Opowiem wam, jak prawie zostałem właścicielem czasopisma erotycznego Twój Weekend

Felieton/Media 05.12.2018
Opowiem wam, jak prawie zostałem właścicielem czasopisma erotycznego Twój Weekend

Opowiem wam, jak prawie zostałem właścicielem czasopisma erotycznego Twój Weekend

Twój Weekend pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Upchnięty głęboko za Tele Tygodniem na stoisku z prasą w lokalnym spożywczaku.

Żadni z nas tam nie byli koneserzy, ale wraz z kolegami nie przepadaliśmy za Catsem oraz Wampem. Były zbyt wulgarne, na dodatek budowały zupełnie nierealistyczny obraz kobiet, jako potworów z nienaturalnie wielkim biustem i dziwnymi tapirami we włosach. Punktem odniesienia był zawsze – oczywiście – Playboy, jednak na nasze młodzieńcze portfele (czyli kieszenie) była to inwestycja zbyt droga. Okładki były tu z kolei często zbyt subtelne, a modelki za bardzo ubrane. Nie na to liczą dziesięcioletni chłopcy na podwórku.

I był też on, Twój Weekend.

Uczciwa cena za oferowaną jakość, przy czym osobom sprawnie wyciągającym wnioski od razu wyjaśnię, że cena była po prostu niska. Drukowano toto na takim papierze i w takiej kolorystyce, że jak ktoś nie dowidział, to mógł pomylić z Życiem Na Gorąco. A potem bardzo mile się zdziwić. Generalnie żadna tam wyższa literatura erotyczna, bardziej takie pornograficzne Bravo, co jest oczywiście pleonazmem, bo Bravo samo w sobie było w tamtym czasie już dostatecznie pornograficzne.

No i teraz będą newsy, misja informacyjna Spider’s Web. To ten akapit dla wszystkich, którzy ośmielą się zapytać dlaczego opublikowano ten artykuł.

Okazuje się, że ten cały Twój Weekend nadal żyje.

Że co miesiąc lata do kiosków, a nawet ma swoją stronę internetową, fanpage na Facebooku i nawet jakiś zauważalny nakład. 20 tys. to nie jest dużo, ale to i tak zdecydowanie więcej niż moglibyśmy się spodziewać. Pytanie jak ze sprzedażą. Jak twierdzą twórcy, właściciel po opłaceniu redakcji, kosztów itd. 15 tys. złotych na rękę powinien wyciągać. Nie jest to w mojej głowie interes wart ryzyka i spodziewanego zachodu, a na dodatek nieprzyszłościowy.

Fanpage malutki, strona internetowa praktycznie martwa i słaba w Google’u. No, a w chwili kiedy serwis był wystawiony na Allegro (obecnie oferta została zakończona) trzeba było dać za niego niewiele ponad 10 tys. złotych. Czy kupienie biznesu za równowartość miesięcznego zysku jest dobrym interesem, to już akurat materiał na inną rozmowę. Zwłaszcza jeśli się tego biznesu nie rozumie i nawet specjalnie w niego nie wierzy. Chociaż pewnie mógłbym trochę podpompować te liczby, a okładki zdobiłyby modelki trzymające w dłoni smartfon, z nagłówkiem „Dlaczego po 10 latach z iPhone’em wybrałam Samsunga Galaxy S9?”.

Długo zastanawiałem się czy kupić sobie Twój Weekend na własność.

Podpuszczałem też trochę mojego starszego kolegę, bo to przecież taka świecka tradycja podwórka, że Twój Weekend zawsze kupował starszy kolega. Nie będę ukrywał, że w prowadzeniu takiego wydawnictwa dostrzegałem duży potencjał pozabiznesowy, czego wam w tym artykule nie wyjaśnię z przyczyn postępowo-politycznych.

W każdym razie, krótko po natrafieniu na Allegro na aukcję Twojego Weekendu, zacząłem przeglądać Ceneo w poszukiwaniu jedwabnych szlafroków. Znajomym kazałem mówić do siebie „Hugh”, a nad łóżkiem powiesiłem wielki plakat Marilyn Monroe (niestety Artur Rojek kazał go sobie zwrócić). Wcinając sałatkę rozmyślałem nad możliwościami oferowanymi przez możliwość zostania potentatem prasy bulwarowo-erotycznej. Kiedy w trakcie obiadu kręciłem widelcem wokół jarmużu rozmyślając, co będzie się działo w moim uzbrojonym w czarną kanapę penthousie, moja małżonka ni stąd ni zowąd wylała mi na twarz szklankę zimnej wody, krzycząc „jak śmiesz!”.

Kobieca intuicja nieustannie zdumiewa.

Nie wiem czy presja społeczna, nie wiem czy względy biznesowe, a może fakt, że aukcja zniknęła z Allegro, w każdym razie jedyne, co mi zostało po moich marzeniach o byciu polskim Hugh Hefnerem, to ten artykuł. Skończyło się jak zawsze.

Dołącz do dyskusji

Advertisement