Po Szczycie Klimatycznym w Katowicach wiem jedno: walka z węglem to fikcja. Polityka i biznes bawią się ze środowiskiem w ciuciubabkę

Artykuł/Nauka 17.12.2018
Po Szczycie Klimatycznym w Katowicach wiem jedno: walka z węglem to fikcja. Polityka i biznes bawią się ze środowiskiem w ciuciubabkę

Po Szczycie Klimatycznym w Katowicach wiem jedno: walka z węglem to fikcja. Polityka i biznes bawią się ze środowiskiem w ciuciubabkę

Pakiet Katowicki – efekt Szczytu Klimatycznego ONZ, który tym razem zagościł w stolicy Górnego Śląska, ma być mapą drogową wejścia w życie uzgodnień podjętych pod koniec 2015 r. w Paryżu. Przypatrując się z bliska dwutygodniowym dyskusjom nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to wszystko to bujda na resorach.

Nerwowo było do końca. Finał COP24 bez światowego porozumienia, zwłaszcza w kontekście alarmujących raportów naukowców o ziemskim klimacie, byłby blamażem na całej linii. I było do tego całkiem blisko. Głównie przez Turcję i Brazylię. Pierwszy kraj przekonywał jak mógł, żeby wypisać go z krajów rozwiniętych i dopisać do tych rozwijających się. Dzięki temu Turcja mogłaby liczyć na większe fundusze na ograniczenie emisji CO2.

Z kolei Brazylia chciała lepszej pozycji w handlu emisjami gazów cieplarnianych po 2020 r. Opór był tak duży, że sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres pojawił się w Katowicach po raz trzeci i wziął na barki ciężar negocjacji. Ostatecznie zdecydowano, aby kwestii tak istotnych dla Turcji i Brazylii nie ujmować w ogólnym porozumieniu – żeby to w ogóle miało szansę się pojawić. I tak narodził się Pakiet Katowicki.

Pakiet Katowicki mapą drogową dla Porozumień Paryskich.

Celem Szczytu Klimatycznego ONZ w Katowicach nie było wypracowywanie jakieś nowej, światowej strategii. Tę już przyjęto pod koniec 2015 r. w Paryżu. I właśnie tam podpisane Porozumienia są klimatycznym drogowskazem dla wszystkich. No prawie wszystkich. Pamiętajmy, że prezydent Donald Trump, realizując swoje „America first”, zdążył już wycofać Stany Zjednoczone z Porozumień Paryskich. A przecież właśnie Stany od lat okupują jedno z pierwszych trzech miejsc w światowych rankingach jeżeli chodzi o emisję CO2. O pierwszeństwo rywalizują z Chinami i Indami.

W Paryżu postanowiono sprawę jasno. Trzeba ograniczyć wzrost globalnej temperatury poniżej 2 st. C. Utrzymywanie wzrostu na poziomie poniżej 1,5 st. C byłoby dla światowego środowiska zbawienne. Rządy sygnatariuszy Porozumień Paryskich zgodziły się na przedstawianie co pięć lat raportów o swoich dokonaniach w ramach założonej redukcji emisji CO2. I ma być co najmniej utrzymanie projektów pomagającym krajom rozwijającym się zmniejszyć produkcję dwutlenku węgla i uodpornić się na skutki zmian klimatycznych. Stany Zjednoczone, ustami Donalda Trumpa, wyraziły nadzieję na powrót do negocjacji. O ile na tych ustaleniach nie straci amerykański pracownik. Ale w Katowicach nie to było celem rozmów. Tutaj stawka była jasna od początku. Trzeba spisać dokładny plan realizacji ustaleń z Paryża. I to się powiodło: powstał Pakiet Katowicki.

Komisja Europejska wcześniej pokazała, że żarty się skończyły.

Jeszcze przed rozpoczęciem klimatycznych negocjacji w Katowicach bardzo wyraźny sygnał dała Komisja Europejska. Zgodnie z przedstawionym planem Unia Europejska ma być neutralna względem gazów cieplarnianych w 2050 r. Do tego czasu 80 proc. energii elektrycznej będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych.

Neutralność klimatyczna ma być osiągnięta m.in. dzięki zwiększeniu wydajności energetycznej w przemyśle, czy elektryfikacji transportu. Zmniejszenie importu gazu oraz stopniowa dekarbonizacja Europy mają być gwarantem tych zmian. Ich efekt powinniśmy odczuć już za dekadę z okładem.

Z nowymi celami na rok 2030, dotyczącymi odnawialnych źródeł energii i efektywności energetycznej do 2030 r., powinniśmy zmniejszyć emisje o 45 proc. – zakłada unijny komisarz ds. działań klimatycznych i energii Miguel Arias Canete.

Bo żarty się skończyły. Czas na klimatyczną ofensywę.

W determinacji KE nie ma przypadku. Tak jak w ostatnich wysiłkach, żeby jednak COP24 zakończył się porozumieniem, a nie fiaskiem. Raporty naukowców są jednoznaczne i bardzo pesymistyczne dla nas wszystkich. I nie ma co machać ręką mówiąc przy okazji pod nosem: a co mnie to obchodzi, przecież jak już to wszystko się zawali, jak mnie już dawno nie będzie. Niestety, to już fałszywa nuta. Naukowcy nie mają wątpliwości, że jak ludzie wreszcie na serio nie zaczną walczyć ze zmianami klimatycznymi, to czekają nas odczuwalne zmiany już za dekadę. Dzisiaj nie brakuje naukowych opracowań wskazujących, że tegoroczne fale upałów w lato, które szalały na całej kuli ziemskiej, nie omijając też koła podbiegunowego, to już pierwsza zapowiedź tego, co nas czeka.

Raport Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu (IPCC) tylko dolewa oliwy do ognia. Jak nic się nie zmieni, to takie fale upałów staną się normą. Inną regułą staną się susze. W tym miejscu trzeba dodać przewidywany dłuższy okres wegetacji roślin w takich warunkach. Do tego wszystkiego częstsze i bardziej dotkliwe huragany, pożary lasów, powodzie. Nie, nie gdzieś tam. U nas w Polsce też jak najbardziej.

Na serio walczymy, czy może dobrze udajemy?

Czyli zagrożenie jest realne. Na szczęście na wysokości zadania stanęli światowi przywódcy. Mamy Pakiet Katowicki i już zmiany klimatyczne nam takie nie straszne. Można spać spokojnie. Tak jest na papierze, owszem. A w rzeczywistości? Niestety, znacznie gorzej.

Tak, jednym z elementów takiej oceny musi być brak jasnej strategii Polski – gospodarza COP24. Tu nie chodzi o to, że prezydent Andrzej Duda, wprawiając przy okazji w osłupienie międzynarodowe towarzystwo, powiedział, że Polska ma węgla na 200 lat i nie zamierza z tego potencjału rezygnować. Nie w tym też rzecz, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni oenzetowskich negocjacji bez problemu zebralibyśmy wzajemnie wykluczające się wypowiedzi członków polskiego rząd: premiera i ministrów.

Znacznie gorszy jest widoczny jak na dłoni brak planu. Takiego jednolitego i konsekwentnego. Nawet jak miałby być oparty na węglu. Ale dzisiaj nawet tego nie można powiedzieć. Owszem, polski rząd otwiera nowy blok węglowy w Ostrołęce. Ale jednocześnie słyszymy deklarację wyższych nakładów na odnawialne źródła energii. A minister energii znowu kreśli plany dotyczące polskiego atomu. No to w którą stronę idziemy? Bo np. w Danii powstał plan dekarbonizacji do 2030 r., a co z kolei np. Niemcy zamykają kopalnie. Pamiętajmy jednak, że z węglowej energii tak do końca nie rezygnują. Po prostu więcej sprowadzają „czarnego złota” z Chin. Taniej i tyle.

A gdzie podąża tak naprawdę świat?

Nie, wbrew pozorom nie jest tak, że Polska wyrasta na największego truciciela świata. Całą UE pod względem emisji CO2 wyprzedzają Chiny i Stany Zjednoczone. Raport „Global Carbon Budget 2017”, przygotowany przez 76 naukowców z 57 instytucji wskazuje, że produkcja energii z paliw kopalnych odpowiada za ok. 70 proc. światowych emisji gazów cieplarnianych. Polska ma odpowiadać za 0,9 proc. CO2 emisji w skali świata. W porównaniu do Chin (27 proc.), Stanów Zjednoczonych (15 proc.), czy Indii (7 proc.) to bardzo małe wartości. Na Starym Kontynencie wyprzedzają nas pod tym względem m.in. Niemcy i Francja.

Z kolei pod względem emisji CO2 przypadającej na głowę jednego mieszkańca w Europie wyższy wynik od Polski mają Luksemburg, Estonia, Czechy, Niemcy, Holandia i Belgia. Jednak nasz rezultat – 8,6 t jest znacznie wyższy od unijnej średniej – 7 t. Prawdę ukazuje również raport BP Statistical Review of World Energy 2018. Owszem, w krajach OECD spada zużycie węgla. Ale np. popyt w Indiach urósł o 18 mln ton. W Chinach to tylko wzrost o 0,5 proc. – raptem 4 mln ton.

Udział węgla w sektorze energetycznym w 1998 r. wynosił 38 proc. – dokładnie tyle samo, co w 2017 r. – z niewielkim zmniejszeniem w ostatnich latach, po prostu odwracając tendencję wzrostową zanotowaną na początku 2000 r. i związaną z szybką ekspansją Chin. Udział źródeł innych niż paliwa kopalne w 2017 r. jest faktycznie nieco niższy niż 20 lat temu, ponieważ wzrost energii ze źródeł odnawialnych nie zrównoważył spadku udziału energii jądrowej. Nie miałem pojęcia, że poczyniono tak niewielkie postępy, dopóki nie spojrzałem na te dane – konkluduje główny ekonomista BP Spencer Dale.

Udawać każdy może, trochę lepiej, trochę gorzej.

Ale może raporty, nawet najznakomitsze, nie przedstawiają realnej sytuacji? Nieco ją demonizując przy okazji? Niestety, po eventach, seminariach, debatach i rozmowach kuluarowych w ramach katowickiego Szczytu Klimatycznego ONZ mogę powiedzieć tylko jedno: jest gorzej, a walka z węglem tak naprawdę jest fikcją. Przesadzam?

Gdy wynegocjowany w 1997 r. Protokół z Kyoto wchodził w życie w 2005 r. świat w sumie produkował 6,5 mld ton węgla rocznie. Szacuje się, że 2018 r. zamknie się liczbą 7,6 mld ton. W zeszłym roku owszem, wydobycie węgla w UE spadło, ale raptem o ok. 215 mln ton. Tylko jakie to ma znaczenie, kiedy coraz głośniej mówi się o planowanym wzroście wydobycie przez takie górnicze potęgi jak Australia, Indonezja, czy wreszcie Rosja i to w sumie o 2 mld ton w ciągu paru lat?

Bo węgiel, czy nam się to podoba, czy nie to po prostu wielki biznes. Roczne dochody Polskiej Grupy Górniczej określane są na poziomie 2,6 mld euro. Łatwo sobie wyobrazić skalę węglowych biznesów w Rosji, czy Australii. Teraz np. Rosja eksportuje do Azji ok. 100 mln ton węgla rocznie. W sierpniu rosyjski minister energetyki Aleksander Nowak przedstawił ambitny cel podwojenia tych wartości do 2025 r. Bo klimat klimatem, ale na koniec gotówka musi się zgadzać. I żaden Pakiet Katowicki tego nie zmieni.

Wygląda na to, że każdy sobie rzepkę skrobie.

Tak, podczas takich wydarzeń jak zakończony właśnie Szczyt Klimatyczny w Katowicach nawet najwięksi malkontenci mogą dostrzec ludzką solidarność i podejmowane wspólne wysiłki by zmianom klimatycznym skutecznie zapobiegać. Ale przypatrując się temu bliżej o optymizm naprawdę trudno.

Węgiel to biznes i przy okazji polityka. Albo odwrotnie. Mówimy jednocześnie, że ograniczenie wydobycia węgla jest jedyną receptą na spadek emisji CO2, ale w tym samym czasie kiwamy głową słysząc doniesienia o planach Rosji, czy Australii. A przy okazji Stany Zjednoczone tupią obrażoną nogą i mówią, że oni tam gdzie cały świat pójść nie zamierzają. Nie, bo nie. I co im Pakiet Katowicki zrobi?

Nadzieja? Moja umarła, jak na jednej z klimatycznych debat usłyszałem przedstawiciela Głównego Instytutu Górnictwa w Katowicach. Czyli eksperta, przed którym węgiel wydaje się nie kryć żadnych tajemnic. Ów człowiek publicznie stwierdził i jakby przy tej okazji prężnie pierś wypiął, że on dobrym węglem w dobrym piecu pali już 12 lat. I nie widzi w tym nic złego. Bo przecież CO2 dla człowieka jest nieszkodliwe. Jak inna prelegentka tej dyskusji, reprezentantka organizacji pozarządowych, przypomniała, że owszem, w kontekście smogu CO2 jest bez winy, ale już patrząc na naszą osłonę ozonową jest dokładnie odwrotnie – specjalista z GIG-u po prostu zamilkł.

I tak trochę widzę cały ten COP24 i jego efekt, czyli Pakiet Katowicki. Super, że międzynarodowa społeczność ciągle potrafi się zjednać wokół spraw ważnych dla całej planety. Tylko przyklasnąć opracowywanym dokumentom i stanowiskom. Ale co z tego? Skoro rzeczywistość ciągle uparcie skręca w bok i gna w innym kierunku?

Dołącz do dyskusji