Wybór iPhone’a jest trudniejszy niż zwykle. Zanim kupicie iPhone’a XR, zastanówcie się nad iPhone’em X

Felieton/Sprzęt 24.09.2018
Wybór iPhone’a jest trudniejszy niż zwykle. Zanim kupicie iPhone’a XR, zastanówcie się nad iPhone’em X

Wybór iPhone’a jest trudniejszy niż zwykle. Zanim kupicie iPhone’a XR, zastanówcie się nad iPhone’em X

Po premierze iPhone’ów XS, XS Max i XR wybuchła dyskusja, która nie daje łatwej odpowiedzi na pytanie: „jakiego iPhone’a wybrać?”.

W ubiegłym roku wybór był dość prosty. Klienci Apple’a mieli do dyspozycji iPhone’y 8 i 8 Plus, będące ewolucją iPhone’ów 7 i 7 Plus oraz zupełnie nowego iPhone’a X.

iPhone X był atrakcyjniejszy pod względem wzornictwa. To pierwszy bezramkowy smartfon Apple’a, choć ową bezramkowość traktujemy dość umownie. Przekonywał też wyświetlacz OLED oraz fakt, że w urządzeniu o kilka milimetrów większym od iPhone’a 8 mamy do dyspozycji ekran wielkości 5,8 cala, zamiast 4,7.

Ci, którzy mimo wszystko zdecydowali się na iPhone’a 8 mieli w ręku kilka argumentów. Po pierwsze, model ten był znacznie tańszy niż X. Po drugie, wielu użytkowników nie tylko przyzwyczaiło się, ale uwielbiało Touch ID, tymczasem w iPhonie X zastąpiono ten sposób zabezpieczenia telefonu i wdrożono Face ID. Nawet w naszej redakcji są blogerzy, którzy wybrali iPhone’a 8 z ostatniego powodu.

Wybór iPhone’a w 2018 r. nie jest oczywisty.

Z wymianą iPhone’a z poczciwej siódemki na nowszy model, postanowiłem wstrzymać się do konferencji Apple’a. Po jej obejrzeniu musiałem mocno się zastanowić, czego tak naprawdę potrzebuję.

iPhone XS jest niczym innym, jak ewolucją iPhone’a X. To typowe w branży elektroniki użytkowej. Być może, gdybym był użytkownikiem Androida, przekonałby mnie 1 GB RAM-u więcej niż w ubiegłorocznym modelu. iOS 12 jest jednak świetnie zoptymalizowany, dlatego wątpię, bym zauważył znaczącą różnicę.

Nieco lepszy aparat? Argument cenny, ale nie koronny. Układ A12 Bionic zamiast A11 Bionic? Co roku w tej materii jest lepiej, ale nie na tyle, by zastosowany procesor miał być kluczowym czynnikiem przy wyborze smartfonu.

To może iPhone XS Max?

W czasach, gdy korzystałem z Androida, lubowałem się w dużych smartfonach. Pal licho, że uwielbiany przeze mnie HTC One (a jakże!) Max z 5,9-calowym ekranem, przetarł mi niejedne spodnie w rejonie kieszeni. Urządzenia z dużym ekranem pełniły w moim przypadku funkcję zarówno smartfonu, jak i niewielkiego tabletu. Gdy wróciłem do iPhone’a z premedytacją wybrałem mniejszy model zamiast Plusa. Znudziły mi się wypchane spodnie i wielu wypadkach konieczność obsługi telefonu dwiema rękami. Owszem rozmiar 4,7 nikogo w 2017 r. nie zachwycał, ale udało mi się przyzwyczaić, a nawet polubić mniejszego iPhone’a. Do rozrywki miałem przecież iPada.

To co napisałem wyżej, jest w zasadzie argumentem przeciwko iPhone’owi XS Max. Po premierze wiedziałem, że go nie kupię, bo… jest dla mnie za duży. I choć nie góruje wielkością nad androidową konkurencją, optymalny wydaje mi się wyświetlacz 5,8-calowy zmieszczony prawie w bryle mojej siódemki.

Na placu boju pozostał iPhone XR?

iPhone XR jest tańszy. To chyba najważniejsza jego cecha. Użycie słowa tani wobec urządzenia kosztującego 3729 zł w najsłabszej konfiguracji to dość śmieszny żart, ale trzeba przyznać, że na tle wyjściowej kwoty 4979 zł za iPhone’a XS różnica jest już spora.

Co jeszcze ma skłonić fanów Apple’a do zakupu iPhone XR? Choćby większy wyświetlacz niż w XS (6,1 kontra 5,8). Mógłby on być argumentem, gdyby nie jego parametry. W XS, podobnie jak w X, mamy ekran OLED o rozdzielczości 1125 na 2436, gdy XR wynosi ona 828 na 1792, a matryca nie jest OLED-owa.

