Chyba czas już sobie powiedzieć, że Red Dead Redemption 2 jest jednak rozczarowaniem

Felieton/Gry 12.02.2019
Chyba czas już sobie powiedzieć, że Red Dead Redemption 2 jest jednak rozczarowaniem

Chyba czas już sobie powiedzieć, że Red Dead Redemption 2 jest jednak rozczarowaniem

Na początek kilka słów o mnie. Nazywam się Kuba i pierwszą część Red Dead Redemption uznaję za najlepszą grę XXI wieku.

Nic zatem dziwnego, że Red Dead Redemption 2 zamówiłem jeszcze przed premierą (dotąd w karierze gracza trwającej od 1991 r. zdarzyło mi się to tylko raz, przy okazji Wiedźmina 3). Zamówiłem, odpaliłem, pograłem. Następnego dnia pograłem, przez kilka kolejnych dni grałem i zapomniałem. Potem powrotów było jeszcze kilka, nie mam jednak pewności, czy kiedykolwiek uda mi się przejść Red Dead Redemption 2 do końca.

Ta gra jest nudna

Jestem świadomy tego, że w sieci na temat gry możemy przeczytać niemal wyłącznie peany. Ba, sam wygłaszałem je moim kolegom pecetowcom w ciągu pierwszego tygodnia po premierze.

Jestem też świadomy, że w internecie można natrafić na liczne głosy merytorycznej krytyki. Zgadzam się z nią w zupełności i nie popieram prób odbijania tych zarzutów stwierdzeniami, że to jest gra dla dorosłych.

Otóż nie, dorosłość nie ma tutaj nic do rzeczy. Rockstar Games schrzanił robotę na poziomie technicznym i to w tak wielu miejscach, że momentami człowiek zastanawia się, czy przy produkcji nie pomogli mu ludzie z Piranha Bytes.

Ta gra jest męcząca

Nie sposób nie zakochać się w Red Dead Redemption 2 od pierwszego wejrzenia. Wprawdzie inspirowane jest bardziej nowymi westernami Tarantino, niż klasyką od Sergio Leone. Ale blichtr, kunszt, artyzm, przesyt, rozmach biją z ekranu już od pierwszych sekund spędzonych z grą. I ta grafika! Rany, gdybym miał komuś wytłumaczyć, czym jest gra komputerowa, jak wygląda doskonałość osiągnięta na rok 2019 przez gry komputerowe, pokazałbym mu Red Dead Redemption 2. Ale nie dałbym mu w nią grać.

Oto bowiem miłość od pierwszego wejrzenia pryska. Ale nie robi tego szybko. Nie, przez pierwsze godziny z grą już wiesz, że coś jest nie tak, ale głośno powtarzasz sobie, że wszystko będzie w porządku. Że się musisz przyzwyczaić, inne sterowanie, że konwencja westernu, tak chcieli twórcy, a oni się znają. Jest fajnie.

Ta gra jest irytująca

Tylko nie jest. Jesteś wielkim fanem Red Dead Redemption. Idealizujesz ją (jeśli to w ogóle koniecznie). Gloryfikujesz ją. Rozumiesz ją – czemu fabuła toczy się tak, a nie inaczej. Doceniasz rzekomo nudne misje o wypasaniu bydła i budowaniu relacji z synem. Bo tak ma być, taki jest western, taka jest sztuka.

W Red Dead Redemption 2 albo sztuki jest za dużo jak na mojego chłopskiego pada (czego nie wykluczam), albo też to już nie jest sztuka, tylko odpowiednik jakiegoś pretensjonalnego filmu niezależnego, o bawołach przemierzających stepy Kazachstanu.

Oto bowiem Red Dead Redemption 2 nudzi, męczy i irytuje

To nie jest tak, że robi to cały czas – skądże znowu. Są randki lepsze i randki gorsze, ale przecież nie o to w grach dekady chodzi, by wracać do domu z poczuciem zniesmaczenia, bo dziewczyna puszczała śmierdzące bąki w filharmonii.

Zabawa w Red Dead Redemption 2 jest toporna. Psuje ją przesadny realizm. Nie wiem, w którym momencie studio od rozjeżdżania przechodniów, porywania samolotów i zbierania fragmentów statku kosmicznego powiedziało sobie klocuchowe „chcemy, żeby nasza nowa gra była taka, jak w prawdziwości”.

W rezultacie frustruję się oglądając setną animację skórowania zwierzęcia i ograbiania zwłok, których nie da się przerwać bez jakiegoś karkołomnego wykorzystywania błędów gry. Za każdym razem muszę pamiętać o tym, aby zabrać z konia rynsztunek. Irytuje mnie fakt, że istotną częścią zabawy jest właśnie polowanie, jednak gra moich trudów w dostateczny sposób nie wynagradza. Jeśli ktoś nie cierpi na obsesję kończenia gier w 100 proc. – a Red Dead Redemption 2 z tej obsesji skutecznie leczy – to większa część aktywności pobocznych staje się zbędna i mało interesująca.

Ta gra frustruje

Mało interesująca jest również fabuła. Nie czuję się związany z bohaterami, a w jeszcze większym stopniu przestają mnie oni interesować, gdy większa część misji sprowadza się do schematu polegającego na wspólnej podróży na koniu przez 10 minut i wymieniania umiarkowanie fascynujących refleksji. Potem trochę postrzelać. Schemat zapętlić. No gra dekady.

A misje główne trzeba robić, bo wbrew powszechnym opiniom świat gry wcale nie wydaje się interesujący i wypełniony zawartością. Nie, na mapie można się solidnie wynudzić i pod tym względem gra ustępuje chociażby – aż nie wierzę, że to piszę – Assassin’s Creed: Origins. A spędzimy tam wiele czasu, ponieważ nieracjonalne mechaniki gry wymagają notorycznych kursów po – jak już ustaliliśmy – nie aż tak wypełnionych treścią terenach.

A przecież to wszystko nie odbywa się z gracją i lekkością, tylko okraszone jest naprawdę bardzo topornym sterowaniem, które lata świetności ma już za sobą. Ani przyjemnie nie jeździ się tutaj konno, ani nie cieszy eksploracja pomieszczeń. Nawet ze strzelaninami coś jest nie tak. Pojedynki w bullet time z pierwszego RDR były esencją tej gry, tym razem perspektywa strzelaniny budzi tylko irytację z powodu nadchodzącej frustracji.

Czy arcydzieło może być zarazem przeciętną grą?

Ocenienie i próba kategoryzacji RDR 2 są bardzo trudne. Bo to absolutnie kandydat do Oscara i zdobycia 12 statuetek. A z drugiej strony to taki typ kandydata, którego potem widzisz w telewizji i przerzucasz kanał na Comedy Central, bo nie masz ochoty się z nim znowu mierzyć.

A to świadczy o kowbojach Rockstara bardzo niedobrze. Zrobili piękną, ale nieporywającą, niezbilansowaną grę, która czaruje od pierwszego wejrzenia, a potem z każdą kolejną godziną męczy, nudzi i irytuje. Z jednej strony nie mam najmniejszych złudzeń: Red Dead Redemption 2 to arcydzieło. W pełnym znaczeniu tego słowa. Ale zarazem nie jest to gra, do której planowałbym jeszcze kiedyś wracać. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałem.

Dołącz do dyskusji