Nic dziwnego, że Polacy nie czytają e-booków. Jakość czytników to ponury żart

Felieton/Media 18.12.2018
Nic dziwnego, że Polacy nie czytają e-booków. Jakość czytników to ponury żart

Nic dziwnego, że Polacy nie czytają e-booków. Jakość czytników to ponury żart

Według badań Biblioteki Narodowej, spośród garstki czytających Polaków ledwie 6 proc. korzysta z e-booków. Gdy patrzę na to, jak złe są dostępne na rynku czytniki inne niż Kindle, wcale się temu nie dziwię.

W moim mieszkaniu, pod pianinem, stoi karton czekający od miesiąca na kuriera. A w nim cztery sztuki czytników InkBook – trzy InkBooki Lumos i InkBook Explore. Tego ostatniego nie udało się nawet włączyć. Dwa z trzech Lumosów miały problem z kartą sieciową, co czyni je w zasadzie bezużytecznymi. Trzeci działał zupełnie „w porządku” – „w porządku”, czyli tak źle, że odmówiłem recenzji.

Kupiłem też ostatnio najnowszego PocketBooka Touch Lux 4, dobierając czytnik do abonamentu Legimi. Pierwszy egzemplarz przyjechał uszkodzony. Po powrocie z serwisu podziałał równo tydzień – dziś kolejny raz wyjeżdża do serwisu.

Na przestrzeni ostatnich lat przetestowałem większość nowych czytników e-booków, jakie polski rynek ma do zaoferowania, porównując je ze złotym standardem tego segmentu – czytnikami Amazon Kindle. I po tych testach wcale się nie dziwię, że Polacy nie czytają e-booków. Mijają lata, a w świecie e-czytników liczy się tylko Kindle. Inne sprzęty nie są w stanie nawet zbliżyć się poziomem jakości do czytnika Amazonu.

legimi readfy

Czytniki e-booków – poza Kindle’em – to żart z konsumenta.

Jeszcze dwa lata temu mogłem sobie wmawiać, że producenci dopiero się uczą, że jeszcze potrzeba czasu, aby ten rynek się rozwinął, i tak dalej. Byłem skłonny usprawiedliwiać przeróżne niedoskonałości, które sprawiały, że e-czytniki inne niż Kindle tak dalece odbiegały jakością od czytnika Amazonu.

Mamy jednak 2018 rok i taryfa ulgowa się skończyła. Smutny obrazek rynku e-czytników jest taki, że nie tylko się one nie rozwijają, ale wręcz… zaliczają regres.

Wspomniany wyżej InkBook Lumos, czytnik pokazany w tym roku, to ciut okrojony, odgrzewany InkBook Prime, zaprezentowany dwa lata temu.

Jakby tego było mało, oryginalny InkBook Prime, którego nawet kupiłem siostrze na Gwiazdkę, działał o niebo lepiej od nowego InkBooka Lumos! Nie żeby działał wybitnie, co to, to nie. Jednak dało się z niego korzystać bez ciągłego zgrzytania zębami. Co innego InkBook Onyx, który nadal, po trzech latach od premiery kosztuje około 580 zł, czyli tyle, co nowiutki Kindle Paperwhite. Mam ten czytnik w domu, używany był mocno okazjonalnie, a mimo tego po trzech latach urządzenie nadaje się co najwyżej do wyrzucenia – zawiesza się przy najbłahszych czynnościach i żadne przywracanie do ustawień fabrycznych czy aktualizowanie nie było w stanie temu zaradzić.

Podobnie rzecz się ma z PocketBook Touch Lux 4 – różni się on w tak niewielkim stopniu od PocketBooka Touch Lux 3, że naprawdę nie wiem, co dział R&D (jeśli firma w ogóle ma takowy) robił przez ostatnie dwa lata. Choć uczciwie przyznam, że gdyby pominąć usterki, to z nowej wersji dałoby się względnie wygodnie korzystać, pomimo tego, że również jej bardzo daleko do ideału. Ten czytnik broni się w zasadzie wyłącznie świetną integracją z Legimi – jeśli macie wziąć czytnik w abonamencie, powinien to być właśnie ten.

Wszystkie te czytniki łączy jedno – dramatycznie powolne (na tle Kindle’a) działanie.

Jak się czyta e-booki? Na Kindle’ach (przynajmniej od Classica wzwyż) – płynnie, szybko, wygodnie, bez zjawiska ghostingu (czyli przenikania się treści po „zmianie strony”, typowa cecha wielu ekranów e-ink). Jak się przegląda bibliotekę na urządzeniu? Jeśli jest to Kindle, lista przewija się szybko, ekran odświeża niemal natychmiast, a w czytnikach z podświetleniem obcujemy z elektroniczną kartką równie białą, co ta prawdziwa.

A jak to wygląda na innych czytnikach niż Kindle? Dramatycznie. Odświeżanie stron trwa wielokrotnie dłużej niż na czytniku Amazonu. Nawet tak podstawowe zadanie, jak przewrócenie wirtualnej kartki, zajmuje dużo czasu, a w przypadku niektórych czytników skutkuje brzydkim migotaniem ekranu. Ba, PocketBook Touch Lux 4 z reguły nie wie, czy chcę przewrócić kartę do przodu czy do tyłu korzystając z ekranu dotykowego, więc zdarza mu się robić to w sposób losowy.

Wszystkie te czytniki mają też na pokładzie sporo dodatkowych funkcji – tu jakaś gra, tam jakiś słownik, dostęp do sklepu z książkami, teoretycznie wszystko pięknie. Teoretycznie – jako że InkBooki to czytniki oparte o Androida – możemy doinstalować dowolną aplikację ze Sklepu Play, a oparty na Linuksie PocketBook oferuje sporo dodatkowych aplikacji preinstalowanych.

W praktyce większość tych „dodatków” działa tragicznie. Aplikacje ładują się w żółwim tempie, wyłączają się, a te pobrane ze Sklepu Play na InkBookach są z reguły niedostosowane do archaicznych podzespołów e-czytników (Android na 512 MB RAM-u i dwurdzeniowych procesorach w 2018 roku – powodzenia! Linux zresztą działa nie lepiej na PocketBookach)

Nic dziwnego, że czytelnicy odbijają się od e-booków.

W Polsce, według statystyk, ledwie 6 proc. populacji czyta e-booki. Wśród tych 6 proc. najpopularniejszym czytnikiem jest Amazon Kindle – niezależnie od wersji wzór tego, jak powinien działać e-czytnik.

Sęk w tym, że Kindle w Polsce to de facto egzotyka. O jego istnieniu wiedzą tylko ludzie obeznani z technologiami. Nie kupimy go w większości elektromarketów. Sieć księgarni nie wystawi go na postumencie pośrodku sklepu.

Gdy przeciętny polski czytelnik zderza się z e-bookami, odbywa się to z reguły na czytnikach takich firm jak właśnie InkBook, Onyx czy PocketBook. I wcale się nie dziwię, że po takim doświadczeniu czytelnik odchodzi zrażony do książek elektronicznych, co skutkuje tym, że rok do roku wzrost popularności e-booków jest tak marginalny, że praktycznie nieistniejący.

Amazon Kindle Oasis 2 recenzja

Przyjdzie Kindle i was zje

Drodzy producenci e-czytników: ogarnijcie się. Jesteście w absolutnie wyjątkowej sytuacji na międzynarodowym rynku czytelniczym. Amazon nadal nie zdołał się u nas rozgościć, Kindle nadal nie zdominował rynku. Do tego mamy wspaniale rozwiniętą sieć dystrybucji e-booków oraz prężny rynek wydawniczy. Konkurencji jest jak na lekarstwo, bo liczących się producentów w tym segmencie jest de facto dwóch i obydwaj zbierają cięgi w tym tekście.

Rynek e-czytników w Polsce to niemalże błękitny ocean – ogromny potencjał wzrostu, niewielu rywali, dynamicznie rosnący rynek. Ale nie da się go zawojować, wypuszczając do sprzedaży takie – wybaczcie, napiszę wprost – śmieci!

Czy naprawdę tak trudno jest zrobić dobry czytnik e-booków? Taki, który przede wszystkim będzie płynnie działał, będzie zintegrowany z księgarniami, żeby wygodnie pozyskiwać e-booki, który nie będzie próbą wpakowania zyliona niepotrzebnych funkcji do urządzenia, które ma służyć jednemu – czytaniu książek. Taki, który będzie jak Kindle Paperwhite – niedrogi, ale bezkompromisowy.

Na ten moment inne czytniki nie stanowią dla Kindle’a konkurencji. W najmniejszym stopniu. Co gorsza, producenci nie starają się udoskonalać swoich produktów, lecz wypuszczają bliźniaczo podobne modele rok do roku, licząc na to, że nikt nie zauważy.

Ale już niedługo.

Drodzy producenci e-czytników: czy to się podoba, czy nie, Amazon w końcu wejdzie także do Polski i podobnie jak wszędzie indziej, zagarnie dla siebie większość rynku. Przyjdzie Kindle i was zje. I wiecie co? Nikt nie będzie po was płakał. Mieliście długie lata na to, by zaskarbić sobie przychylność i sympatię czytelników w kraju. Ale skoro po tylu latach numerem jeden wśród e-czytników nadal jest urządzenie, które nie jest nawet oficjalnie dystrybuowane w Polsce, to znaczy, że coś poszło wam cholernie „nie tak”.

Dołącz do dyskusji