Moja pierwsza przygoda z Red Dead Online była pełna bezmyślnej walki, zbędnych awantur i crashów gry

Artykuł/Gry 30.11.2018
Moja pierwsza przygoda z Red Dead Online była pełna bezmyślnej walki, zbędnych awantur i crashów gry

Moja pierwsza przygoda z Red Dead Online była pełna bezmyślnej walki, zbędnych awantur i crashów gry

Przed premierą Red Dead Redemption 2 razem ze znajomymi wiele sobie obiecywaliśmy po module wieloosobowym. Oczami wyobraźni tworzyliśmy własną bandę, napadaliśmy na pociągi i bawiliśmy się jak nigdy. Mój pierwszy kontakt z Red Dead Online był… diametralnie inny.

Na samym początku warto podkreślić, że Red Dead Online znajduje się w stadium beta. Co za tym idzie, teoretycznie wszelkie wpadki, bugi i potknięcia producentów należy traktować z nieco większą wyrozumiałością. RDO nie jest finalnym produktem, a po mojej pierwszej przygodzie na Dzikim Zachodzie śmiem sądzić, że jeszcze długo nim nie będzie.

To najlepszy stan uzębienia, jaki można wybrać w kreatorze postaci

Przyznaję, nazwanie bohaterki „Bonnie“ nie było najbardziej kreatywną rzeczą w moim życiu.

Możliwość grania 18-letnią kobietą zdała mi się ciekawym urozmaiceniem od kampanii fabularnej gburowatego Arthura Morgana. Kreator postaci wydaje się dosyć skromny. Bardzo spodobało mi się za to, że został silnie osadzony w XIX-wiecznych realiach. Wszyscy mają żółte bądź wypadające zęby i niedoskonałości na twarzy. To nie miejsce dla wymuskanych modeli i ponętnych kobiet. Kreator pozwala na tworzenie szubrawców, łotrów i parszywców, których nie chciałoby się spotkać w prawdziwym życiu. No i to jest świetne!

Gdy moja Bonnie dostała swoje ciało, gra zapoznała mnie z tłem fabularnym. Oto bowiem awatar gracza zostaje wrobiony w zabójstwo, którego nie popełnił. Przed stryczkiem ratuje go wpływowa postać, która jest poszkodowana ze strony tych samych osób co gracz. Wspólny interes sprawia, że Bonnie rozpoczyna pracę dla swojej wybawicielki, zyskując dostęp do otwartego świata, bazy wypadowej, aktywności PvP oraz rozgrywki kooperacyjnej. O tym jednak później.

Nieznajomi z Internetu

Pierwsza misja fabularna w Red Dead Online sprawiła, że miałem uśmiech od ucha do ucha.

System połączył mnie z trzema innymi graczami, którzy mieli do wykonania to samo zadanie. Nasza czwórka musiała ukraść konie z pobliskiej stajni, oczywiście pilnowanej przez bandytów. Moi towarzysze ruszyli w kierunku celu, podczas gdy ja zagapiłem się na ekranie ustawień. Spóźniony, wskoczyłem na konia i pognałem galopem w kierunku stajni. Spieszyło mi się tak bardzo, że zamiast zejść z rumaka i korzystać z systemu osłon, wpadłem do gospodarstwa rolnego razem z koniem, strzelając prosto z siodła.

Czułem się kapitalnie. Byłem jak cholerna kawaleria, która przybyła z odsieczą dla moich pieszych towarzyszy. Trzymając w rękach długi karabin, posłałem do piachu trzech bandytów. Miałem wrażenie, że swoim popisem zrobiłem wrażenie na nieznajomych towarzyszach broni. Najpierw przeszukaliśmy ciała poległych, a potem weszliśmy do stajni i zrabowaliśmy konie. Myślałem wtedy, że Red Dead Online to absolutne 10 na 10. Byłem zakochany od pierwszego wejrzenia.

Czerwona furia

Potem chciałem wziąć udział w jakiejś aktywności PvP i zaczęło być źle. Bardzo źle.

Ze specjalnego menu wybrałem szybką rozgrywkę PvP. System przetwarzał moje żądanie przez kilkadziesiąt sekund (lepsze to niż kilka minut w GTA Online), a następnie przyłączył mnie do trwającej potyczki. Niestety, składy w trybie team deatchmatch były pełne, więc jedyne, co mogłem robić, to obserwować zmagania innych graczy. Wyszedłem z pokoju spectacora i od razu się zaskoczyłem. Zamiast wrócić do bazy, gdzie nikt nie może zrobić mi krzywdy (no chyba, że opuszczę flagę w opcjach), pojawiłem się nieopodal areny PvP. Przeniosło mnie o dobrych kilkadziesiąt wirtualnych kilometrów.

