Tak, Gmail nadal pozwala firmom czytać twoje maile. Bo sam się na to zgadzasz

News/Technologie 21.09.2018
Tak, Gmail nadal pozwala firmom czytać twoje maile. Bo sam się na to zgadzasz

Tak, Gmail nadal pozwala firmom czytać twoje maile. Bo sam się na to zgadzasz

Google w upublicznionym liście do senatorów tłumaczy, że jeśli damy zewnętrznym firmom dostęp do swojego maila, to te z niego skorzystają. 

Upubliczniony został list Google’a do amerykańskich senatorów. Firma tłumaczy w nim, że jeśli użytkownicy chcą dawać aplikacjom zewnętrznym dostęp do swoich maili, to mogą to robić. To jednak nie musi oznaczać, że osoba fizyczna czyta nasze maile.

O co chodziło z tym, że Gmail pozwala na czytanie maili?

Zacznijmy od tego, że nie ma co się dziwić, że różne dodatki do poczty mają dostęp do maili wysyłanych przez użytkownika. Trudno, żeby program, który ma gromadzić informacje z maili, nie miał do nich dostępu. W zależności od tego, co chcemy uzyskać instalując dodatek, musimy dać mu dostęp do odpowiedniej porcji informacji. W tym nie ma nic zdrożnego. Nie to zresztą było oburzające w sprawie, którą Wall Street Journal opisał w lipcu.

W tegoroczne lato wiele osób odkryło, że ich prywatna korespondencja na Gmailu nie jest taka prywatna, jakby im się wydawało. Jak się okazało poza nami i odbiorcą naszej korespondencji, złote myśli naszych list zakupów mogli także chłonąć programiści zewnętrznych firm. Artykuł w Wall Street Journal wskazywał na to, że maile mogą być czytane przez ludzi — pracowników firmy – a nie tylko skanowane przez algorytmy i maszyny w poszukiwaniu odpowiednich danych. A to już sprawia, że wiele osób może się poczuć bardzo niekomfortowo.

Na szczęście Google twierdzi, że tę możliwość zablokował już w zeszłym roku.

List Google’a do senatorów.

Upubliczniony list to odpowiedź na szereg pytań, które amerykańscy politycy wysłali do firmy. Gigant z Mountain View tłumaczy w nim, że wszystkie aplikacje, które zaglądają na pocztę użytkownika, muszą najpierw uzyskać od niego na to zezwolenie. Google wymaga, żeby zasady ich działania były podane w sposób przejrzysty i zrozumiały dla ludzi bez doktoratu z prawa. Przyznaje też, że pozwala firmom trzecim na sprzedawanie danych pozyskanych na podstawie analizy maili, ale, ponownie, robi to tylko wtedy, kiedy firma jasno o tym informuje, a mimo to uzyska zgodę klienta.

Google deklaruje też, że nie pozostawia zewnętrznych firm samopas z naszymi skarbami, ale pilnie nadzoruje to, co skanują ich algorytmy. Na całe to czytanie maili przez firmy trzecie, skanowanie w poszukiwaniu kluczowych informacji i sprzedawanie pozyskanych danych, w większości się godzimy. I w tym wypadku to jest nasz problem i naszego podejścia do danych. Nie Google’a.

Zwalanie odpowiedzialności za to, że udostępniamy informacje na lewo i prawo na Google’a może tylko na dłuższą metę zaszkodzić w walce o prywatność. Bo zaczernia obraz sytuacji i pozwala nam nie brać odpowiedzialności za własne decyzje.

Potrzeba nam przede wszystkim dobrej edukacji w sprawie prywatności i danych.

26 sierpnia przedstawiciele Google’a razem z pracownikami Apple’a, AT&T, Amazona, Twittera i Charter Communications stawią się przed senatem, żeby rozmawiać z politykami o prywatności. Boję się, że będzie jak z Markiem Zuckerbergiem. Zamiast dowiedzieć się, czemu w ogóle Gmail umożliwiał programistom czytanie naszych maili, dowiemy się, jak działa internet. Zamiast poznać mechanizmy, które mają nas bronić przed nadużyciami ze strony firm trzecich, poznamy smak ulubionej czekolady polityków. Mam nadzieję, że się mylę.

Dołącz do dyskusji