Polacy nie chcą udawać, że mają inne płuca niż reszta Europejczyków. Jest apel o obniżenie poziomów alarmowania dla pyłów PM10

Artykuł/Nauka 09.01.2019
Polacy nie chcą udawać, że mają inne płuca niż reszta Europejczyków. Jest apel o obniżenie poziomów alarmowania dla pyłów PM10

Polacy nie chcą udawać, że mają inne płuca niż reszta Europejczyków. Jest apel o obniżenie poziomów alarmowania dla pyłów PM10

Pełnomocnik premiera ds. programu Czyste Powietrze obiecuje, że w ciągu trzech miesięcy przymierzy się do zmian przepisów. Wedle obowiązujących alarm smogowy pasuje do rzeczywistości jak pięść do nosa. Szkopuł w tym, że po zmianach dowiemy się czegoś, co najchętniej zamietlibyśmy pod dywan.

Alarm smogowy to taki instrument w rękach urzędników, dzięki któremu wiemy, że z powietrzem, którym oddychamy, jest naprawdę źle. I że za chwilę będziemy świadkami liczniejszych niż zwykle kontroli pieców domowych i samochodów – czy spalają zgodnie z normami.

Zazwyczaj też liczba alarmów smogowych w roku wskazuje, czy w danym mieście lub regionie zanieczyszczenie powietrza to prawdziwy problem, czy może działania tylko profilaktyczne jak najbardziej wystarczą.

Bez alarmów wiemy, że w Polsce się dusimy.

Rozmowy o smogu zaczęły się, odkąd Międzynarodowa Organizacja Zdrowia (WHO) opublikowała w 2016 r. raport o najbardziej zanieczyszczonych miastach. Na 50 takich w Europie aż 33 były z Polski. W kolejnym dokumencie było jeszcze gorzej – w zestawieniu było już 36 polskich miast.

Oliwy do ognia dolał raport NIK, z którego dowiedzieliśmy się, że nie dość, że walka ze smogiem idzie jak po grudzie, to dodatkowo nic nie wróży poprawy. A w takim tempie – zdaniem NIK – z zanieczyszczonym powietrzem w całej Polsce wygramy za jakieś 100 lat.

Alarm smogowy – trudno nas tu pokonać.

Dowodów na to, że obok Rumunii i Bułgarii (zestaw najbardziej zanieczyszczony miast Europy uzupełniają głownie reprezentanci tych krajów) w Polsce mamy zdecydowanie najgorsze powietrze, jest naprawdę sporo. Takim bezsprzecznym jest liczba dni z ogłoszonym alarmem smogowym. W 2016 r. w Madrycie było ich 19, a np. w Berlinie 18.

W porównaniu z polskim miastami to jakieś smogowe żarty. Dwa lata temu Kraków odnotował 165 dni z przekroczeniem pyłu PM10; Opoczno – 150 dni; Wodzisław Śl. – 114; Warszawa – 76. Najmniej takich dni mieli w Białymstoku (2), Sopocie i Suwałkach (po 3). Z kolei roczne stężenie pyłu PM10 przekraczające normy odnotowano aż w 24 polskich miastach.

Normy mówią, kiedy trzeba zostać w domu.

Te dane już teraz przerażają. Jeżeli do tego wyobrazimy sobie koszty zdrowotne – od paru lat powtarzane przez lekarzy jak mantra – włos naprawdę jeży się na głowie. Ale prawda niestety jest jeszcze bardziej brutalna. Zakrzywiają ją dla nas „normy dla pyłów drobnych w Polsce”, publikowane przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska.

I tak dla pyłów drobnych PM10 normy są ustalone na trzech poziomach: poziom dopuszczalny 50 µg/m3 (dobowy), poziom informowania 200 µg/m3 (dobowy), poziom alarmowy 300 µg/m3 (dobowy). Dalej czytamy, że poziom dopuszczalny mówi o tym, że jakość powietrza nie jest dobra, ale nie wywołuje ciężkich skutków dla ludzkiego zdrowia. Z kolei przy poziomie informowania jest źle i trzeba ograniczyć aktywności na powietrzu. Alarm smogowy zaś powinien skutecznie zatrzymać nas w domu.

Jeśli popatrzeć na Europę, Polacy oddychają innym powietrzem.

GIOS ma jasne wytyczne i nimi się kieruje, jednak patrząc na resztę Europy można mieć sporo wątpliwości. Normy dotyczące pyłów drobnych są u nas wyraźnie zawyżone. Jakby płuca Polaka na smog były odporniejsze od tych Niemca, Francuza albo Holendra.

Nie wierzycie? Wystarczy porównać. Dla przypomnienia: u nas poziom alarmowy jest przy 300 µg/m3. Tak jest od 2012 r., od kiedy obowiązuję stosowne rozporządzenie. Wcześniej poziom alarmowy w Polsce był przy stężeniu 200 μg/m3. A jak jest u innych? Oto kilka przykładów:

  • Belgia – poziom alarmowy 70 µg/m3
  • Czechy – poziom alarmowy 100 µg/m3
  • Finlandia – informacyjny 50 µg/m3
  • Francja – poziom alarmowy 80 µg/m3
  • Słowacja – poziom informacyjny 100 µg/m3; poziom alarmowy 150 µg/m3
  • Szwajcaria – poziom informacyjny 75 µg/m3; poziom alarmowy 100 µg/m3
  • Węgry – poziom informacyjny 75 µg/m3; poziom alarmowy 100 µg/m3
  • Włochy – poziom informacyjny od 50 do 75 µg/m3; poziom alarmowy powyżej 75 µg/m3
  • Wielka Brytania – poziom wysoki powyżej 101 µg/m3³.

Apel, żeby u nas było jak w reszcie Europy.

O dostosowanie naszych norm do tych europejskich apelowały już organizację pozarządowe. Teraz za namawianie do tego władzy wzięli się samorządowcy. Jeden z pierwszych sygnałów dali znowu ci z Krakowa (to samorząd małopolski pierwszy w kraju przyjął uchwałę antysmogową). Przyjmują rezolucję smogową, w której apelują do premiera i ministra środowiska w sprawie obniżenia poziomów informowania oraz alarmowania o zagrożeniu zanieczyszczeniem powietrza. Proponują poziom alarmowy do wartości nieprzekraczającej 150 μg/m3 pyłu PM10 oraz poziom informowania do wartości nieprzekraczającej 100 μg/m3 pyłu PM10. Samorządowcy chcą, by te wartości można było w przyszłości jeszcze obniżać.

Zbiegło się to w czasie z apelami prezydenta Wrocławia, marszałka województwa dolnośląskiego i Dolnośląskiego Alarmu Smogowego. Oprócz argumentów podnoszonych przez innych zwrócili uwagę, że zawarte w Polskim Indeksie Jakości Powietrza kategorie „umiarkowana” i „dostateczna” mogą wprowadzać w błąd. To „umiarkowane”, to stężenie pyłu PM10 między 61 a 101 µg/m3, a „dostateczne” – między 101 a 141 µg/m3. Tak więc nawet te wartości są wyższe od alarmowych w innych krajach.

Nowy alarm smogowy – do trzech miesięcy przymiarka.

O konieczności skończenia z tą farsą i dostosowania polskich norm jakości powietrza do tych europejskich doskonale zdaje sobie sprawę Piotr Woźny, pełnomocnik premiera ds. programu Czyste Powietrze. Ma już na ten temat rozmawiać z ministrem zdrowia i środowiska.

Przymiarka może pojawić się w ciągu dwóch-trzech miesięcystwierdził Woźny.

Czyli czeka nas spory ból głowy.

Można przypuszczać, że jeszcze w tym roku polskie normy jakości powietrza dostosują się mniej lub bardziej do tych europejskich. Na teraz zbytnio od nich odbiegają. To parokrotne różnice, a nie miejsca po przecinku. I presja społeczna też coraz mocniejsza.

Ale za tymi zmianami norm kryje się niebezpieczna pułapka. Szybko bowiem okaże się, że w niektórych polskich miastach łatwiej i szybciej liczyć dni bez alarmu smogowego niż te ze słupkami zanieczyszczenia zabarwionymi na czerwono. Po prostu okażemy się jeszcze większymi trucicielami Europy, niż na to wyglądało.

I w głowach wielu może pojawić się myśl, że to jakaś kolejna zmowa. Masonów albo nie wiadomo kogo. Bo przecież wynika, że jest bardzo źle, a jakoś jednak funkcjonujemy. Może ktoś tam dwa razy częściej kaszlnie, ale bez przesady. To najkrótsza droga do tego, żeby temat smogu po prostu nam spowszedniał. A wtedy energii na walkę z nim będzie tyle, co kot napłakał.

Był rok prawa, a teraz rok egzekucji?

Być może w tym roku w walce o czyste powietrze sporo namiesza ofensywa rządzących. Teraz, po skonstruowaniu w 2018 r. odpowiednich przepisów prawa i uruchomieniu takich programów jak „Czyste Powietrze” lub „Stop Smog”, ma przyjść czas na konkretne działania.

Rok 2019 to będzie rok egzekucji i patrzenia na to, w jaki sposób przepisy, które zostały ustanowione, które mają na celu walkę ze smogiem, czy te regulacje się sprawdzają, czy instytucje państwa, które mają swoje zadania w tych przepisach, czy one dobrze te działania spełniają. To też będzie rok edukowania urzędników, no bo to jest wielki proces też uczenia się, to jest też wielki proces budzenia takiej obywatelskiej samoświadomości co do tego, że skoro są instytucje kontrolne i skoro są przepisy, obywatele nie powinni się wahać korzystać z tychże przepisówmówi w rozmowie z radiem Zet Piotr Woźny.

Trzymam z całych sił kciuki.

Bardzo cieszą mnie te zapowiedzi i będę się bacznie przyglądał wprowadzaniu ich w życie. Na razie bowiem z egzekucją antysmogowych regulacji jest kiepsko. Nie ma większego kłopotu, żeby kupić piec klasy niższej niż 5. Z kolei strażnicy gminni najpierw apelowali o instrumenty do walki ze smogiem, a jak już te przyszły, to okazało się, że samo badanie próbki wziętej z kotła może być droższe od samego mandatu. Jak można się domyślać, tym samym strażnicy wolą pouczać niż karać finansowo.

Prośbą już smogu z Polski nie wygonimy. Tak, ważna jest edukacja, obniżone normy jakości powietrza i walka z ubóstwem energetycznym. Ale bez twardej egzekucji się nie obejdziemy. Inaczej alarm smogowy ma sporą szansę w niektórych polskich miastach zostać na stałe.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji