Grafen to tylko smutna puenta. Oto inne wynalazki, których nie wykorzystała polska nauka

Artykuł/Biznes 07.02.2019
Grafen to tylko smutna puenta. Oto inne wynalazki, których nie wykorzystała polska nauka

Grafen to tylko smutna puenta. Oto inne wynalazki, których nie wykorzystała polska nauka

Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało – przyśpiewka znana głównie ze spotkań piłkarskiej reprezentacji Polski (a i tu rzadko ostatnio słyszana) może spokojnie wrócić do użytku w związku z ostatnimi doniesieniami w sprawie grafenu

Choć w punkcie wyjścia mieliśmy jako pierwsi technologię masowej produkcji tego materiału, dzisiaj coraz bardziej zostajemy w ogonie za resztą świata. Przyznaje to od pewnego czasu „ojciec polskiego grafenu” dr Włodzimierz Strupiński. Podobny obraz wyłonił się też z ostatniej publikacji „Rzeczpospolitej”. Ale przecież do zaprzepaszczania takich szans zaczynamy już się przyzwyczajać.

Nie jest to wszak pierwsza sytuacja, w której Polska właściwie na własne życzenie traci szansę na doszlusowanie do elity światowej innowacyjności. Oto kilka podobnych przykładów.

Przespaliśmy szansę związaną z niebieskim laserem.

A dokładniej diodą laserową zbudowaną na bazie azotku galu. Najbardziej popularnym, docierającym pod strzechy efektem tego odkrycia jest obecnie czytnik BluRay. Na rynek wprowadziło go jednak Sony. Japończycy wyprzedzili nas, bo polscy naukowcy, chcąc jak najlepiej dopracować technologię, zbyt długo zwlekali z wypuszczeniem jej z laboratorium.

Obudziliśmy się dopiero w 2015, gdy firma Top GaN zaczęła rozglądać się za możliwością komercjalizacji. Wcześniej jeden z twórców chwalił się w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”, że to Polska produkuje najdoskonalsze monokryształy GaN, z których wykonuje się podłoża do laserów. Tylko co z tego, skoro w tym samym czasie Japończycy robili już na tej technologii pieniądze?

Temat BluRaya odbił nam się głośną czkawką także bardzo niedawno, a to za sprawą polskiej firmy Ammono.

Mała polska spółka, o której nigdy nie słyszeliście, wyprzedza tytanów techniki w technologii kluczowej dla XXI wieku – tak reklamował pracę naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego i Politechniki Warszawskiej dr Richard Stevenson z Cambrigde.

Nasi badacze wyhodowali dwucalowy kryształ azotku galu – półprzewodnika używanego do produkcji niebieskich laserów. Jego użycie miało sprawić, że komputery będzie można zmniejszyć do rozmiaru długopisu.

W 2010 roku Ammono wypracowało obroty na poziomie miliona euro. I zaczęły się kłopoty. By wskoczyć na wyższy poziom firma potrzebowała inwestycji. Dogadała się z cypryjskim inwestorem, ten zarzucił jednak Polakom marnotrawstwo środków i próbował wymiksować się z umowy.

Polska spółka stanęła na granicy bankructwa. Ostatecznie Agencja Rozwoju Przemysłu udzieliła kredytu Instytutowi Wysokich Ciśnień PAN na zakup Ammono w ramach przetargu. Niezależenie od finalnego efektu, ostatnie lata zostały jednak całkowicie zmarnowane

Paliwo z CO2.

W 2009 roku Polaków zelektryzował news o tym, że prof. Dobiesław Nazimek z Zakładu Chemii Przemysłowej UMCS opracował metodę wytwarzania paliwa z dwutlenku węgla. Niedługo później pojawiły się wyliczenia, z których wynikało, że litr kosztowałby w granicach 2,50 zł. Co się stało później? Ministerstwo Gospodarki nie wykazało zainteresowania. W 2014 gruchnęła za to wieść, że Audi buduje zakład, który pozwala na uzyskiwanie paliwa z CO2.

Prace w tym kierunku trwają zresztą do tej pory. Bill Gates wykłada obecnie pieniądze na projekt kanadyjskiej firmy Carbon Engineering. Chodzi o wytwarzanie benzyny i ropy z dwutlenku węgla i wodoru. A na fali walki z globalnym ociepleniem takie pomysły będą się przecież mnożyć. W Polsce także – przykładem jest stacja Tauronu w Łaziskach, która CO2 przerabia na syntetyczny gaz ziemny. Tyle, że w ten sposób znów gonimy konkurencję, nad którą jeszcze do niedawna mogliśmy mieć przewagę czasu.

