Nie, od dzisiaj zagraniczne sklepy nie będą wysyłać do Polski. Zakaz geoblokowania to wydmuszka

Felieton/Biznes 03.12.2018
Nie, od dzisiaj zagraniczne sklepy nie będą wysyłać do Polski. Zakaz geoblokowania to wydmuszka

Nie, od dzisiaj zagraniczne sklepy nie będą wysyłać do Polski. Zakaz geoblokowania to wydmuszka

Dziś wchodzi w życie nowe unijne prawo, na mocy którego mamy nie być dyskryminowani z uwagi na kraj w którym mieszkamy. Teoretycznie od teraz możemy robić zakupy w dowolnym sklepie internetowym w Europie. No właśnie, teoretycznie.

„Przykro mi, ale towar nie jest dostępny w twoim kraju” – to i tak ta bardziej elokwentna wersja komunikatu, na który możemy natrafić starając się kupić jakiś produkt ze sklepu spoza Polski. Czasami wręcz przegania nas „404 – strony nie odnaleziono”. Bo sklep wykrywa polski numer IP z którego przeglądamy jego ofertę i dla własnej wygody ukrywa jej część przed nami. Tę część, której z jakichś tam biznesowych powodów nie chce wysyłać na teren Polski.

Od dziś takie praktyki są nielegalne. Działające na terenie Unii Europejskiej sklepy nie mogą ukrywać swojej oferty przed klientem pochodzącym z innego kraju należącego do Europejskiego Okręgu Gospodarczego. Jeżeli mieszkam w Polsce, a dany produkt jest oferowany na terenie Unii, to mam prawo go kupić – i kropka. Sklepy, które się nie podporządkują względem tego prawa, muszą się liczyć z potencjalnymi wysokimi grzywnami.

Sęk w tym, że sytuacja dla kupujących wcale nie jest taka kolorowa.

Unia Europejska bywa krytykowana w niektórych kręgach za przesadne regulowanie rynku, co rzekomo utrudnia przedsiębiorcom prowadzenie swojej działalności. Odnoszę wrażenie, że urzędnicy i politycy stanowiący naszą Wspólnotę wzięli sobie tę krytykę częściowo do serca. Prawo związane z zakazem geoblokowania daje wiele swobody właścicielom sklepów.

W mojej ocenie zbyt wiele, by miało ono jakikolwiek praktyczny sens, co w efekcie – o ironio – czyni z niego kolejną bezsensowna regulację, której głównym celem wydaje się być pogrubienie i tak już opasłego tomiska ze wszystkimi unijnymi regulacjami. Bo tak, to prawda, nie będziemy już dyskryminowani z uwagi na miejsce zamieszkania. Przywilejów jednak też mieć nie będziemy.

Sklep, który oferuje wysyłkę tylko w obrębie granic danego kraju, nadal ma do tego prawo.

Zaraz zaraz, czy przed chwilą nie ustaliliśmy, że wszyscy Europejczycy w myśl nowego prawa mają mieć możliwość dokonania w nim zakupu? Odpowiadam pytaniem na pytanie: a czy wysyłka jest tożsama z dostępnością oferty? Otóż nie.

Tłumacząc na przykładzie: w myśl nowego prawa sklep, który do tej pory oferował swoje towary tylko na terenie Francji, od tej pory musi też przyjmować zamówienia złożone z polskich numerów IP. Nie ma jednak obowiązku (patrz punkt 28 rozporządzenia) wysyłać paczki poza teren kraju, w którym operuje (lub krajów – jeżeli ma kilka oddziałów). Paczkę możemy sobie odebrać z jakiegoś francuskiego odpowiednika paczkomatu z jakiegoś przygranicznego miasteczka. No super.

Powyższe powoduje, że kolejna rzekoma korzyść zakazu geoblokowania może nie wystąpić w naturze. Chodzi o równość cen.

Kupowanie francuskich trampek z brytyjskiego oddziału ich producenta ma sens w pewnych istotnych dla klienta przypadkach. Często w ten sposób wychodzi taniej, bo – na przykład – w danym kraju trwa okres promocyjny, w innym takie akcje posprzedażowe nie są dostępne. Na dodatek różnice cen bazowych w poszczególnych krajach bywają na tyle znaczące, że często opłaca się coś kupić zza granicy.

Unijna likwidacja geoblokowania miała zlikwidować dyskryminację cenową. I faktycznie: od dziś możemy kupić łącząc się ze sklepem z Polski wspomniane francuskie trampki za cenę dużo niższą, niż u nas. Ale tu – ponownie – wkracza wspominany wyżej wytrych dla sprzedawców. Sklep ma prawo na nas wymusić, byśmy sami musieli ruszyć nasze cztery litery do kraju, w którym się znajduje.

To co właściwie zapewnia nam unijny zakaz geoblokowania?

Tak właściwie, to tylko dostęp do wszystkich ofert wszystkich sklepów działających na terenie EOG. Sprzedawca nie ma prawa odmówić nam sprzedaży towaru w cenie oferowanej w danym kraju. Mamy dostęp do wszystkich towarów i wszystkich wersji regionalnych danego sklepu. Nie możemy być już na siłę przekierowywani na polską wersję danej witryny. Chcemy robić zakupy we Francji po cenach francuskich? Nie można nam już tego zabronić.

Ale też nie trzeba nam tego towaru wysyłać. Jak zgaduję, ten wentyl bezpieczeństwa ma służyć gospodarczemu zdrowemu rozsądkowi. Różnice w cenach nie wynikają tylko z niesprawiedliwych umów handlowych – często są wynikiem analizy różnych modeli ekonomicznych na danym rynku, wynikających z różnej siły nabywczej pieniądza w poszczególnych krajach. Jestem przekonany, że skutkiem obligatoryjnej równości ofert (a więc i w efekcie cen) byłaby ich znacząca podwyżka dla krajów biedniejszych.

Acha, i jeszcze jedno. Geoblocking to nie geofencing.

Jeżeli liczyliście na to, że z powyższego prawa wyniknie równa dostępność do treści cyfrowych na terenie całego EOG, to muszę was rozczarować: otóż nie. Treści objęte prawem autorskim – a więc, na przykład, seriale na Netfliksie – będą oferowane na dotychczasowych zasadach. A więc usługodawcy zapewniający dostęp do treści cyfrowych będą mogli nadal tworzyć osobne oferty dla poszczególnych państw.

W zasadzie jedyna nasza nadzieja tkwi w dwóch potencjalnych realnych zmianach. Po pierwsze, prawdopodobnie część sklepów ze względów wizerunkowych nie będzie nas odsyłało do lokalnych adresów kraju, w którym operują: spławianie klienta to słabe budowanie marki. No i powstanie prawdopodobnie wiele nowych firm, trudniących się pośrednictwem w przesyłaniu naszych paczek dalej za dodatkową opłatą – w niektórych przypadkach pewnie to klientowi i tak się opłaci.

A może to i lepiej?

Mam dziwne przeczucie, że ktoś o dużej wiedzy ekonomicznej był zaangażowany do prac nad rozporządzeniem. Zdał sobie sprawę, że cały pomysł nie ma sensu. Domyślił się, że z przyczyn politycznych nowe prawo i tak wejdzie w życie, więc chociaż przekształcił pierwotny pomysł w coś, co nie spowoduje ekonomicznej katastrofy. A więc w prawo, które obejść jest bardzo łatwo.

Jego skutkiem jest możliwość zniechęcania klientów do robienia zakupów w regionie innym niż ojczysty – chociażby przez brak dostępności międzynarodowej wysyłki towaru. Ale też jego skutkiem nie będzie podwyżka cen na terenie mniej zamożnych krajów Europejskiego Okręgu Gospodarczego. Stereotypowego bogatego Niemca polski sklep spławi koniecznością zagranicznej wyprawy, więc będzie mógł dalej utrzymać niższą cenę dla relatywnie biedniejszego Polaka.

Bilans zysków i strat takiego rozwoju sytuacji wydaje mi się korzystny.

Dołącz do dyskusji

Advertisement