Ludzie, którzy dają aplikacjom jedną gwiazdkę, bo te nie obsługują języka polskiego

Felieton/Technologie 04.01.2019
Ludzie, którzy dają aplikacjom jedną gwiazdkę, bo te nie obsługują języka polskiego

Ludzie, którzy dają aplikacjom jedną gwiazdkę, bo te nie obsługują języka polskiego

Praktycznie codziennie przeglądam ofertę App Store’a dla urządzeń z iOS. Zdarza mi się też nurkować w odmętach Google Play. Na mojej twarzy zawsze gości grymas zdumienia, gdy widzę, że ktoś przyznał aplikacji jedną lub dwie gwiazdki z powodu braku polskiej wersji językowej.

Stosunkowo często napotykam sytuację, gdy aplikacja zostaje oceniona negatywnie wyłącznie za to, że nie oferuje spolszczenia. Jestem w stanie zrozumieć frustrację tych użytkowników, którzy nie poradzą sobie ze zrozumieniem treści gry opartej na tekście (dobrym przykładem może być tu seria Reigns) czy RPG-a z obfitymi dialogami. Kompletnie nie rozumiem z kolei tych, którzy walczą o polskość aplikacji banalnych w swej prostocie i wymagających naprawdę niewielkich umiejętności.

Weźmy moją ulubioną aplikację Things, służącą do zarządzania zadaniami. Do jej obsługi konieczna jest znajomość kilku, może kilkunastu angielskich słów. Inbox, Today, Upcoming, Anytime, Someday, New To-Do, New Project, New Area – to najważniejsze przykłady wykorzystanego słownictwa.

Najbardziej interesujący jest fakt, że użytkownikami sklepów Google Play czy App Store są raczej osoby młodsze niż starsze, dla których bariera językowa nie stanowi w teorii tak dużego problemu, jak dla pokolenia moich rodziców. Powinni mieć przede wszystkim wystarczające kompetencje cyfrowe, by samodzielnie poradzić sobie z tłumaczeniem prostych tekstów przy użyciu dostępnego za darmo oprogramowania.

Interfejsy aplikacji mobilnych przeważnie nie są zbyt skomplikowane. Często operują na poziomie symbolicznym, oferując łatwe do rozszyfrowania ikony zamiast tekstu. Nawet jeżeli dana aplikacja nie obsługuje języka polskiego, zasób słów potrzebny do jej obsługi jest na tyle skromny, że z powodzeniem można z niej korzystać z niewielką pomocą Tłumacza Google.

Wydawać się może, że wspominam o oczywistościach. Tymczasem kilka tygodni temu trafił na naszą redakcyjną skrzynkę e-mail czytelnika, który poszukiwał instrukcji obsługi soundbara czy, jak wolałby mój redakcyjny kolega, Maciek Gajewski, grajbelki. Wyszukanie instrukcji w języku angielskim zajęło mi w Google jakieś 10 sekund. Po minucie odpisałem na wiadomość. Bardzo szybko otrzymałem odpowiedź, że autor wiadomości nie poradzi sobie z tekstem po angielsku. Poleciłem oczywiście skorzystanie z tłumaczy online.

Żyjemy we wspaniałych czasach. Bariera językowa powinna znikać.

Nie, nie mam zamiaru naśmiewać się z problemu, jakim jest bariera językowa. Wręcz przeciwnie, uważam to zjawisko za spory problem, bo znajomość, co najmniej jednego języka obcego jest w dzisiejszych czasach koniecznością. Doceniam przy tym wspaniałe narzędzia, które otrzymujemy wraz z rozwojem technologii.

Dziś translatory nie tylko radzą sobie całkiem nieźle ze słownictwem, ale też rozumieniem kontekstu. Jeszcze niedawno przekłady z angielskiego na polski w Tłumaczu Google były prawie czystym bełkotem. Obecnie, choć nie są idealne, pozwalają każdemu zrozumieć tekst. Oprócz tłumaczy mamy świetne aplikacje do nauki języków, pozwalające nie tylko poznać słownictwo czy podstawowe zwroty, ale i wymowę. W sieci skorzystamy również z usług native speakerów. Porozmawiamy z nimi przez komunikatory.

Większym problemem niż nieznajomość języka jest brak kompetencji cyfrowych. Na ironię losu zakrawa, że tego typu problemy można zauważyć u pokolenia określanego jako natywne cyfrowo. Młodzi ludzi w wieku szkolnym potrafią założyć konto w serwisie społecznościowym, dodać relację na Instagramie czy Snapachacie, a jednocześnie miewają kłopot ze sprostaniem najprostszym zadaniom – poradzeniem sobie z tekstem w obcym języku, napisaniem poprawnie e-maila czy wreszcie zidentyfikowaniem zagrożeń w internecie.

Z drugiej strony mój ponadsiedemdziesięcioletni ojciec korzysta z iPada, ogląda vlogi kulinarne na YouTubie i potrafi odnaleźć godziny pracy swojego lekarza czy wyniki Lotto. Nauka nie była łatwa, bo w swoim życiu miał niewiele wspólnego z komputeram i korzystał z ficzerfonów, a nie smartfonów z dotykowym ekranem. I choć nadal narzeka, że chciałby umieć więcej, jestem dumny, że radzi sobie z nowoczesnym urządzeniem i surfowaniem w sieci.

Wróćmy jednak do problemu bariery językowej.

Na żadnym etapie edukacji nie nauczono mnie języka obcego. Musiałem radzić sobie sam.

Doskonale pamiętam półki z książkami w moim domu rodzinnym, na których dumnie prężyły się potężne wydania słowników: polsko-angielskiego i angielsko-polskiego oraz polsko-niemieckiego i niemiecko-polskiego. Gdzieś w tle majaczył też słownik rosyjski, ale nie zdarzało mi się po niego sięgać, choć byłem ostatnim rocznikiem, który w szkole podstawowej obowiązkowo musiał uczyć się tego języka. Jeszcze lepiej zapamiętałem ślęczenie nad wspomnianymi tomiszczami i próby tłumaczeń. Najczęściej przekładałem teksty piosenek ulubionych wykonawców czy fragmenty wywiadów z nimi.

O ile opisane wyżej przygody wspominam z przyjemnością, niczego dobrego nie mogę powiedzieć o edukacji szkolnej. Zarówno w szkole podstawowej, liceum, jak i na studiach poziom nauczania języka angielskiego (a także francuskiego i niemieckiego) był żenujący. Przez cały ten okres nacisk położony był na gramatykę. Nie uczono nas komunikacji w obcym języku, ale formułek. Poziom edukacji świetnie pokazuje moja znajomość języka francuskiego, w którym potrafię się przedstawić, wskazać miejsce zamieszkania i powiedzieć… że mam 15 lat, bo tego uczono w pierwszej klasie liceum. Zaśpiewam też fragment „Marsylianki”.

Obserwując dzieci w wieku szkolnym z mojej rodziny, odnoszę niestety wrażenie, że nic się nie zmieniło. Moja chrześnica po 3 latach nauki angielskiego w podstawówce nie jest w stanie wydobyć z siebie nawet jednego zdania i już wiadomo, że będą jej potrzebne prywatne lekcje lub kurs.

Gdy paręnaście lat temu uczestniczyłem wreszcie w dobrym kursie angielskiego, urodzony w Londynie native speaker rozbroił mnie oceną mojej dotychczasowej edukacji. – Tych wszystkich czasów, których uczono cię w szkole, używamy podczas debat na Oksfordzie i w pracach naukowych. W codziennym życiu wystarczą ci cztery czasy – mówił. Dość powiedzieć, że miesiąc codziennej pogadanki z native speakerem dał mi więcej niż lata nauki w szkolnej ławie.

Policzyłem dokładnie: na 81 aplikacji zainstalowanych w moim iPhonie, 26 nie ma polskiej wersji językowej.

Co trzecia aplikacja, z której korzystam, nie ma polskiej wersji językowej. Trudno mi ocenić czy to dobry, czy może zły wynik. Dzieje się tak dlatego, że pobierając oprogramowanie mam ten komfort, że nie muszę zwracać uwagi, w jakim języku odbywa się jego obsługa.

Z drugiej strony potrafię wczuć się w sytuację tych użytkowników, którzy czują się z angielskim tak, jak sam czuję się, gdy wejdę na stronę po hebrajsku, japońsku czy chińsku.

Jedno wiem na pewno: warto się uczyć i sam robię to ciągle na kilku płaszczyznach. Życie człowieka, który komunikatywnie posługuje się językiem obcym, jest po prostu łatwiejsze.

Dołącz do dyskusji