Dark Souls Remastered na Nintendo Switch to dwie różne gry w jednym opakowaniu – recenzja

Recenzja/Gry 18.10.2018
Dark Souls Remastered na Nintendo Switch to dwie różne gry w jednym opakowaniu – recenzja

Dark Souls Remastered na Nintendo Switch to dwie różne gry w jednym opakowaniu – recenzja

Kiedy uruchomiłem Dark Souls Remastered w pociągu, szczerzyłem się od ucha do ucha. Sama możliwość ogrania takiej gry w trybie mobilnym to dla mnie prawdziwy skarb. Melancholijny Undead Burg mieszczący się do kieszeni kurtki – coś niesamowitego. Kiedy jednak wróciłem do domu i odpaliłem grę w trybie stacjonarnym, musiałem przecierać oczy ze zdumienia. Coś było nie tak.

Na Switchu mam już ponad 100 gier. Kartę microSD 400 GB wypełniłem po brzegi. Śmiem sądzić, że zdążyłem poznać konsolę Nintendo naprawdę dobrze. Jednak nigdy, absolutnie nigdy wcześniej nie doświadczyłem na tej platformie takich dysproporcji między stacjonarnym oraz mobilnym trybem. Między grą uruchomioną na tablecie, a grą odpaloną w stacji dokującej podłączonej do telewizora. Dark Souls Remastered to swoisty fenomen.

To będzie bolało

W trybie mobilnym Dark Souls Remastered to prawdziwe dzieło sztuki.

To jedna z tych gier, podczas grania w którą zastanawiasz się: jakim cudem zmieścili to do przenośnej konsoli?  Co prawda DSR działa w zaledwie 30 klatkach na sekundę, ale solidnie trzyma się tej wartości, oferując bardzo przyjemną dla oka grafikę. Oczywiście do czasu, gdy nie zaczniemy się przyglądać wirtualnemu światu z bliska. Wtedy jak na dłoni widać potężne kompromisy, które musiały zostać dokonane. Inaczej Switch nie poradziłby sobie ze światem przeklętych ludzi, nieumarłych dusz i zaginionych smoków.

Sztuczka polega na tym, że patrząc na ekran tabletu z normalnej odległości, tych niedoskonałości w ogóle nie widać. Widać za to poczynione postępy względem wersji na PS3 oraz X360. Tekstury są ostrzejsze. Od powierzchni odbijają się cząsteczki. Flora prezentuje się znacznie lepiej. Rozbłyski i załamania światła nadają lokacjom dodatkowej głębi. Drugi plan potrafi się piękne rozmazać, pompując do rozgrywki nieco bardziej filmową otoczkę.

Chyba najłatwiejszy boss całej serii

Oczywiście gra nie posiada tylu fajerwerków, co na PlayStation 4. Wygładzanie krawędzi jest gorsze, rozdzielczość tekstur niższa, a dźwięk został tak sponiewierany, że żeby wczuć się w klimat, słuchawki są niezbędne. Najgorsza jest jednak liczba klatek na sekundę. O ile dla wielu gatunków gier 30 fps-ów wystarcza, tak Soulsy powinny być rozgrywane wyłącznie z dwukrotnie większą wartością. Nie chodzi tylko o poczucie płynności. Te 60 klatek potężnie rzutuje na samą walkę. Jej responsywność i dynamizm.

Dlatego 30 fps-ów, nawet w trybie mobilnym, trochę przeszkadza.

Kto grał w Dark Souls 2, Dark Souls 3 oraz Remastered na PS4, od razu poczuje, że coś tutaj nie styka. Naprawdę nie jestem graczem, który przedkłada liczbę klatek nad frajdę z rozgrywki. Jednak w tym konkretnym przypadku brak większej płynności daje się we znaki. Musiało minąć kilka chwil, zanim na nowo przyzwyczaiłem się do bardziej ślamazarnego, nie tak sprężystego tempa pojedynków. Grać w Soulsy na Switchu jak najbardziej się da, ale kto raz walczył z Ornsteinem i Smoughem w 60 klatkach, ten łatwo przyzwyczaja się do dobrego.

Mam wrażenie, że świat pierwszego Dark Souls znam na pamięć

Przeszkadza mi również przyspawanie przycisków do konkretnych funkcji, bez możliwości edycji. W Dark Souls Remastered na Switchu akcję potwierdza się przyciskiem B, z kolei anuluje ją przyciskiem A. To kompletnie odwrotny system od tego preferowanego przez Nintendo i obecnego we wszystkich pozostałych grach. Gdybym dostawał złotówkę za każdym razem, gdy zamiast rozmowy wykonywałem uskok i spadałem w przepaść, miałbym darmowy miesiąc abonamentu Nintendo Switch Online. Trzeba też dodać, że analogi Joy-Conów nie są przesadnie precyzyjne, co odczujecie zwłaszcza chodząc po bardzo cienkich kładkach.

Mimo tych mankamentów, w przenośne Dark Souls Remastered gra się doskonale. Uwielbiam chwycić za Switcha, wyłożyć się na łóżku i zrobić przebieżkę po dusze na kolejny poziom. Zwłaszcza gdy telewizor w salonie jest zajęty. Ten tytuł cieszy swoją mobilnością. Zamienia kilkugodzinne katowanie Soulsów w przyjemną, wręcz casualową zabawę na kilkanaście minut. Taką, którą w każdym momencie można zminimalizować, a samą konsolę uśpić i schować do kieszeni płaszcza. Bajka. Nigdy nie sądziłem, że wymagająca seria może być tak przystępna.

Kto pamięta jak tutaj zdobyć potężny sekretny miecz?

Cała magia znika, gdy dokuję konsolę i uruchamiam Dark Souls Remastered w trybie stacjonarnym.

Wtedy rozdzielczość gry podskakuje z 720p do 1080p. Powinno być ładniej, ale jest kompletnie odwrotnie. Z Dark Souls Remastered wyświetlanym na telewizorze dzieje się coś bardzo złego. Tekstury są szkaradne. Undead Burg przestaje być zielony i porośnięty mchem, a staje się zwyczajnie szary. Kolory płowieją, a do tego spada płynność. Gra regularnie gubi kilka klatek z tych trzydziestu. Spadki są wyczuwalne, chociaż nie tak dotkliwe jak na PS3 albo X360. Blighttown nareszcie stało się grywalne!

Sprawdzałem konfigurację TV. Sprawdzałem jakość karty microSD. Nic nie wskazuje, aby wina leżała gdzie indziej niż w samej grze. Na dodatek odnotowałem problem z responsywnością przewrotów. Te nie uruchamiają się płynnie po innej czynności. Nawet na Pro Controllerze. Kilka razy wcisnąłem unik po prostu zbyt szybko, bo 30-klatkowa produkcja ciągle kończyła animację mozolnego zamachu mieczem. W wersji na PS4/XONE byłoby to nie do pomyślenia.

Wiele bym dał za 60 klatek na Switchu

Stacjonarne Dark Souls Remastered jest szare, brzydkie, a do tego ma czkawkę. Jestem szczerze rozczarowany tym, co dzieje się z grą po zadokowaniu konsoli. Każda komórka mojego ciała błagała, abym wrócił do rozgrywki w trybie mobilnym. Wtedy wszystko od razu jest ładniejsze, płynniejsze i bardziej klimatyczne. To pierwszy raz, gdy gra w trybie stacjonarnym tak zasadniczo różni się od tej samej gry w trybie przenośnym. Liczę, że w przyszłości pojawią się aktualizacje dopieszczające rozgrywkę w 1080p.

Na szczęście Dark Souls Remastered dla Switcha jest świetne tam, gdzie to najważniejsze.

Uzależniłem się od gry w trybie mobilnym. Uwielbiam włączać DSR na kilkadziesiąt minut dziennie. Wbić poziom, kupić zaklęcie albo położyć kolejnego bossa. Nie spieszę się, bo i po co. Grę łącznie przeszedłem przynajmniej trzy razy. Po każdej porażce po prostu chowam konsolę i zbieram siły na następne starcie. Szkoda tylko, że nie miałem okazji wypróbować modułu wieloosobowego, za co was przepraszam. Bandai Namco uruchamia serwery dopiero w momencie oficjalnej premiery gry. Aktualnie działa wyłącznie tryb offline.

Dawniej ta walka śniła mi się po nocach. Dzisiaj oba bossy padły za 2 podejściem

Największe zalety:

  • Dark Souls mieści się do kieszeni płaszcza? Coś niesamowitego!
  • Gra w trybie mobilnym jest ładna, płynna i klimatyczna
  • Błyskawiczne ładowanie, komfort pauzowania i usypiania rozgrywki
  • Ulepszenia w zarządzaniu przedmiotami oraz ekwipunkiem
  • Wszystkie dotychczas wydane DLC
  • Działa płynniej i wygląda lepiej niż gra na PS3/X360…

Największe wady:

  • …ale nie jest tak płynnie i pięknie jak na PS4/XONE
  • Te 30 klatek daje o sobie znać ślamazarnością
  • Bardzo kiepski tryb stacjonarny
  • Gorsza responsywność, mniejsza precyzja
  • Audio w niskiej jakości
  • Przyciski A/B postawione na głowie

Dark Souls Remastered dla Nintendo Switcha zdecydowanie NIE JEST najlepszą wersją produktu dostępną na rynku. Mamy za to do czynienia z pierwszymi przenośnymi Soulsami, co samo w sobie jest kapitalne. Walor mobilności jest nie do pominięcia. Jeśli nie zamierzaliście ogrywać tego tytułu na wielkim telewizorze w salonie, powinniście być zadowoleni. Mały ekran Switcha wcale nie przeszkadza. Nie polecam jednak tej wersji, jeśli miałby to być wasz pierwszy kontakt z serią.

Przenośne Soulsy to bardziej wisienka na torcie dla weteranów niż wielkie otwarcie na nową grupę graczy.

Dołącz do dyskusji