Google przysłał mi maila z podsumowaniem, gdzie byłem i co robiłem przez ostatni miesiąc. Jestem przerażony

Felieton/Technologie 06.11.2018
Google przysłał mi maila z podsumowaniem, gdzie byłem i co robiłem przez ostatni miesiąc. Jestem przerażony

Google przysłał mi maila z podsumowaniem, gdzie byłem i co robiłem przez ostatni miesiąc. Jestem przerażony

Google właśnie przysłał mi radosnego maila z podsumowaniem, gdzie byłem i co robiłem przez cały ostatni miesiąc. Nie uśmiechnąłem się. Raczej poczułem zimny pot na plecach.

Funkcja Osi Czasu w Mapach Google’a nie jest niczym nowym. Google zaczął wprowadzać ją falami blisko trzy lata temu, by dać użytkownikom możliwość podejrzenia miejsc, które odwiedzili i tras, które przebyli w ostatnim czasie. Opcja jest dostępna oczywiście wyłącznie dla posiadaczy danego konta Google i nie jest udostępniana na zewnątrz, zaś sam Google przetwarza te dane w sposób zanonimizowany.

Niedawno jednak (przynajmniej w moim przypadku) Google zaczął przysyłać podsumowania aktywności w Mapach Google w formie zgrabnego, ładnego maila. Przed chwilą dostałem taką wiadomość i niestety, zamiast nutki nostalgii usłyszałem nutkę grozy.

„Spójrz na te wszystkie miejsca, w których cię śledziłem!”

W podsumowaniu Osi Czasu za poprzedni miesiąc mogę zobaczyć, jakie miejsca odwiedziłem, ile godzin spędziłem za kierownicą samochodu, ile kilometrów przeszedłem piechotą, co nowego odkryłem i dokąd jeździłem najczęściej.

Google Maps Oś czasu

Google jest w tym swoim podsumowaniu przerażająco dokładny. Pamięta trasy, o których ja dawno zapomniałem.

Wie, że poszedłem do sklepu, nawet jeśli zaparkowałem samochód pół kilometra dalej. Pamięta nawet, że odwiozłem żonę do zakładu kosmetycznego, choć wcale nie ustawiałem go jako celu nawigacji. Tak naprawdę to… nie licząc wyjazdu do Berlina, na żadną z tras zapamiętanych przez Google’a nie ustawiałem nawigacji. Smartfon samoczynnie przekazywał na serwery Google’a dane o moim położeniu. Z częstotliwością, która jeży włosy na głowie.

Z ciekawości zajrzałem do „pełnej” Osi Czasu. I poczułem się, jakbym przeglądał dzienniki szpiega.

Google już wie, że mam psa. Wszystkie trasy, które przebyłem z czworonogiem w ciągu ostatniego miesiąca są ładnie zaznaczone na mapie. Google wie nawet, że w czasie tego spaceru zrobiłem zdjęcie (w końcu zarchiwizował je na swoich serwerach poprzez Zdjęcia Google) i wyświetla mi je podczas przeglądania Timeline’u.

Google Maps Oś czasu

Google wie, że zmieniłem sklep, w którym najczęściej robię zakupy i przesunął go wyżej na liście najczęściej odwiedzanych miejsc.

Google Maps Oś czasu

Każdy mój krok jest zarejestrowany. Każdy wyjazd – widoczny jak na dłoni. Każda aktywność, jaka miała miejsce w czasie wyjazdu – skrzętnie udokumentowana i przedstawiona w formie przejrzystej Osi Czasu. Której podsumowanie Google potem wysyła mi na maila, gdzie równie dobrze mógłby dopisać radosne „zobacz, w ilu miejscach patrzyłem ci na ręce”.

Tak, sam wyraziłem na to zgodę. I to jest chyba najbardziej przerażające.

Dawno już pogodziłem się z faktem, że dla pewnej dozy wygody trzeba pogodzić się z utratą pewnej dozy prywatności. Chcę mieć dokładne Mapy z dokładnymi czasami przejazdu? Muszę się zgodzić na dostęp do lokalizacji. Chcę mieć dokładną wyszukiwarkę, podpowiadającą mi odpowiednie odpowiedzi na zadane pytania? Muszę ją nakarmić jak największą ilością danych na temat moich zainteresowań.

Jednak gdy człowiek uświadomi sobie, co tak naprawdę oznacza to oddanie „części danych”, trudno nie być przerażonym.

Wyobraźmy sobie, że 15 lat temu ktoś by powiedział, że dobrowolnie będziemy się zgadzać na to, aby bezcielesna korporacja śledziła każdy nasz krok, a potem jeszcze się tym przed nami chwaliła. Ja sobie tego nie wyobrażam. Wtedy brzmiałoby to dla mnie jak spełnienie wizji z najczarniejszych dystopii. Ba, jeszcze rok przed udostępnieniem Osi Czasu w Sieci zawrzało, gdy okazało się, że Google przechowuje historię lokalizacji. Tę samą, którą potem udostępniono do wglądu użytkowników.

A dziś? Dziś mogę co najwyżej przeprowadzić szybki rachunek zysków i strat.

Tak, Google wie gdzie jestem i co robię, a potem podsuwa mi te informacje, żebym sobie popatrzył. Jednocześnie ten sam Google pomógł mi dziś rano błyskawicznie dotrzeć w nieznane mi miejsce, w kilka sekund podsunął mi informacje na temat nowej serii gitar o których szukałem informacji i pozwolił dogrzebać się do zdjęcia zrobionego ponad dwa lata temu, którego w innym wypadku na pewno bym nie znalazł.

I sam już nie wiem, czy straszniejsze jest to, że Google zna ze szczegółami rozkład każdego mojego dnia, czy to, że godzę się na to bez większego bólu, by móc korzystać z tych wszystkich wygód, które gwarantuje mi zgoda na – nazwijmy rzecz po imieniu – permanentną inwigilację.

Wiem, że w każdej chwili mogę zablokować Google’owi dostęp do większości tych informacji. Zatrzymać śledzenie, wyłączyć lokalizację, przenieść archiwum zdjęć z Google Photos do np. OneDrive’a i powstrzymać, przynajmniej częściowo, ciągły wgląd Google’a w moje życie.

Tyle że wcale nie jestem pewien, czy tego chcę. Dopóki zbieranie tych wszystkich informacji nie boli mnie w odczuwalny sposób, jestem gotów nadal się nimi dzielić w zamian za wygodę i jakość usług. Oby tylko nie okazało się, że gdy inwigilacja w końcu mnie zaboli, będzie za późno, by ją powstrzymać. Ale to już temat na zupełnie odrębny felieton.

Dołącz do dyskusji

Advertisement