samolocie. Dzięki prostej grafice oraz siermiężnemu interfejsowi Wargroove jest bardzo czytelne na ekranie tabletu. Warto dodać, że gra zadebiutowała również na konsoli Xbox One oraz komputerach osobistych. Gdyby tego było mało, strategia wspiera cross-play między wszystkimi wyżej wymienionymi systemami. Posiadasz Switcha, a twój znajomy Xboksa? Żaden problem, wciąż możecie grać razem.

Największe zalety:

  • Edytor map oraz scenariuszy
  • Mechanika ciosów krytycznych, werbunku i uzupełniania strat
  • Humor!
  • Cross-play między PC, Xboksem i Switchem
  • Psy bojowe uciekają, nie giną

Największe wady:

  • Jednostki frakcji różnią się tylko kosmetycznie
  • Szalejący poziom trudności
  • Brak kar/systemu rankingowego dla graczy online

Mamy dopiero luty, ale jestem przekonany, że Wargroove to jeden z kandydatów na najlepszą grę niezależną całego roku.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji