Pro Evolution Soccer 2019 jak ostatnia część Harry’ego Pottera – recenzja

Recenzja/Gry 25.09.2018
Pro Evolution Soccer 2019 jak ostatnia część Harry’ego Pottera – recenzja

Pro Evolution Soccer 2019 jak ostatnia część Harry’ego Pottera – recenzja

Nowa edycja Pro Evolution Soccer wygląda świetnie. Mechanika gry oraz oprawa graficzna sprawiają, że FIFA 19 wygląda na jego tle jak bazgroły 10-latka. Ale po raz pierwszy w historii w nowego PES-a nie chce mi się grać. 

Zanim przejdziemy do recenzji właściwej, tradycyjnie chwalę się najpiękniejszą bramką z poprzedniej edycji gry. Jest to o tyle ważne, że jeszcze nie wiem czy w przyszłym roku będę się miał czym pochwalić:

Pro Evolution Soccer 2019 jest trochę jak ostatnia część przygód Harry’ego Pottera. Czy tego chcemy, czy nie, ponura atmosfera unosi się w powietrzu. Coś tu się zaraz skończy, coś już nie jest jak dawniej. PES jako seria nigdy nie błyszczał licencjami. Moim zdaniem sporo na tym traci i gdyby tylko zechciał zainwestować, to prawdopodobnie zwróciłoby się to na tyle, by studio nie przypłaciło tego życiem. A może i przypłaciłoby, ale i obecny brak inwestycji to taki trochę taniec na krańcu dachu.

PES 2019 wygląda nędznie pod względem otoczki.

Utracone prawa do Ligi Mistrzów zostały zastąpione jakimiś nieistotnymi europejskimi ligami. Żeby to jeszcze była Bundesliga, ale niestety – piłkarskie prowincje w postaci Rosji, Szkocji, Belgii czy Danii. Obiektywnie rzecz ujmując – nic ciekawego. Licencjonowaną Ligę Mistrzów z hymnem, który wywołuje ciarki porównywalne do Mazurka Dąbrowskiego, zastąpił jakiś tam turniej międzynarodowy. Na licencji ma za to PES International Champions Cup. To taki puchar z meczami towarzyskimi o doniosłości sportowej na miarę Pucharu Sławomira Peszko. Już naprawdę wolałbym, żeby dokupiono w to miejsce licencję na taki Juventus czy Real Madryt.

Dla szanującego się PES-owicza, a za takiego się uważam, nie są to oczywiście problemy pierwszego świata. My mamy bogatą wyobraźnię oraz umiejętności techniczne, by wgrać sobie (nawet na PlayStation) patcha podmieniającego nazwy, herby, koszulki na oryginalne, a na upartego to nawet i wgrywającego Bundesligę.

Wymiar PES 2019 jest jednak nad wymiar ponury – nie dość, że zniknęły jedyne sensowne licencje, to wraz z nimi przepadły powiązane tryby gry. I w menu głównym zrobiło się po prostu troszkę pusto. Jest niby ta moja ulubiona Master League, jest podróbka fifowskiego Ultimate Team, która nadal nie potrafi mnie wciągnąć i jest też trochę trybów multiplayer. Tradycyjnie już z dostępnością zawodników online są problemy – gra sporo osób, ale sparowanie z przeciwnikiem o każdej porze doby nie jest wcale takie łatwe, jak ma to miejsce w innych grach sieciowych.

Jak co roku, PES oceniam głównie przez pryzmat trybu kariery menedżerskiej, czyli Master League. Ja sobie tam zawsze gram kilka do kilkunastu sezonów, gadam sam do siebie niczym jakiś Borek czy Szpakowski, moja historia ma pewną fabułę. Zaszło tutaj dość sporo zmian, tryb jest coraz „poważniejszy”, mamy więcej opcji menedżerskich, trudniejsze negocjacje transferowe. Akurat nie jestem pewien czy to zaleta. Od realizmu to jest Football Manager, natomiast jeśli w Pro Evolution Soccer 2019 chcę sobie zrobić duet C. Ronaldo – Icardi – Messi, to to powinno być w zasięgu ręki.

Mamy trochę zmian w rozgrywce. Dużo większy nacisk położono na instrukcje taktyczne, podoba mi się wprowadzenie systemu szybkiej zmiany zawodnika w trakcie odtwarzania powtórek.

Uczciwie przyznam jednak, że nowy PES 2019 jakoś tak nie do końca podszedł mi jako sama gra. Te wszystkie licencje, koszulki i menusy to zawsze były pierdoły. Od lat w swoich recenzjach na Spider’s Web powtarzam, że w PES liczy się tylko jedno – nieprawdopodobna zabawa na murawie. I wprawdzie zawodnicy poruszają się przepięknie, mają masę swoich zagrywek, FIFA ani trochę nie ma szans w rywalizacji na „odwzorowywanie piłki”, to po raz pierwszy nie czerpałem z gry w PES frajdy.

Może to wina zmęczenia materiału, ale wątpię – wszak w PES 2018 grałem do ostatnich dni sierpnia. Tam już coś od jakiegoś czasu działo się z poziomem trudności, Serie A była niemalże niegrywalna ze względu na konieczność rozbijania autobusów stawianych przez rywala. W tej edycji męczyłem się nawet na trzecim od końca poziomie trudności. Nie szło mi, gra była za trudna, miałem permanentne problemy ze stwarzaniem sytuacji bramkowych – i to nie tylko na preferowanym przeze mnie na co dzień SuperStar. Pamiętam jak po cyklu remisów 0-0 w Liverpoolu, obniżyłem poziom o dwa stopnie i… przegrałem z Evertonem 1-5!

Tradycyjnie już PES słabo aktywizuje do strzelania bramek zawodników innych, niż napastnicy, co w mojej ocenie jest nieco nienaturalne. Nie zmieniło się to, że w kolejnej już edycji preferuję ustawienie 3-5-2 – z bocznych obrońców nigdy nie ma za dużego pożytku, natomiast zagęszczenie środka boiska pomaga w konstruowaniu akcji w inny sposób, niż w oparciu o kluczowe w PES ataki skrzydłami.

Może po prostu nie jestem z nową edycją kompatybilny.

Może mam jakieś stare przyzwyczajenia, ale spędziłem już z nową edycją dzieścia godzin i to były godziny spędzone dla was. Bo ja sam miałem ochotę wyłączyć grę po góra drugim meczu i wrócić do przeglądania Excela. Takie rzeczy z FIFĄ zdarzały mi się regularnie, ale przy PES jest to pewne novum. Z tym większym zaskoczeniem przyjmuję do wiadomości bardzo pozytywne oceny nowej części w sieci. To przepiękna gra, z super grafiką, niesamowicie dopracowanym gameplayem, ale towarzyszy jej ponura atmosfera i jakoś mnie w tym roku nie bawi. To znaczy bawi, oczywiście, ale nie aż tak, jak zawsze, gdy potrafiłem orientować się o 2.00 w nocy, że “jeszcze jeden mecz” zamienił się w pół sezonu.

Mając to na uwadze stwierdzam, że to zdecydowanie najgorsza edycja PES od 2014 roku. Dalej świetna i pewnie koniec końców przedłożę ją nad FIFA 19, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w ogólnym rozrachunku jest to edycja regresu.

Ps. Ale i tak cię PES-iu kocham.

Dołącz do dyskusji