Wrzucony w sam środek wirtualnego otwartego świata, szybko odkryłem, że ten jest pełen chaosu i bezprawia. Inni gracze strzelają do siebie bez ostrzeżenia. Nawet machając do nich ręką dostawałem kulkę na powitanie. Gdyby jeszcze zabójcy coś z tego mieli… Poza skromnymi pięcioma punktami doświadczenia morderstwo niewinnego gracza nie nagradza w żaden inny sposób. To zabijanie dla samego zabijania. Puste, zbędne i bez wyraźnych benefitów.

Nie dajcie się zwieść pozorom… zaraz będzie chciał mi wpakować kulkę w plecy

W Red Dead Online można zapomnieć o czymś na kształt współpracującej, współżyjącej ze sobą społeczności pionierów. Wszyscy są do siebie wrogo nastawieni, a jedyna forma komunikacji to wymiana ognia z broni palnej. Nawet w ośrodkach miejskich, takich jak Valentine czy Blackwater, gracze strzelają do siebie jak opętani. Postacie NPC uciekają w popłochu, trzoda chlewna wyje przerażona, a zewsząd słychać huki wystrzału. Chaos. Bezprawie. Apokalipsa.

Rockstar próbował wprowadzić system prawa i porządku do Red Dead Online, ale kompletnie nie wyszło.

Siedząc w saloonie możesz spodziewać się wszystkiego, tylko nie tego, że spokojnie napijesz się piwa. Do baru wpada narwany gracz, podbiega do mojej Bonnie i rzuca ją na ziemię. Zaczyna dusić dziewczynę, aż ta w końcu wyziewa ducha. Co z tego ma inny gracz? Nic, poza garścią punktów doświadczenia. Wykonując misję tych samych punktów zdobyłby kilkadziesiąt razy więcej. Z jaką konsekwencją spotyka się mój morderca? Inni gracze widzą jego kropkę na czerwono i mogą go ustrzelić bez żadnych negatywnych konsekwencji. Tylko tyle, że to się nie opłaca.

Dzień jak co dzień w Valentine

Problem polega na tym, że gonienie narwanych zabójców również się daje żadnej satysfakcjonującej nagrody. Nie dostałem niczego w zamian za wyeliminowanie mordercy innego gracza, co jest kompletnie bez sensu. Kilka dolarów za przywrócenie porządku byłoby o wiele lepszym rozwiązaniem. Zwłaszcza że za dolary kupuje się odzież, lepsze bronie, rozwija bazę i tak dalej. Gracze mieliby interes, aby ścigać bandytów. Mieliby cel. Na ten moment takiego celu nie ma, więc na serwerach RDO panuje chaos. Wszyscy strzelają do wszystkich, a spokojne przejście środkiem miasteczka momentami graniczy z cudem.

Miejska apokalipsa nie była dla mnie, więc udałem się w dzikie ostępy.

Po udanym polowaniu na pumę zauważyłem, że jakiś gracz stoi przy wodospadzie i podziwia widoki. Spokojnie podszedłem do niego, z bronią schowaną za pasem. Pomachałem mu ręką. On pomachał do mnie. Poczucie ulgi. W końcu natrafiłem na przyjaznego sobie gracza. Wtem ten popycha Bonnie, chcąc strącić ją z wysokiego urwiska. Tylko cudem ląduję na skalnej półce i ratuję się wejściem do rzeki. Mój oprawca nie daje mi jednak spokoju.

Rozpoczyna się epicki pojedynek na pięści, w wodzie powyżej pasa. Wygląda to niezwykle filmowo, bo zaraz obok nas zaczyna się wodospad. Kilka kroków i można spaść głęboko w odmęty. Agresor dwa razy próbuje wyciągnąć broń, ale za każdym razem mu przeszkadzam i wykręcam ręce. Wykorzystuję jego frustrację. Wykonuję udane bloki i potężne kontrataki pięściami. W końcu jegomość pada, a moja Bonnie stoi cała mokra, zdyszana, pośrodku koryta wartkiej rzeki.

Co z tego mam? Nic. Oczywiście poza filmikiem, który możecie zobaczyć powyżej. Chociaż trwa nieco ponad minutę, w mojej skromnej opinii naprawdę jest wart obejrzenia. Ta sceneria, ta bezpośredniość… aż mi się przypomniała niesamowita walka finałowa w Metal Gear Solid 2. Myślę, że Hideo Kojima nie powstydziłby się takiego ujęcia z wodospadem, jak w ostatnich sekundach nagranego przeze mnie klipu.

Wleczenie przez miasto to jedna z najbardziej poniżających rzeczy w grach multiplayer

Szkoda, że z tej walki w Red Dead Online tak niewiele wynika. Niestety, kwestia prawa i porządku na serwerach to nie jedyne wyzwania z jakimi boryka się moduł wieloosobowy do Red Dead Redemption 2. Zaraz po wyjściu z rzeki moja gra uległa zamrożeniu na dwie sekundy. Następnie pojawił się niebieskie ekran błędu i wysypało mnie do głównego menu PlayStation 4.

Na dzisiaj chyba wystarczy…

Dołącz do dyskusji

Advertisement