Doświadczyłam rządowej cenzury internetu na własnej skórze. W Chinach nie pomógł mi nawet VPN

Artykuł/Azja 22.10.2018
Doświadczyłam rządowej cenzury internetu na własnej skórze. W Chinach nie pomógł mi nawet VPN

Doświadczyłam rządowej cenzury internetu na własnej skórze. W Chinach nie pomógł mi nawet VPN

Wyjeżdżając do Chin można się pożegnać z usługami Google’a i Facebooka lub bliżej zaprzyjaźnić z VPN-ami. Jest to ryzykowne, bo te są przecież nielegalne… no właśnie niekoniecznie. Jak wiele rzeczy w Chinach, sprawa legalności VPN-ów również jest skomplikowana. 

Dopiero przygotowanie do wyjazdu do Chin uświadomiło mi, z jakimi zagrożeniami spotykam się na co dzień. Nie wiedziałam wcześniej, z jak wielu nieprawomyślnych rozwiązań korzystam, narażając bezpieczeństwo mojego kraju i lekkomyślnie surfując po falach treści tworzonych przez potencjalnych wrogów narodu.

Jadąc do Chin, musiałam się poważnie zastanowić nad tym, jak pozostać w kontakcie z pozostawionym w Polsce ukochanym. Większość narzędzi, z których normalnie korzystam, tam nie działa. Nawet tak (najwyraźniej tylko pozornie) niewinne komunikatory jak czat Steama, są zablokowane, o Signalu, którego wersety kodu z pewnością są iście szatańskie, nawet nie wspominam.

Niespodzianka przyczaiła się jak tygrys. Gdy ja zmęczona padałam na łóżko w hotelu, mój telefon jakby dostał zastrzyk energii. Radosne bipnięcia świadczyły o tym, że bez problemu odbiera (g)maile i wiadomości wysłane wyklętym Messengerem. Nie miałam omamów. Hotelowa wyspa na morzu cenzury bez maskowania się i bez żenady pozwalała klientom na uniknięcie oficjalnych blokad i skomunikowanie się ze światem zgniłego Zachodu. Jak to jest, że kraj, który tyle środków i energii poświęca na blokowanie komunikacji ze światem zewnętrznym, pozwala na otwarte połączenie internetowe w normalnym hotelu?

Cenzura w Chinach jest prosta tylko z pozoru.

Wielki Chiński Firewall ma zapewnić Państwu Środka bezpieczeństwo. Komunistyczna partia, jak sroga, acz miłująca matka czule opiekuje się swoimi pociechami. Stojąc na straży ich serc i rozumów, chroni je przed wystawieniem na niepożądane treści, które mogłyby wzbudzić zamęt w nie dość odpornych na wrogą ideologię głowach. Ta wspaniała opiekunka pilnuje także, by kluczowe dla kraju treści nie wypływały poza jego granice.

Dane ważne ze względu na bezpieczeństwo państwa i jego interes ekonomiczny, nie mają prawa opuścić chińskiej sieci. Wykonawcy matczynej woli, dostawcy Internetu w Chinach, mają obowiązek nadzorować i blokować to, co pojawia się na chińskich telefonach, tabletach czy laptopach. Powstrzymują dostęp pod konkretne adresy, ale też blokują wybrane słowa kluczowe.

Wyrwą w murze chińskiego Firewalla są VPN-y. Dzięki nim wszystkie skomplikowane rozwiązania, algorytmy i starannie dobrane listy zakazanych słów nadają się, co najwyżej do powieszenia na ścianie w ramach artystycznego performance’u. Trudno się więc dziwić, że nie są mile widziane w Państwie Środka, a służby analizują ruch w internecie, poszukując tych niecnych aplikacji i blokując część z odnalezionych rozwiązań. Dlatego przed każdym wyjazdem warto sprawdzić, czy dany VPN nadal działa w Chinach, czy już znalazł się na celowniku władz i został odstrzelony. Są strony, które co miesiąc aktualizują listę dostępnych i zablokowanych VPN-ów. Dlaczego w takim razie, mimo że VPN-y są aktywnie wyszukiwanie i blokowane, nie ma oficjalnego zakazu korzystania z nich?

VPN w Chinach może być nie tylko legalny, ale wręcz mieć oficjalne zezwolenie na działanie.

W Chinach niemal równie święty jak Komunistyczna Partia Chin jest biznes. Firmy mogą korzystać z VPN-ów z pełnym błogosławieństwem rządu. Lokalne oddziały korporacji mogą się porozumiewać ze swoimi odpowiednikami w innych krajach lub sprawniej korzystać z zewnętrznych aplikacji. Nie mogą jednak używać dowolnego VPN-a znalezionego w przepastnych odmętach sieci. Partia wydaje specjalne licencje i oficjalnie zatwierdza działanie wybranych VPN-ów, których wykorzystanie jest także ograniczone. Firmy mogą korzystać z nich tylko w ramach realizacji określoncych celów biznesowych.

Reszta aplikacji bierze udział w starej jak świat grze w kotka i myszkę. Część prywatnych inicjatyw jest zamykana, ale na ich miejscu szybko powstają nowe. Nadążanie za karuzelą zmian nie jest takie proste, o czym sama boleśnie się przekonałam. Wybrany przeze mnie VPN był już zablokowany. Jedynym działającym portalem do wymiany wiadomości, z którego korzystałam ja i moja miłość, okazał się Goodreads, popularny amerykański serwis o książkach. Zamiłowanie do literatury opłaca się najwyraźniej także w Chinach.

Dołącz do dyskusji

Advertisement