Mrzonki o potędze w 3D.

Polska potęgą w budowie drukarek 3D – twierdził raport przygotowany przez Deloitte w 2015 roku. A miało być tylko lepiej, bo wartość globalnego rynku w tych segmentach dynamicznie rośnie (z 4,8 mld dol. do 20 mld dol. w 2020). Po latach bombastyczne plany trzeba było nieco zweryfikować.

Nie sztuką jest bowiem wyprodukować drukarki 3D, a je sprzedać. Wskazywał na to w rozmowie z serwisem Centrum Druku 3D Adam Kozubowicz z zarządu Stowarzyszenia Polskiej Branży Druku 3D. – Mali producenci już się po prostu nie przebiją na rynki światowe – zbyt małe zaplecze finansowe, zbyt mało doświadczenia – wskazywał.

Zasłona spadła przy okazji afery z Zortaxem. Znany polski producent pochwalił się dużym kontraktem z Dellem. Dell oświadczył z pewnym opóźnieniem (marne 2,5 roku), że wielokrotnie prosił o wycofanie tej informacji z medialnego obiegu. Inna sprawa, że akurat ta firma i tak pozostaje mimo wszystko synonimem sukcesu – dzisiaj dostarcza urządzenia takim gigantom jak Bosch, NASA czy Faurecia.

Tworząc zaawansowane technicznie drukarki pozostaje jednak na naszym rynku jednym z wyjątków. Większość rodzimych producentów ogranicza się do sprzedaży prostych drukarek typu RepRap. A w ten sposób trudno budować przewagę konkurencyjną.

Co poszło nie tak?

Wyjaśnień będzie zapewne tyle, ilu ekspertów. Warto jednak przytoczyć chociażby wnioski prof. Janusza Czapińskiego. Autor „Diagnozy Społecznej” jest zdania, że Polakom po prostu brakuje umiejętności współpracy (radzi z tym sobie jakieś 11 proc. z nas), dowodząc jednocześnie, że czasy geniuszy, którzy tworzą przełomowe rozwiązania w zaciszu gabinetów już dawno minęły.

Na inny aspekt zwraca uwagę Jeremi Mordasewicz z BCC. – To nie jest tak że nie jesteśmy innowacyjni – przekonuje w rozmowie ze SpidersWeb. – Problem tkwi w strukturze naszej gospodarki – dodaje.

Mordasewicz narzeka na zachowawczą politykę gospodarczą prowadzoną przez kolejne rządy. – Wspieramy niskoproduktywne sektory. Rolnictwo dostaje rocznie 50 mld dotacji, duża część z tego pochodzi z budżetu Na badania wydajemy 1/5 tej kwoty. Dotujemy górnictwo na poziomie 10 mld zł. A za te pieniądze można prowadzić badania z zakresu energetyki odnawialnej – kwituje.

Wpływ państwowych firm.

Zdaniem eksperta BCC, ciężar wdrażania innowacji leży na dużych firmach. W Polsce, w praktyce, na spółkach Skarbu Państwa.

– Takie spółki z natury są zachowawcze. Menedżerowie wybierani są z klucza politycznego. Zazwyczaj brakuje im doświadczenia we wdrażaniu innowacji. Nie mają za sobą długoletniej kariery w firmach, w których mogliby się tego nauczyć. Z całym szacunkiem, ale jeżeli szefem takiej firmy zostaje wójt, to szansa, że narzuci firmie kulturę innowacji jest znikoma – opowiada.

  • Jeżeli byśmy chcieli zwiększyć gotowość do ryzyka, to musimy sprywatyzować państwowe firmy, tak by nie były uzależnione od polityki – dorzuca.

Na ciekawy aspekt związany z polską innowacyjnością zwrócił też uwagę analityk Piotr Żółkiewicz. Z jego doświadczeń wynika, że wielu naukowców nie jest zainteresowanych komercjalizacją. Wystarczy im fakt pracy nad wynalazkiem. W murach uczelni czują się bezpieczniej niż na biznesowych salonach. A potencjalny inwestor widząc tę niechęć czuje potem opory przez włożeniem pieniędzy w projekt. Bo opracowanie produktu opracowaniem produktu, ale skąd wytrzasnąć potem osobę, która wprowadzi go z sukcesem na rynek?

Mordasewicz dodaje do tego konieczność skonsolidowania jednostek badawczych. – Zamiast, dajmy na to 6 kiepskich zespołów, powstałby jeden silny. Mielibyśmy efekt synergii – puentuje.

Dołącz do dyskusji