Kampania średnia, ale multiplayer rządzi niepodzielnie! Battlefield V najlepszą odsłoną od 2011 r. – recenzja

Recenzja/Gry 13.11.2018
Kampania średnia, ale multiplayer rządzi niepodzielnie! Battlefield V najlepszą odsłoną od 2011 r. – recenzja

Kampania średnia, ale multiplayer rządzi niepodzielnie! Battlefield V najlepszą odsłoną od 2011 r. – recenzja

Żar leje się z nieba. Nagrzane dachówki kościoła grzeją od spodu. No i ten pełen uniform. Sam tego chciałem, wyszarpując gniazdo snajperskie wrogim graczom. Teraz widzę w oddali małą plamkę. Pociągam za spust, odrywam oko od lunety i przeładowuję. Wpada +200 punktów. Szkop załatwiony. Ależ mi tego brakowało! Tęskniłem za wojną totalną, na morzach, lądach i w przestworzach. Na wielkie dystanse. Przy użyciu ciężkiego sprzętu. Battlefield V jest znacznie lepszy niż przypuszczałem.

Chyba zgodzimy się, że dział PR reprezentujący DICE oraz EA robił wszystko, aby zniechęcić fanów serii do gry Battlefield V.  Pierwszy zwiastun był fatalny. FATALNY. Do tego pokazanie edytora postaci z protezami, katanami i innymi ozdobnikami kompletnie rozmijało się z oczekiwaniami społeczności. Chcieliśmy brudnego, ciężkiego, skąpanego w smole i ogniu klimatu. Gram w Battlefielda V od kilku dni i wiecie co — naprawdę go czuję. Strzelanina nie ma w sobie ani trochę dziwactwa pierwszego zwiastuna.

Na serwerach Battlefield V nikt nie biega z protezami, a żołnierki stanowią mniejszość.

Na początku recenzji czuję się w obowiązku odkręcić to, co zepsuł dział PR. Battlefield V to drugowojenna strzelanina z krwi i kości. Na polach bitew widzę żołnierzy w standardowym umundurowaniu. Bez katan. Bez protez. Bez irokezów i bez tomahawków. Trzymają w dłoniach znane modele broni jak Lee-Enfield Mk I, Kar98k, M1A1, StG44, Sten czy MP40. Nawet ukochany M1928A1 Thompson się znajdzie. Nikt tutaj nie wystaje poza szereg ani nikt nie wyróżnia się neonowym wdziankiem na modłę Fortnite’a czy Call of Duty.

Battlefield V oferuje kreator postaci, który początkowo nie pozwala na wiele. Bardziej ekstrawaganckie uniformy kosztują tyle, że spędzicie długie dni i tygodnie, aby je odblokować. Obecnie jednym z najbardziej unikalnych przedmiotów do założenia jest… maska gazowa. W BF1 biegał w niej każdy. Nigdzie nie widzę katan ani protez. Zapewne producenci się przestraszyli się krytyki i dodadzą te ozdobniki z czasem. DICE zarzeka się, że każdy mundur w grze ma historyczne podłoże i pochodzi z okresu drugiej wojny światowej.

To też nie tak, że przeszkadza mi postać z protezą albo kataną na plecach. Niech z czasem będą i takie. Podoba mi się jednak, że na start gry producenci zdecydowali się na standardowy zestaw dodatków. Gdyby tego było mało, aby zdobyć te najbardziej rzucające się w oczy, trzeba wypełniać wyzwania. Te nie należą do łatwych, więc i nagroda powinna być odpowiednio efektowna.

Co do żołnierek — kreator pozwala na granie kobietą, ale do tego nie zmusza. To tylko i wyłącznie decyzja gracza. Sam wybrałem żeńskie awatary dla klasy medyka, bo pasowało mi to do wojennych sanitariuszek. Ot, takie urozmaicenie na tle wsparcia, zwiadowcy i szturmowców. Szkoda tylko, że polski dubbing żeńskich postaci jest okropny. Naprawdę okropny.

Kampania fabularna w Battlefield V to co najwyżej stany średnie.

Moduł dla jednego gracza składa się z trzech króciutkich opowieści podzielonych na rozdziały. W grudniu pojawi się bezpłatna czwarta opowieść, w której zagramy… niemieckim oficerem. Trzy poprzednie historie również są ciekawe. Tak jak w przypadku Battlefielda 1, DICE skoncentrowało się na mniej znanych, mniej popularnych wydarzeniach. Dzięki temu mamy okazję do wcielenia się w norweską członkinię ruchu oporu, brytyjskiego rabusia czy francuskiego imigranta. To wszystko odświeżające perspektywy. Coś nowego.

Niestety, same ciekawe pomysły nie wystarczą. Pod względem rozgrywki kampania BFV jest mocno taka sobie. Przeciętna. Schematyczna. Mało tutaj filmowej, oskryptowanej akcji. Jest za to wiele szwendania się po otwartych mapach i szukania znajdziek. Każda opowieść została podzielona na trzy szablonowe misje: jedna ze skradaniem, druga nastawiona na eksplorację, trzecia skupiająca się na walce. Posługuję się pewnym uogólnieniem, ale sztywny klucz podziału jest aż nadto widoczny.

Kampania w Battlefield V nijak ma się do tej z Bad Company 2 czy nawet Battlefielda 3. Pod tym względem konkurencyjne Call of Duty: WWII zjada omawiany tytuł na śniadanie. Z drugiej strony muszę pochwalić DICE za to, że nie poszli na łatwiznę. Zamiast skorzystać z gotowych map wieloosobowych, stworzyli unikatowe środowiska do kampanii. Fakt, że deweloperzy przygotowali gigantyczne zbocze norweskiej góry, aby gracz mógł sobie kilka minut poszusować na nartach, świadczy o poważnym podejściu do klienta chcącego bawić się również offline.

Najważniejszy jest multiplayer. Battlefield V jako jedna z niewielu odsłon działa już na premierę.

Muszę przyznać, że w analogicznym okresie premierowym tak dobrze nie bawiłem się ani na serwerach BF4 (o ile akurat działały) ani BF1. Pierwszy raz od 2011 r. wszystko działa jak należy. Szukanie gry oraz wychodzenie z potyczki nie trwa już kilku minut. Menu nie szwankuje. Nie nawala responsywność wprowadzanych komend. Podczas matchmakingu cały interfejs i wszystkie ustawienia są do dyspozycji gracza. Wywoływanie belki znajomych jest natychmiastowe. Po latach technologicznej smuty Battlefield na premierę w końcu działa poprawnie. Czyli jednak można.

Wraz z techniczną stabilnością idzie w parze przemyślana rozgrywka. W przeciwieństwie do BF1, nowa gra DICE już od dnia premiery oferuje beretki zasług, zlecenia, codzienne wyzwania czy odradzanie się na plecach towarzyszy. Po kilkunastu godzinach na serwerach nie przychodzi mi do głowy żaden mechanizm, który wymaga natychmiastowej implementacji. W BF1 miałbym już dwie strony postulatów. Dobrze, że chociaż tym razem DICE korzysta ze wcześniejszego dorobku i nie próbuje wymyślać koła na nowo.

Oczywiście wciąż jest wiele do zrobienia. Szokuje liczba trybów i możliwości, które zostaną dodane dopiero w grudniu. Najważniejsza funkcja spajającą społeczność i znajomych — Teatr Wojny — pojawi się za jakiś czas. Tak samo jak unikalne skórki do nałożenia na pojazdy, a także poligon testowy. Z czasem gracze dostaną rownież tryb Battle Royale. DICE gra tym samym w bardzo niebezpieczną grę. Ikonki w menu z dopiskiem „już wkrótce” to coś, co nie każdemu się spodoba. Z drugiej strony mam na co czekać, a tryb podbój w 64 graczy działa idealnie.

No właśnie: podbój, 64 graczy, pojazdy, wojna totalna… ależ mi tego brakowało!

Klasyczny multiplayer w Black Ops 4 jest przyjemny, ale skręca w stronę Overwatcha. World War 3 okazał się wielkim rozczarowaniem. Multi w Far Cry 5 jest ambitne, lecz kiepsko doszlifowane. Dla kogoś, kto łaknie wojny totalnej, z hordą graczy jednocześnie widocznych na ekranie, nie ma czegoś lepszego niż Battlefield V. No, oczywiście poza Battlefieldem 3, który wciąż trzyma się zadziwiająco dobrze.

Mam wrażenie, że w Battlefieldzie V jest minimalnie mniej pojazdów niż w Trójce oraz Czwórce. Kolumna trzech czołgów jadących jeden za drugim wciąż jest możliwa do zaobserwowania. To jednak znacznie rzadszy widok niż w poprzednich odsłonach. Więcej za to dzieje się na niebie, jak gdyby DICE umyślnie chciało podkreślić kluczową rolę lotnictwa w drugowojennych konfliktach. Pięć, sześć maszyn nad głowami kompletnie nie dziwi. Dziwi za to, że gracze kompletnie nie korzystają już z samochodów terenowych. Te stoją porzucone na każdym zakręcie.

Szkoda, że wzorem BF1 do ciężkich pojazdów opancerzonych wsiądziemy wyłącznie z poziomu mapy taktycznej. Puste czołgi nie pojawiają się magicznie w bazie. Ma to swoje dobre strony. Gracze skupią się na prowadzeniu działań, zamiast stać i czekać na dostawy maszyn. Do tego wrodzy gracze nie mogą niszczyć pojazdów, nim te ruszą do bitwy. Ale właśnie to była część tej battlefieldowej niezwykłości; sprytny i zaradny żołnierz potrafił zbombardować czołgi w bazie wroga, dając drużynie przewagę w zajmowaniu centralnej flagi.

Stosunek piechoty do pojazdów jest podobny do tego z Battlefielda 1. W ogólnym rozrachunku to dobre proporcje, które wymuszają na graczach zaangażowanie. Nie mogę jednak nic poradzić na to, że nieco tęsknię za dzikością nieprzemyślanego systemu z BF1942, BF2 i BF3. Łza się w oku kręci gdy wspominam, jak kłóciło się na lotniskowcu o to, kto następny będzie pilotował myśliwiec. Tutaj tego brakuje. W BFV więcej jest starć, więcej jest kontaktu i aktywnego przesuwania linii frontu. Zyskuje na tym dynamika gry, ale traci pewna samolubna fantazyjność.

Będąc przy samolubności, cudownie znowu być snajperem. Żaden CoD nie daje takich możliwości.

Odniosłem wrażenie, że nie licząc map Narwik oraz Rotterdam, Battlefield V jest dosyć płaski. Topografia terenu stała się znacznie bardziej nizinna i jednorodna. Próżno szukać wieżowców, na które można się wspiąć oraz wind, które wnoszą graczy na dachy budynków. Nie zmienia to faktu, że DICE nie zrobiło absolutnie niczego, by osłabić strzelców wyborowych. No i bardzo, bardzo dobrze. Battlefield V to jedna z niewielu gier, w których wciąż warto być snajperem. Uwielbiam klasę zwiadowcy.

Zabieram 75 proc. wytrzymałości po trafieniu w tors. Zgon natychmiast po strzale w głowę. Snajperzy są śmiertelnie skuteczni. Mam do tego wrażenie, że twórcy nieco osłabili siły fizyki oddziałujące na lecący pocisk. Przy optyce x3 gracz nie musi nanosić żadnych poprawek na obraz wizjera. Przy optyce x6 poprawki będą z kolei minimalne. Widzisz? Strzelasz. Zabijasz. Najlepiej leżąc na dachu jakiegoś budynku. Snajperzy wciąż odznaczają się szalenie agresywnym rozbłyskiem lunety, ale nie oszukujmy się — co zrobi mi żołnierz wsparcia, gdy dostrzega mnie z 300 metrów?

Oczywiście nie sztuką jest położyć się na brzuchu i zgarnąć pięć fragów przez cały mecz. DICE ma pomysł na zwiadowcę. Ten nie tylko eliminuje cele z daleka, ale również stanowi wsparcie odrodzeń dla drużyny. Jego rola jako przenośnego narzędzia rozrodczego jest akcentowana silniej niż kiedykolwiek wcześniej. Świadczy o tym zresztą subklasa snajpera, która koncentruje się właśnie na przekraczaniu linii frontu i zakładaniu miejsc respawnu za plecami wroga. Miodzio. Malina. Orzeszki.

Inne klasy również dają radę.

Szturmowcy (którzy wchłonęli klasę mechanika) już na starcie posiadają w ekwipunku panzerfausta. To czyni ich śmiertelnie groźnymi wobec czołgów. Gdyby tego było mało, na wyższym poziomie doświadczenia uszkodzenia pojazdu oznaczają maszynę całemu zespołowi. Klasa wsparcia tradycyjnie rzuca amunicją gdzie popadnie, gwarantując graczowi masę łatwych punktów doświadczenia. No i nie ma jak jej solidny ogień zaporowy na dwójnogu. Wrogowie przygwożdżeni taką serią stają się widoczni dla innych graczy, co uważam za kapitalną decyzję.

Medyk początkowo wydaje się taki sobie. Jasne, potrafi podnosić pokonanych graczy z prędkością światła, ale w BFV członkowie drużyny również mogą reanimować towarzyszy broni. Dlatego medyk staje się ciekawy dopiero po wbiciu kilkunastu poziomów doświadczenia. Można go wtedy wyprofilować na szybkiego, zwrotnego zabijakę kontaktowego, ze strzelbą i zwiększonym zasięgiem ataku bronią białą. Taki build będzie siać postrach w ciasnych, ciemnych korytarzach. Tyle tylko, że tych w BFV jest jak na lekarstwo.

Jestem wielkim zwolennikiem nowych mechanizmów, które wpływają na balans rozgrywki.

Spodobało mi się, że samoloty nie mają nielimitowanych bomb, które regenerowałyby się w czasie (to samo tyczy się pocisków w czołgu). Wyrzuciłeś wszystkie ładunki? No to wracaj do bazy po kolejne. Nie trzeba na szczęście lądować w hangarze (bo i lądowisk brak). Wystarczy przelecieć nad bazą, a amunicja zostaje uzupełniona. Co ciekawe, zapasy zostają uzupełnione również po locie nad bazą wroga (?!). W ten sposób bombowce mogą prowadzić łatwe i przyjemne kursy, ale o spamowaniu bombami nie ma mowy.

Jestem również zadowolony z mechanizmów oznaczania przeciwników. Tych nie możemy już wskazywać innym graczom tak swobodnie jak w BF1 czy BF4. Nawet zwiadowca musi najpierw trafić wrogiego żołnierza, aby inni zobaczyli znacznik nad jego głową. Wsparcie potrafi teraz wskazywać wrogów ogniem zaporowym, z kolei szturmowiec zaznacza opancerzone jednostki wroga poprzez zadawanie im obrażeń. Battlefield V nie świeci się już ikonkami jak bożonarodzeniowa choinka. Gracz chcący się porządnie schować ma większe pole do popisu. O dziwo chaos na serwerach wcale nie jest przez to większy.

Osłabiono również zdolności do spamowania zaopatrzeniem. Teraz już nie wystarczy rzucić skrzynki z amunicją w tłum sojuszników. Każdy z zainteresowanych musi podejść do skrzyni, spojrzeć na nią i podnieść amunicję przyciskiem akcji. Dopiero wtedy żołnierz wsparcia dostaje punkty. To samo tyczy się apteczek. Gracz bez amunicji musi chcieć ją dostać. Musi wykazać inicjatywę. Nie spodoba się to osobom wykręcającym niesamowite wyniki rzucając skrzynkami na lewo i prawo.

Spodobało mi się także, że czołgi nie są już ani za silne, ani za słabe. Na otwartych przestrzeniach takich jak pola uprawne maszyny nie mają sobie równych. Czołg ustawiony na wzgórzu to potężna broń, która może przechylić szale zwycięstwa. Za to czołg w mieście jest jak trumna na gąsienicach. Świadomość, że w każdym oknie może się pojawić szturmowiec z panzerfaustem, jest dobijająca. W Rotterdamie czołgi są najczęściej sprawne przez kilkadziesiąt sekund. Miejski pogrom.

Musi być marchewka na kiju. Muszę mieć powód, żeby wracać na serwery. Tym razem go dostałem.

Fundamentalna różnica między BF1 oraz BFV to poczucie progresji. DICE zrozumiało, że sama rozgrywka nie wystarczy. Gracze muszą mieć marchewkę na kiju. Obietnicę lepszych broni, ciekawszych mundurów, dodatkowych umiejętności i nowych gadżetów. W BF1 brakowało uzależniającego mechanizmu, który trzymałby mnie przy ekranie. Na szczęście dróg rozwoju jest w Battlefieldzie V tyle, że system progresji otrzyma osobny wpis na Spider’s Web. Tego nie da się zmieścić w dwóch akapitach. Dlatego tutaj napiszę tylko tyle: DICE stanęło na wysokości zadania.

Na nic jednak progres, jeśli sama gra nie należy do przyjemnych. Jaki jest zatem model strzelania w BFV? Po prostu poprawny. Jak w każdej odsłonie serii. Wymiana ognia nie jest tak satysfakcjonująca jak w Destiny 2 (dla mnie wzór do naśladowania). Na szczęście nie jest również tak surowa i sztywna jak w Battlefieldzie 1942. Strzelanie „po prostu jest”, istniejąc jako droga do emocji wywoływanych na innych płaszczyznach. To środek do celu, nie cel sam w sobie. Ładnie łączy się to z filozofią Battlefielda, który nie decyduje o zwycięzcy na podstawie liczby fragów. Co nie zmienia faktu, że Bungie mogłoby wpaść do DICE i dać chłopakom kilka lekcji posługiwania się bronią.

BFV osiągnął coś, czego nie udało się twórcom przy BF1. Nie wyobrażam sobie dnia bez rozegrania chociaż jednej mapy. Chce mi się wracać. Chce mi się wykonywać dzienne misje oraz zlecenia. Do tego nie mogę się doczekać, kiedy w Battlefielda zagram ze znajomymi, już po oficjalnej premierze.

Battlefield V będzie najlepszą odsłoną od 2011 r.

Nie mam co do powyższego żadnych wątpliwości. Mimo fatalnego PR-u oraz idiotycznego planu reklamowego gra zdobędzie serca fanów serii. Tytuł odzyska przychylność graczy klimatem, możliwościami, balansem, systemem progresu oraz tym, że w BFV zawsze jest coś do zrobienia. Mam po co odpalać tę grę co wieczór, a najlepsze dopiero przede mną. Autentycznie odliczam dni do uruchomienia Teatru Wojny. Nie mogę się doczekać, co z tego wyjdzie.

Szkoda tylko, że twórcy na własne życzenie sabotowali tak udany projekt. Testując przedpremierową wersję gry czuję, że deweloperzy wiedzą, gdzie popełnili błędy. Kiedy przegięli. Gdzie postąpili wbrew własnej społeczności. Dlatego Battlefield V na premierę to zero protez, zero katan, ale za to sto procent grywalności. Jeśli Jedynka pozostawiła w was niedosyt, tym razem będziecie zadowoleni. Dla mnie to nowy król sieciowych strzelanin na średnią i wielką skalę.

Największe zalety:

  • Najlepszy multiplayer od czasów Battlefielda 3 z 2011 r.
  • Mam po co grać – system progresji przykuwa do ekranu
  • Nie ma protez, nie ma katan, jest wojna totalna w drugowojennym klimacie
  • Nowe – stare klasy ze świetnym podziałem na obowiązki
  • Interfejs, menu, lobby, matchmaking – wszystko działa na premierę
  • Ścieżki rozwoju dla broni!
  • Co bitwę dostaję coś ciekawego – nowe wyzwania, skórki, misje, bronie, gadżety
  • Nowe elementy rozgrywki korzystnie wpływają na balans
  • DICE jak zwykle oferuje najlepszą możliwą jakość dźwięku
  • Podjęcie oryginalnej tematyki w kampanii offline.

Największe wady:

  • Krótka, schematyczna, nijaka kampania fabularna
  • Teatr Wojny, poligon i tryb battle royale niedostępne na premierę
  • Kiepski polski dubbing, fatalny dla postaci kobiecych
  • Spora część map jest dosyć płaska
  • Model strzelania nieustannie co najwyżej poprawny

Szczerze? Nie sądziłem, że będę jeszcze tak zadowolony z jakiejkolwiek gry DICE.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji