Perły z lamusa: Fallout 3. Whisky z nuka colą

Artykuł/Gry 30.10.2018
Perły z lamusa: Fallout 3. Whisky z nuka colą

Perły z lamusa: Fallout 3. Whisky z nuka colą

Dzisiaj, 30 października, mija dokładnie dziesięć lat od europejskiej premiery Fallouta 3. To wtedy zaczęła się długa, monotonna droga do Fallouta 76.

Fallout 3 był dla mnie pierwszym kontaktem z marką. Myślę, że to bardzo istotne dla wrażeń, jakich dostarczyła mi ta gra. Nie siadałem do niej z absolutnie żadnymi oczekiwaniami. Pozbawiony byłem jakichkolwiek wspomnień, które mogłyby rzutować na odbiór. Przygody nie rozpoczynałem z hodowanym latami utęsknieniem.

Całkiem możliwe, że to właśnie dlatego bawiłem się tak dobrze. W czasie gdy fani dostawali choroby popromiennej, widząc, jak bardzo Bethesda zmieniła formułę ich ukochanego RPG-a, ja zwiedzałem ten świat z wczuwką wielkości Megatony. Szedłem przez mgliste, upstrzone supermutantami Pustkowia, a z radia trzaskała mi muzyka z zaświatów. Piosenki, w których się zakochałem i które do dzisiaj znam na pamięć. W samym „Way Back Home” schowałem z tuzin ciepłych wspomnień oraz skojarzeń.

Żadne z nich nie wiąże się na pewno z głównym wątkiem fabularnym.

Tak, Fallout 3, podobnie zresztą jak lwia część gier Bethesdy, nie stał scenariuszem. Historia, w której szukamy naszego ojca-naukowca była w najlepszym razie przeciętna. Dopiero wszystko to, co działo się wokół wątku głównego, co napędzało ten zwariowany świat, sprawiało, że kolejne obszary postapokaliptycznej ruiny zwiedzało się z zainteresowaniem. Delektowało się nimi jak dobrym drinkiem.

Pamiętam na przykład miasteczko będące polem walki dla dwóch domorosłych superbohaterów. Jeden z nich kontrolował zmutowane mrówki. Pamiętam wioskę, w której mogły żyć tylko i wyłącznie dzieci. Chatę samotnej skrzypaczki, która potem za pośrednictwem radia umilała mi wędrówkę swoją grą. Tę wierzę ghuli, z której podziwiało się ewentualną anihilację Megatony. A podczas odwiedzania tych miejsc – i wielu, wielu innych – między mieszkańcami nieustannie przebąkiwało się o prawdziwym gaju, ocalałym z katastrofy nuklearnej. W którym można zobaczyć prawdziwe drzewa. Brzmiało jak zwykła bajka, ale wiadomo, że w każdej takiej bajce musi być ziarno prawdy. Dlatego po wielu godzinach w Falloucie 3 sam czułem się jak mieszkaniec tego świata, zastanawiający się tuż przed snem: czy ten gaj naprawdę istnieje? Gdzie może być? Jakby to było zobaczyć prawdziwe drzewa?

Fantazja na temat żywej natury była o tyle elektryzująca, że świat Fallouta 3 naprawdę sprawiał wrażenie wyniszczonego i ograbionego z wszelkich przejawów życia. Pomagała w tym paleta burych kolorów, za którą zresztą często krytykowano grę. Że przesadzono z filtrami. Że to nieatrakcyjne, mdłe, nudne. A ja zawsze kupowałem tę wizję; wyblakłe krajobrazy jakby stale przyprószone ledwo widoczną, radioaktywną mgiełką.

Tak, utopiłem się w tej atmosferze. Mało która gra pozwalała mi tak zanurzyć się w swoim świecie. Mało która sprawiała, że z takim zainteresowaniem zwiedzałem kolejne tereny. Bo skoro za poprzednim rogiem odkryłem fabrykę z ghulami marzącymi o locie na Księżyc, to co odkryję za następnym? Skoro ktoś zbudował swoją siedzibę wewnątrz muzeum w centrum Waszyngtonu, to jaką zwariowaną miejscówkę odwiedzę jutro? Skoro słucham nieustannie charyzmatycznego Three Doga, to kiedy dotrę do stacji radiowej i poznam go osobiście?

Fallout 3 to bury patchwork uszyty z dziesiątek ciekawych łat.

W żadnym wypadku nie była to idealna gra. Nawet kiedy nie patrzeć na nią przez pryzmat pierwszych części, nie stroniła od wad. Mnóstwo błędów, nudny wątek główny, przeciętne strzelanie… Ale jednak inne rzeczy robiła tak dobrze, że wszystkie te niedociągnięcia można było wybaczyć.

Wiadomo, potem wyszedł Fallout: New Vegas i przy nim Fallout 3 już w ogóle wyglądał jak wersja beta. Obsidian Entertainment wprowadził lepszą fabułę, przywrócił frakcje, odświeżył kolorystykę, dodał fantastyczny tryb survivalowy… Ale to Fallout 3 zapoczątkował nową formułę serii. Formułę, która swój szczyt osiągnęła w New Vegas, potem nużyła w Falloucie 4, a teraz najprawdopodobniej nużyć będzie w Falloucie 76.

Popatrzcie. Współczesne gry z serii pod względem kierunku artystycznego oraz interfejsu prezentują się dokładnie tak samo jak dziesięć lat temu. Z jednej strony lenistwo twórców. A z drugiej… jednak również świadectwo tego, jak dobrze ją zrealizowano, skoro Bethesda recyklinguje te rozwiązania przez całą dekadę.

Łapię się też na tym, że nawet nie musiałem odświeżać sobie tej gry na YouTubie. Nie musiałem jej sprawdzać na wikipediach czy w innych zakątkach internetu. Wszystkie historie pochowane w grze wciąż widzę dosyć wyraźnie. A minęło przecież niemal dziesięć lat. Zapytajcie mnie o tytuły, w które grałem na przestrzeni ostatnich lat, i większości nie będę pamiętał nawet w połowie tak dobrze. Tyle drobnych przygód, akcentów składających się na urokliwą podróż…

Parafrazując „I Don’t Want to Set the World on Fire” Ink Spotsów – Fallout 3 nie podpalił całego świata. Ale na pewno obudził płomień w moim sercu.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji