Najlepsza rozgrywka w historii serii, ale historia gorsza niż przed laty. Resident Evil 2 – recenzja

Recenzja/Gry 22.01.2019
Najlepsza rozgrywka w historii serii, ale historia gorsza niż przed laty. Resident Evil 2 – recenzja

Najlepsza rozgrywka w historii serii, ale historia gorsza niż przed laty. Resident Evil 2 – recenzja

Komendant Irons to kawał skurczybyka. Szef policji Raccoon City ma w kartotekach przemoc domową, dwa gwałty oraz napaść seksualną. Najprawdopodobniej odpowiada również za smierć przynajmniej ośmiu kobiet, które zaginęły do momentu wybuchu epidemii. Niestety, gracz chwytający za remake Resident Evil 2 się tego nie dowie. Twórcy postanowili znacznie wygładzić, odchudzić i uprościć historię arcyzłożonego uniwersum, co uważam za największą wadę nowej gry.

Resident Evil to moja ukochana seria gier. Czy więc jestem odpowiednią osobą do pisania recenzji długo oczekiwanego remake-u? Tak, bo ta miłość trwa od 20 lat, jest dojrzała, rozsądna i odpowiedzialna. Gdy coś jest nie tak, nazywam to po imieniu. Bo chociaż Resident Evil 2 to wspaniały horror i absolutnie obowiązkowa pozycja dla miłośników grozy, cześć elementów mogła być lepsza. Moje największe rozczarowanie dotyczy fabuły oraz osadzenia RE2 w kontekście całego wspaniałego uniwersum.

Nowe Resident Evil 2 to odchudzona fabularnie, odcięta od poprzednich odsłon przygoda.

Twórcy postanowili ograniczyć do niezbędnego minimum wydarzenia z dwóch poprzednich odsłon (RE0, RE). W notatkach nie znajdziemy żadnej wzmianki o łotrze Weskerze. Nie poznamy również nazwisk ekipy S.T.A.R.S., nie licząc Chrisa Redfielda. Ten jest bowiem bratem głównej bohaterki i to z jego powodu Claire trafia do Raccoon City. Jednak cała reszta narracyjnej, fabularnej i historycznej spuścizny uniwersum zostaje pominięta. Wielka szkoda, bo akcja Resident Evil 2 to kulminacja wydarzeń dwóch poprzednich odsłon.

Wszystkie notatki, dzienniki i pamiętniki jakie znajdziemy w grze są krótsze i uproszczone względem oryginału. Zawierają mniej pikantnych detali oraz nawiązań do innych gier. Aż wróciłem do kultowego Resident Evil 2 z 1998 r., aby sprawdzić, czy pamięć płata mi figle. Niestety nie. Oryginalna historia jest znacznie bardziej szczegółowa, wielowątkowa i piramidalna. Remake to z kolei prosty, zamerykanizowany przekaz w stylu: zła korporacja, niewinne ofiary, trzeba uciekać z miasta. Mogło być na tym polu lepiej.

Skoro już narzekam, nieco na niekorzyść zmienił się także wystrój lokacji. Te stały się znacznie bardziej realistyczne i naturalne. Mniej w nich charakterystycznej dla serii niepokojącej egzotyki i ekstrawagancji. Liczba figur, obrazów i statuetek będących sekretnymi łamigłówkami została radykalnie obcięta. Więcej jest za to klasycznych sejfów, kłódek i terminali do odblokowania. Dzięki temu komisariat Raccoon City wydaje się bardziej namacalny i rzeczywisty. Nie ma w nim już tego niepowtarzalnego klimatu co w oryginale.

Narracyjne rozczarowanie wynagradza gameplay. Resident Evil 2 ma rewelacyjny model rozgrywki.

Pod względem wachlarza możliwości grze najbliżej do Resident Evil 6. Kamera znad ramienia pomaga przy celowaniu, a gracz posiada pełną swobodę poruszania się podczas wymiany ognia. Wbrew plotkom gra nie posiada alternatywnego trybu ze statycznymi ujęciami kamery, a przynajmniej mnie takiego nie udało się odblokować. Modderzy będą więc mieli pełne ręce roboty. Nie to, żeby dynamiczna kamera była zbrodnią na kultowym materiale źródłowym. W Resident Evil 2 gra się bardzo przyjemnie i bardzo naturalnie. Szybko zapomnicie, że ten tytuł posiadał kiedykolwiek tła w dwóch wymiarach.

Ruchy bohaterów pełne są drobiazgowych elementów i małych smaczków. Jestem pod gigantycznym wrażeniem tego, z jakim pietyzmem i jaką dbałością o detale podeszli do protagonistów twórcy. Na policyjnym uniformie Leona widać każdą plamkę krwi i każdą grudkę błota. Kurtka Claire moknie od deszczu i schnie przy ogniu. Bohaterów można skąpać po czubek głowy we krwi, jeśli z uporem maniaka będziemy kroić nożem ciała przeciwników. Świat gry silnie oddziałuje na protagonistów, co dotychczas miało miejsce tylko w RE7.

Największymi gwiazdami Resident Evil 2 są jednak zombie. Capcom zrobił coś niesamowitego.

Żywe trupy są bardziej wytrzymałe i bardziej uporczywe niż kiedykolwiek wcześniej. Celny strzał w mózg nie załatwia już sprawy. Podczas gry na średnim poziomie trudności musiałem wpakować od dwóch do siedmiu (!) kulek w głowę przeciętnego zombiaka, aby ten przestał się w końcu poruszać. Skąd taka zmiana? Zgaduję, że gdyby zombie były tak samo kruche jak w oryginale, gra okazałaby się zbyt prosta. Maszkary są bowiem bardzo powolne, a do tego jest ich mniej niż np. w Resident Evil 4. Stąd większa wytrzymałość, połączona z szokującym festiwalem gore.

Nowy Resident Evil 2 potrafi być niezwykle brutalny. Wypadające gałki oczne, odsłonięte czaszki, twarze tak zmasakrowane, że wyglądają jak mięso mielone… Początkowo byłem wręcz zdumiony stopniem brutalizacji rozgrywki. Krew tryska na ściany, flaki walają się po ziemi, a wrogowie przeżuwają rozszarpane ścięgna i mięśnie. Tak silne postawienie na gore nadaje RE2 nowego charakteru. Pierwiastka, który był nieobecny w oryginale. Gra zdobywa własną tożsamość, a niezwykle brutalne starcia są jej zasadniczą częścią.

Wielka wytrzymałość żywych trupów rodzi jeszcze jedną nową konsekwencję. Przeciwników zazwyczaj jest więcej niż naboi w magazynku. Dlatego Resident Evil 2 szybko zaszczepia w graczu styl rozgrywki, który nie opiera się na pokonaniu wszystkich potworów. Wydajniejsze okazuje się omijanie ich. W ten sposób grali dotychczas weterani serii oraz speedrunnerzy. Teraz podobną taktykę będzie stosować coraz więcej standardowych graczy. Najpierw przetrwanie. Potem walka. Ta filozofia jest aktualna aż do ostatniej lokacji, gdzie bohater biega już z miotaczem ognia, minigunem i wyrzutnią rakiet.

Resident Evil 2 to dwie historie, 16 godzin zabawy i apetyt na znacznie więcej.

Wzorując się na oryginale z 1998 r, gra posiada aż cztery scenariusze: Leon, Leon 2th run, Claire oraz Claire 2th run. Drugie podejścia to nieco skrócone kampanie pomijające wspólne sekwencje dotyczące obu bohaterów. Dzięki temu gracze nie muszą ponownie przechodzić dokładnie tych samych fragmentów, a zawartość nie nakłada się na siebie. To dobry pomysł. Jeszcze lepszym jest silne odróżnienie od siebie obu kampanii za sprawą zupełnie nowych lokacji i postaci.

Takim nowym miejscem jest sierociniec – unikalne miejsce, którego nie znajdziecie w oryginale z 1998 r. Gracz pozna je wyłącznie grając Claire. Dla przeciwwagi, Leon otrzymał konfrontację w kanałach z kultowym przeciwnikiem. W obu kampaniach inne są także postaci poboczne, którymi przez jakiś czas przyjdzie sterować graczowi. Walki z bossami dosyć mocno się pokrywają, ale każdy z bohaterów może liczyć na inną ostateczną konfrontację. Do tego specjalny boss pojawia się na samym końcu historii po przejściu obu scenariuszy. Wygląda naprawdę niesamowicie, ale nie będę wam zdradzał niczego więcej.

Na średnim poziomie trudności kampanię Leona oraz skróconą (2th run) kampanię Claire przeszedłem w 16 godzin. Przygody policjanta zajęły mi prawie dziewięć godzin. Scenariusz nastoletniej kobiety już tylko siedem godzin, ponieważ poznałem rozkład lokacji. Na szczęście producenci próbują dodatkowo komplikować sytuację, zmieniając rozłożenie przeciwników oraz przedmiotów. Dzięki temu, a także dzięki unikalnym wątkom przechodzenie alternatywnego scenariusza nie jest męczącym obowiązkiem. To świeża przygoda, którą ma się ochotę rozegrać zaraz po zakończeniu pierwszego scenariusza.

Resident Evil 2 – gdzie jest miejsce tej gry w skali całej serii?

Oczekiwania miałem gigantyczne. Doszło do cudu i twórcy im sprostali. Zwłaszcza w obszarze rozgrywki, wymiany ognia, specyfiki zombie, ogólnej warstwy graficznej oraz dbałości o detale i szczegóły. Jestem za to umiarkowanie rozczarowany historią i narracją. Mamy do czynienia ze spłyconą wersją opowieści i kompletnie nie rozumiem, dlaczego tak się stało. Dlaczego Capcom nie postanowił lepiej zadbać o wieloletnich fanów, karmiąc ich fabularnymi smaczkami. Postaci są płytsze, ich motywacje mniej klarowne, a wyrazistość zatracona. Irons, Birkin, nawet bezimienny szef kanalizacji Raccoon City – wszyscy oni przegrywają ze swoimi odpowiednikami z 1998 r.

Pod względem wymiany ognia oraz interakcji z przeciwnikiem mamy najlepszego Residenta w historii. Nie mam co do tego wątpliwości. Jednak oceniając tytuł w kontekście wierności serii i wspólnoty narracyjnej, lepszym remake’em jest pierwsze Resident Evil. RE2 to doskonała pozycja dla nowej generacji miłośników survival-horroru. Jednak starzy wyjadacze mają prawo kręcić nosem. Weterani serii również będą się bawić doskonale, ale nie będę udawał, że wszystko wyszło idealnie.

Największe zalety:

  • Zombie, zombie, zombie i jeszcze raz zombie
  • Najlepsze mechanizmy walki w historii serii
  • Odmienne lokacje i postaci poboczne w obu scenariuszach
  • Niesamowite przywiązanie do detali i szczegółów
  • Zawsze jest za mało amunicji, zawsze za dużo wrogów
  • Scena w sklepie z amunicją to reżyserski majstersztyk
  • Dodatkowe tryby po przejściu wszystkich scenariuszy
  • Raj dla speedrunnerów i weteranów bijących rekordy

Największe wady:

  • Historia gorsza niż w oryginale, mniej fabularnych smaczków
  • Mniej charakterystyczna muzyka i udźwiękowianie niż w grze z 1998 r.
  • Zaczynam tęsknić za jakiś trybem kooperacji

Co oczywiście nie zmienia faktu, że i tak nie potrafię się od Resident Evil 2 oderwać. Zabawa w kotka i myszkę z zombie została zrealizowana perfekcyjnie.

PS. Przeczytaliście właśnie ogólną recenzję, która ma pomóc w podjęciu decyzji o zakupie. Jako wielki fan serii zamierzam jednak rozebrać RE2 na czynniki pierwsze, dlatego spodziewajcie się znacznie więcej publicystyki w następnych godzinach i dniach.

Dołącz do dyskusji