Dodatkowo, tnąc koszty produkcji, iPhone’a XR pozbawiono 3D Touch. Haptic Touch w tańszym smartfonie Apple’a to po prostu wibracja po przytrzymaniu dłużej np. suwaka głośności w Centrum sterowania. 3D Touch tymczasem reaguje na siłę nacisku i oferuje znacznie więcej możliwości, choćby poprzez wywołanie menu kontekstowego dla poszczególnych aplikacji. W ten sposób płacę np. Blikiem. Po naciśnięciu ikony banku wybieram od razu okno z kodem do dokonania płatności. 3D Touch używam również do podglądu linków czy maili bez konieczności ich otwierania.

iPhone XR wypadł szybko z mojej listy. Jego podstawowa wada to słabszy wyświetlacz, a jest przy tym niewiele mniejszy niż iPhone XS Max (150,9 mm x 75,7 x 8,3 mm wobec 157,5 mm x 77,4 x 7,7 mm). Przemawiać za nim mogłaby jedynie cena. Mimo wszystko to niewystarczający wabik.

Na scenę wkracza iPhone X.

Apple wyrzucił z oferty iPhone’a X. To zrozumiały krok, bo w przeciwnym wypadku iPhone XR nie miałby najmniejszego uzasadnienia. Na stronie producenta nie kupimy więc zeszłorocznego modelu. Na wolnym rynku znajdziemy oferty na nieużywane iPhone’y X w cenie bardzo zbliżonej do wyceny XR. Gdy zatem nie chcemy przekroczyć magicznej granicy 4000 zł, taki wybór wydaje się sensowny. Wybaczcie nieśmieszny żart, ale za około 1000 zł, które pozostanie w kieszeni, możemy kupić dwa smartfony Xiaomi Redmi Note 5A.

A tak już zupełnie poważnie. Wybrałem iPhone’a X, bo w polskich realiach wydanie 5 tys. na najnowszy model wydaje mi się nieco ekscentryczne. Dość powiedzieć, że w ubiegłym roku za 200 zł więcej, niż wynosi cena iPhone’a XS nabyłem nowego MacBooka Pro, który jest moim podstawowym narzędziem pracy. Granica zapewne tkwi w głowie, bo za oceanem czy zachodnią granicą fani Apple’a nie liczą dutków w podobny sposób i być może nie odczuwają podobnych dylematów.

Od czasów iPhone’a 4 nie miałem tyle frajdy, co po rozpakowaniu iPhone’a X.

iPhone’a 4 kupiłem 2-3 miesiące po premierze w 2010 r. Wybrałem wówczas smartfon Apple’a, bo pierwszy Samsung Galaxy S nie spełnił zupełnie moich oczekiwań. Trzeszcząca obudowa, kurz zbierający się pod tylną klapką, zamulający Android Eclair. Choć ekran Super AMOLED w tym urządzeniu cieszył oko, nie zapamiętałem innych pozytywnych cech tego urządzenia. Wytrzymałem z nim około 2 miesięcy, po czym sprzedałem i wybrałem wspomnianego iPhone’a. Był to wówczas smartfon absolutnie zachwycający i deklasujący rywali.

Opowiadam tę historię, bo podobne odczucie obcowania z urządzeniem niemal doskonałym miałem po przesiadce z iPhone’a 7 na X. Dziś sytuacja rynkowa zmieniła się zasadniczo. Taki Samsung Galaxy S8 czy S9 nie pozostaje w tyle w stosunku do rywala. Sztandarowe modele Samsunga wyznaczają wręcz trendy. I nie chodzi zupełnie o specyfikację, bo ta nie jest żadną miarą, skoro za niecałe 2000 zł możemy nabyć chiński smartfon z topowymi podzespołami. Bardziej mam na myśli fakt obcowania z produktem premium. Sztandarowe Samsungi dostarczają takich wrażeń, tak jak zapewniają je iPhone’y X czy XS. Co istotne, przy podejmowaniu decyzji zakupowej, te ostatnie za znacznie większe pieniądze.

iPhone X to wybór na wskroś racjonalny, gdy weźmiemy poprawkę na to, że to wciąż bardzo drogi sprzęt. Zdaję sobie sprawę, że nie zrozumieją tej logiki fani chińskich smartfonów za 2000 zł. Głęboko przecież wierzą, że otrzymują to samo lub nawet więcej niż iPhone X czy Galaxy Note 9, za kilka razy mniej. I nie chodzi tylko o to subiektywne premium feel czy legendarny emejzing, ale raczej poczucie, że ma się w dłoniach smartfon kompletny i – powtórzę – niemal doskonały. Za to po prostu trzeba zapłacić.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji